sobota, 21 marca 2015

Rozdział III "Motyl Zaskoczony"

Książka była wielkości ponadprzeciętnej, mógłbym nawet rzec, że była największym dziełem pisanym jakie widziałem na oczy. Dziwiłem się nawet przez moment dlaczego ów lektura nie zmiażdżyła jeszcze szczupłych ud panienki Lisy. Uśmiechałem się jak to miałem w zwyczaju przez większość czasu, ale czytając tytuł księgi na moją twarz wstąpiła mina wyrażająca zdziwienie i jakby dziwny niedosyt. "Akty własności rodziny Clainar".
To wszystko? Ta cała tajemnica to tylko głupia księga rachunkowa? Zmarszczyłem brwi, mrugając oczami. Może przekręciłem jakiś wyraz z emocji? Nie, przeczytałem dobrze. Czemu więc Lisa okrasiła tę księgę tak wielkim przedstawieniem emocjonalnym? Westchnąłem, opierając się na powrót ze spokojem na ściance altany, która niebezpiecznie zaskrzypiała pod naciskiem ciężaru siedemdziesięciu kilogramów mojego ciała. Jednak widząc urażenie na twarzy damy natychmiast wróciłem do pionu, patrząc jej w oczy. Czy zobaczyłem w nich zawód? Nie, to chyba było jednak coś innego, zupełnie odmiennego. Mógłbym to nazwać inną formą tego uczucia, jakby nie zawiodła się na mnie, lecz na sobie. Pewnie teraz myślała, że dokonała złego wyboru odkrywając przede mną tą tak ważną dla niej tajemnicę domu. Tylko że mimo moich wielkich starań nie mogłem się właśnie tego całego sekretu dopatrzeć w tym tak wybiórczym tytule. Opuściła głowę po kilku sekundach mojego natarczywego spojrzenia, jakby nie była przyzwyczajona do oczu na nią zwróconych. Chciałbym jakoś ją teraz pocieszyć, jednak wyczuwałem już momenty kiedy to chciała ciszy i czasu do namysłu. Tak, znałem ją świetnie, lepiej nawet niż panią Margaret. Z jej wyrazu twarzy można było czytać jak z otwartej książki, zachowała w sobie szczerość dziecka. Wielu przez to nazywało ją naiwną i właściwie to całkiem trafne określenie jej zmiennych nastrojów i emocji. 
- Wiedziałam, że nie zrozumiesz od razu. Myślałam, że jednak będzie inaczej, Jamie.- odezwała się w końcu cicho, prawie płaczliwym tonem. Gdy wymawiała moje imię załamał jej się głos, co znaczyło, że chciała powiedzieć znacznie więcej. Szukałem w głowie jakiegoś incydentu który zmusiłby mnie do rozwiązania zagadki, ale myśli tylko kłębiły mi się w głowie nieprzyjemnie. Siedziałem więc tak z opuszczonymi rękoma na znak całkowitego upadku, pogrążając się w paskudnej ciszy. Miałem skąpą nadzieję, że to tylko dość nieudany żart Lisy, ale jej smutek trwał za długo by mogło to być prawdą. Była smutna i to z powodu mojego braku domyślania się spraw dla niej oczywistych. Nigdy nie potrafiłem nadążyć za myślami kobiecymi, były naprawdę zmienne i nieodgadnione, szczególnie w przypadku tej damy.
- Przepraszam, że uraziłem panią moim brakiem domysłu, jednak naprawdę nie rozumiem o co może chodzić w książce z takimi przyziemnymi rzeczami. Może mnie pani oświeci?- podjąłem próbę ironicznego żartu, by trochę rozładować atmosferę, jednak nie wyszła mi za bardzo, gdyż kobieta tylko westchnęła, opuszczając ramiona jeszcze niżej. Potem jednak poruszyła się, zmieniając zdanie i otworzyła księgę na jednej z ostatnich stron. Dokument z roku 1919 przedstawiał akt własności dużej posiadłości w Ethrid. Nagle zacząłem kojarzyć fakty. To właśnie w tym roku wprowadziła się tu rodzina Clainar. Pan Edward, ojciec Lisy umarł siedem lat temu, więc nawet nie miałem okazji go poznać. Słyszałem o nim tylko same dobre pogłoski, więc dziwiłem się czemu pani Margaret nie załamała się po przedwczesnej śmierci męża. Przecież Lisę musiałem osobiście pocieszać jeszcze na początku mojej służby, nosiła żałobę po rodzicielu przez całe cztery lata. Zacząłem czytać akt zważając na każde słowo. Kończąc stronę spojrzałem na Lisę, a ta szybko przewróciła ją. Tak też przebrnąłem przez cztery wielkie karty nudnego druczku o wyglądzie formalnym i już miałem to skwitować kolejnym niezrozumieniem, kiedy zobaczyłem podpis na dole strony. Niejaki pan Travis Brown, były notariusz miasteczka zostawił niezwykle koślawy podpis na wybranym miejscu. Rozumiałbym gdyby miała to być parawka, albo ów mężczyzna był lekarzem, jednak tu kursywą było napisane "podpis czytelny". Nie to jednak zaintrygowało mnie najbardziej. Po całym dolnym marginesie i podpisie z dużym kleksem był porozmieszczany dawno zaschnięty czerwonobrązowy płyn. Poczułem mimo upływu lat ten dziwny metaliczny zapach krwi i poczułem pot na czole. Spojrzałem mimowolnie na Lisę, która już przebiegała wzrokiem po mnie. W oczach miała strach, ale i dziwną satysfakcję (zapewne spowodowaną moim zrozumieniem, które łaskawie na mnie spłynęło). 
- Teraz rozumiesz? Mój ojciec kupił ten dom poprzez zastraszanie urzędnika. Na dodatek na innych dokumentach mojego ojca też są te okropne ślady.- szybko pokazała mi kilka podobnych koślawych podpisów pod aktami notarialnymi, tak samo skąpanych w kroplach czerwonego płynu.- To znaczy że ojciec miał dwa życia. Jedno wśród otoczki rodziny i przyjaciół, a drugie...- znów załamał się jej głos, jednak tym razem dała upust emocjom, wypuszczając łzy na policzki. Zdjąłem z jej nóg ostrożnie księgę skrywającą całą prawdę o panu Clainar, nie wiedząc co poczynić. Nie powinienem był jej pocieszać, bo były to druzgoczące karty przeszłości, których nie dało się przewrócić do tyłu wracając do początku pięknej historii. Wtedy jednak panienka wykonała ruch który rozwiązał problem mojej bezradności, jednak zaraz przywołał ją na nowo. Jak normalna kobieta pomiędzy jednym cichym szlochem a drugim wyciągnęła do mnie swoje ramiona, chwilę później jakby wczepiając się nimi we mnie. Poczułem jak moje serce zaczęło fikać koziołki ze szczęścia, jednak opanowałem swoje emocjonalne zapędy bardzo szybko. Teraz musiałem wykazać się roztropnością, a nie snuć fantazje na temat mojego silnego uczucia. Wyjąłem z kieszeni chustę o kolorze podobnym do błękitu nieba i delikatnie otarłem łzy spływające jej po policzkach. Musiałem skończyć gest aż na jej podbródku. Dało mi to niepowtarzalną okazję do czegoś co kusiło mnie od samego początku. Niby chowając już wilgotny materiał otarłem delikatnie kciukiem o jej delikatną skórę, czując przyjemny dreszcz przechodzący mi po kręgosłupie. W końcu byłem tylko głupim człowiekiem, więc nie mogłem powstrzymać się do samego końca od takich igraszek.
- Na co te wszystkie łzy, pani? One nie poprawią sytuacji, nawet tej najgorszej. Możemy tylko dowiedzieć się czegoś więcej w bibliotece domu, lub ostatecznie spytać pani matkę.- poczułem jak pod naciskiem ostatnich słów kobieta gwałtownie odsuwa się ode mnie, zostawiając po sobie tylko ciepło na moim ciele. Właściwie nie wiedziałem czy było ono spowodowane moimi wielkimi emocjami czy jej naturalną temperaturą, ale i tak czułem się spełniony jak nigdy. Nie miała uśmiechu na twarzy, jednak rozpogodziła się z lekka, co poznałem patrząc na te małe iskierki w jej oczach. Miałem ochotę śmiać się z tego "powrotu do świata żywych", jednak powstrzymałem się, zostawiając sobie tylko satysfakcję spowodowaną umiejętnością poprawiania humoru. Lisa zsunęła się powoli z siedzenia, chowając upiorną książkę na jej poprzednie miejsce, na dodatek jeszcze maskując ją drewnem na opał. Również podniosłem się z miejsca, równając się (a właściwie to przewyższając) z damą. 
- Skoro tak ma wyglądać sytuacja, to nie ma co zwlekać, masz rację. Chodźmy najpierw do biblioteki, muszę się upewnić o tych domysłach zanim zapytam się matki.- skinąłem tylko głową, uznając to za rozsądną decyzję z jej strony. Skoro nie miałem już obowiązków na dzień dzisiejszy mogłem właściwie wrócić do mojego mieszkania na przedmieściach, jednak jakim idiotą bym był nie przyjmując propozycji ze strony mojej miłości? Szliśmy po chodniku w tym samym tempie, bowiem dostosowałem swój chód do jej drobnych, lekkich kroczków. Zabawnie musiało to wyglądać, ale raczej nikt nas nie obserwował. 
Kiedy dotarliśmy już na werandę zastanawiałem się chwilę co uczynić, jednak podszedłem do drzwi, otwierając je z ukłonem. Wywołało to u niej w końcu donośny śmiech, który natychmiast przeciął budującą się atmosferę smutku i powagi. Rzuciła tylko krótkie "Nie wygłupiaj się" i weszła do posiadłości, nie patrząc na mnie więcej. Wkroczyłem za nią z duszą na ramieniu. Szczerze bałem się tajemnicy czającej się w kątach księgozbiorów rodziny, ale musiałem stawić lękom czoła jeśli chciałem sprostać oczekiwaniom panienki. Do pomieszczenia szliśmy w ciszy, starając się nie zwracać na siebie uwagi reszty pracowników. Zabawne jak to w posiadłości wykształciła się relacja jak z wieku osiemnastego pomiędzy pracodawcą a służącym. Sztywność i porządek wszędzie, a przecież wkraczaliśmy już powoli w lata sześćdziesiąte. Powinno więc nie budzić żadnych podejrzeń spotkanie moje z kobietą, a jednak wszyscy zwracali ku nam spojrzenia. Jakbym był prostym chłopem naruszającym przestrzeń szlachcianki. Zresztą poniekąd tak właśnie tu się czułem. Zawsze na "pani", choć ona mogła stosować moje imię bez przeszkód, nawet ze zdrobnieniami. Wykształciła się już w tym domu taka tradycja, zresztą niejedyna. Przecież siedmiokrotne bicie w trójkąt na obiad, trzykrotne pukanie w drzwi dam czy wycieranie klamek od drzwi tylko zielonymi chusteczkami to były już wpojone w nas nawyki. Dziwne jak to człowiek dostosowuje się do otoczenia. 
Przerwałem jednak moje rozmyślania z powodu dotarcia na miejsce. Lisa zapukała w drzwi trzykrotnie, co rozbawiło mnie z powodu moich wcześniejszych rozmyślań. Tak to właśnie wszystko działało idealnie i równo jak w najznakomitszym zegarku. Zawsze tak było i miało to trwać już do końca dni naszej umowy. Czym była umowa? Nie tylko tą spisaną z podaną sztywno płacą i godzinami pracy, ale i ta tworzona przez lata między dwoma osobami, ta bardziej rozciągliwa. Lubiłem bardzo odkrywać te nowe zachowania i emocje, fascynował mnie każdy dzień w tej niezwykłej posiadłości. A jednak byłem tu pięć lat i znałem tylko ogólne informacje, nie byłem nigdy wtajemniczony w kolejne tajemnice czyhające po kątach. Tego dnia miało być inaczej. Usłyszeliśmy krótkie "proszę" bibliotekarki, pani Copper, więc chciałem już nacisnąć klamkę, jednak moją rękę powstrzymała Lisa, zdecydowanie opuszczając ją w dół. Miała tajemniczy uśmiech na twarzy, który mnie na powrót zaczął intrygować. 
- Skończ z tą "panią". Wystarczy Lisa.- zostawiła mnie z tymi oto słowami bębniącymi w uszach na progu biblioteki. Czyżby myślała o tym samym co ja? Zwykły przypadek, a jednak jaki niezwykły. Zaśmiałem się cicho, kręcąc głową. Następnie ostatni raz zebrałem się w sobie i wszedłem do pomieszczenia, czekając na nadejście rozwiązania sekretu pana Edwarda Aleksandra Clainar.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak oto kolejny rozdział "Pazia Królowej" kończy się. Boję się trochę, że tajemnica książki będzie zbyt mało widowiskowa. Może niektórzy spodziewali się jakichś magicznych portali czy armii potworów, jednak to nie będzie książka fantasy. Mimo to liczę na kilka komentarzy pod postem, bo to w końcu one motywują mnie do pracy. Naprawdę miło się pracuje ze świadomością, że ktoś czeka na ciąg dalszy...
Ps. Dziękuję Wujkowi i Tacie za rozwianie moich wątpliwości co do niektórych kłopotliwych słówek.

Autorka

poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział II "Motyl Wtajemniczony"

Dawno już nie poznałem takiej kobiety jaką byłą Ophelia Clainar. Mimo swojego wieku zadziwiała gibkością i wigorem, wyglądała jakby mogła bez trudu wbiec po schodach posiadłości kilka razy i nie dostać przy tym zadyszki. Zadziwiła mnie miło, kwitując moje przedstawienie gromkim śmiechem. W jej oczach cały czas tańczyły wesołe iskierki, jakie to towarzyszą tylko osobom niezwykle szczęśliwym bądź podekscytowanym. Kiedy chodziła po korytarzach posiadłości, jej obcasy stukały głośno, jakby była dopiero młodą dziewczyną poznającą tajniki chodzenia w szpilkach. Mimo wszelkich nalegań z mojej strony nie odłożyła swego parasola na półkę, nie pozwalając mi go choć tknąć. Poza tym odkryłem jeszcze u niej kilka dziwactw, które zaczęły mnie coraz to bardziej intrygować. Mianowicie pani nosiła przy sobie cały czas pudełko z małymi karmelkami i częstowała nimi każdego na swej drodze. Nie sposób było pani odmówić, bo kiedy ktoś próbował się od słodyczy wymigać robiła minę godną zbitego szczeniaka. Następną taką ciekawostką był nietuzinkowy sposób intonacji, jakby mówiła z jakimś zagranicznym, nie znanym mi akcentem. Najprawdopodobniej musiała spędzać w jakimś kraju bardzo dużą część swojego życia, by zapomnieć już o właściwym języku ojczystym.
Stanęliśmy w końcu przed drzwiami pokoju pani Margaret. Chciałem już kulturalnie zapukać, jednak uprzedziła mnie moja rozmówczyni, która z impetem siedmiolatki wparowała do pomieszczenia. Słyszałem jak pani Margaret wyrwał się okrzyk zdumienia na widok siostry, który przywołał uśmiech na moją twarz. Kobieta bowiem bardzo rzadko zachowywała się naturalnie, obstając raczej przy twardej etykiecie. Uznałem, że nie będę więcej potrzebny i udałem się ze spokojem do łazienki, by zmyć towarzyszącą mi już przez dłuższy czas plamę, która mogła już stać się widoczna, a tego wolałbym jednak uniknąć. Zszedłem w dół po schodach, słysząc jeszcze ożywioną rozmowę dwóch starszych pań. 
Łazienka była przestronna i jasna, przez co wydawała się bardzo świeża i czysta. Poczułem zapach cytryny, który był spowodowany pudełeczkiem z sokiem z tegoż właśnie owocu, który to kazała stosować pani Margaret w łazienkach, co zresztą było bardzo ciekawie przemyślane. Odkręciłem kurek, dzięki czemu z kranu zaczęła lecieć woda cienkim strumieniem. Na drugą rękę nałożyłem trochę mydła i, modląc się by to poskutkowało, zacząłem pienić je o tą ubrudzoną dłoń. Kiedy już uznałem, że białych bąbelków jest w wystarczającej ilości, włożyłem rękę pod bieżącą wodę, obserwując jak piana powoli ustępuje, odsłaniając czystą skórę. Westchnąłem z ulgą, wycierając się o chusteczkę z kieszeni. Miałem szczęście i tym razem.
Mógłbym właściwie iść na werandę i odpocząć, bo moje obowiązki zakończyłem dziś niezwykle szybko, jednak postanowiłem zająć mój czas inaczej, pomagając Jamesowi w jadalni nakrywać stół do obiadu. Młodzieniec był na służbie od czterech miesięcy, więc nie miał już problemu z żadną rzeczą, jednak mimo to traktowałem go jak niedoświadczonego młodzika, tak z przyzwyczajenia. Był ode mnie nieco młodszy, ale jego iście młodzieńcza mentalność wskazywała raczej na wiek nastoletni. Niezwykle żywiołowy i wesoły, czasem nawet przez te cechy zapominał o potrzebnym w pracy skupieniu i oddaniu.
Znalazłem go przecierającego białą serwetką widelce. W rogu pokoju krzątała się Caroline, podlewająca z lubością kwiaty. Była to najstarsza pokojówka i zarazem najlepsza przyjaciółka pani Margaret. Mimo tego, że prawnie była odpowiedzialna tylko za sprawy finansowe posiadłości to jej wieloletnie przywiązanie do tego miejsca nie pozwalało na skończeniu pracy fizycznej. Była dość wątła i niska, jednak podobnie jak poznana przeze mnie przed chwilą Ophelia miała w sobie bardzo dużo wigoru i bezsprzecznie była w stanie wykonywać takie czynności jak polerowanie poręczy schodowych czy mycie niskich okien. Podszedłem do Jamesa, uśmiechając się spod nosa.
- Wyświadczyć ci przysługę?- zapytałem, biorąc do rąk drugą serwetkę w dłonie. Tamten tylko skinął głową w odpowiedzi, nie okazując mi wdzięczności. Cóż, może go coś martwiło? Nie miałem zamiaru w to wnikać, tylko skoncentrowałem się na tej lekkiej czynności. Chwyciłem do rąk łyżkę od zupy, pieczołowicie przecierając ją, z szczególnym uwzględnieniem części wklęsłej. Wkrótce wszystkie naczynia, łącznie z talerzami i filiżankami lśniły nienagannie, więc ustawiliśmy trzy komplety przy krzesłach, dla Margaret, Lisy i Ophelii, resztę natomiast chowając na powrót do kufra. Przez myśl przemknęło mi, że i tak w tym pokrowcu się zakurzą, ale nie zwracałem już na to uwagi. Nie żegnając się z żadnym z nich wyszedłem z pokoju by zwołać rodzinę Clainar na obiad. Od wielu pokoleń panowała w tu tradycja, jakoby do obiady przywoływać domowników siedmioma metalicznymi uderzeniami w piękny instrument, jakim był trójkąt.
Zwiesiłem ów metalowy przedmiot z wieszaka, w drugą rękę biorąc specjalną pałeczkę do uderzania w jego brzegi. Wszedłem powoli na schody, starając się robić to z jak największą gracją. W końcu skoro to mnie dostępował zaszczyt wykonywania tradycji, to musiałem się należycie zachować. Stanąłem na szerokim półpiętrze, gdzie była najlepsza akustyka w całym domu i uderzyłem po raz pierwszy, czekając aż dźwięk rozniesie się po domu. Przymknąłem oczy za drugim razem, a z trzecim kompletnie straciłem głowę dla tej pięknej, acz monotonnej muzyki. Siedem uderzeń minęło jak pstryknięcie palcami, więc chciałem zabić i ósmy, ale opamiętałem się w ostatniej chwili i odsunąłem rękę z pałeczką od trójkąta. Uśmiechnąłem się szczerze, rozpamiętując jeszcze te błogie dźwięki. Potem jednak ktoś mnie od nich oderwał. Któż by inny mógł tego dokonać jak nie Lisa, prawda?
Wyglądała cudownie. Miała na sobie bluzkę o kolorze kawy z mlekiem na której odcinał się wzór z drobnych, szmaragdowych kwiatków. Kształtne uda skryła pod lekko rozkloszowaną spódnicą midi kolorem przywodzącym na myśl polewę waniliową z jej porannych babeczek. Swoje zgrabne, długie nogi przyodziała w cieliste rajstopy, a na uwieńczeniu ich dobrała dość wysokie (powiedziałbym nawet, że aż nadto) szpilki o kolorze ciemnozielonym, bardzo podobnym do wzoru na bluzce. Złociste włosy miała na pierwszy rzut oka rozpuszczone, jednak gdy przeszła koło mnie zauważyłem z tyłu głowy mały, filuterny koczek. Zamrugałem aż ze zdumienia, ale opanowałem się w ostatnim momencie, gdy spojrzała na mnie z oszałamiającym wręcz uśmiechem.
- Będę miała do ciebie potem sprawę, Jamie. Widzimy się po obiedzie.- moje serce zadygotało mi w środku, poczułem pulsującą krew w żyłach. Bałem się nawet, że kobieta usłyszy to bicie, ale były to tylko głupie fantazje. Zanim zdążyłem jej odpowiedzieć, odeszła szybko, zostawiając mnie w mgiełce zapachu wanilii jaki to za sobą zostawiała. Sam byłem w mieście po te perfumy, pamiętam dobrze. Prosiłem wtedy ekspedientki o najlepsze w całej drogerii i takie to dostałem. Jakiż to ja głupkiem byłem, że zakochałem się tak szczeniacko w tej damie jaką była Lisa Clainar. A jednak życzyła sobie czegoś ode mnie. Nie od żadnej innej osoby w posiadłości, tylko ode mnie. Oczywiście pewnie będzie to zwykła przysługa na zasadzie pracownik i jego przełożony, bo nasza relacja raczej (słowo "raczej" ratowało to zdanie, dlatego używałem go bardzo często) ograniczała się właśnie do takich stosunków, jednak miło było mi pofantazjować o tym, że zdradzi mi jakąś tajemnicę, uraczy swoim perlistym śmiechem.
Potem zobaczyłem panią Margaret idącą tuż przy pani Ophelii, więc skłoniłem lekko głowę w dowód wdzięczności. Dama uśmiechnęła się nieznacznie spod okularów z złotą ramówką, natomiast jej siostra podeszła do mnie, ściskając mi dłoń. Nie wiedziałem właściwie jak na taki incydent zareagować, więc po prostu uśmiechnąłem się niezręcznie. Pani zrobiła minę świadczącą o lekkim zagubieniu, jednak zaraz po tym przywołała swój uśmiech na twarz, dołączając do Margaret. Dwie starsze panie poszły do jadalni bezgłośnie (jeżeli ignorując stukanie obcasów Ophelii, oczywiście), więc postanowiłem udać się do łazienki by przygotować się choć trochę na spotkanie z Lisą. Oczywiście, mogłem z nią przebywać tylko na korytarzu, ale i tak jako kamerdyner powinienem był wyglądać perfekcyjnie zawsze, niezależnie od okazji.
Patrząc w lustro nie zauważyłem nikogo innego, a czasem chciałbym by ten sen się spełnił. Niestety, mogłem tylko ufać mojej osobistej "urodzie". Spojrzałem na moje bursztynowe włosy, mierzwiąc je lekko. Wyczułem jeszcze na nich warstwę brylantyny nałożonej rano, więc w rezultacie zaczesałem je ręką do tyłu, tworząc pozory do elegancji. Dawno już miałem ściąć krócej moją czuprynę, ale nigdy nie miałem czasu udać się do fryzjera. Zauważyłem jakiś pyłek koło moich oczu, więc strzepnąłem go prędko, przy okazji mając pretekst do obejrzenia moich ciemnozielonych oczu. Miałem bardzo długie rzęsy, co według pań było moim atutem, ja jednak nie podzielałem tego zdania. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Raz mnie panienka Lisa prosi do siebie i już szykuję się jak jakaś dama, doprawdy niedorzeczność. Mimo to zapiąłem jeszcze guzik od fraka i dopiero wtedy wyszedłem z łazienki.
Wychodząc prawie zderzyłem się z obiektem moich westchnień, co wywołało u nas krótką salwę śmiechu - jej prawdopodobnie szczerą, moją bardzo poddenerwowaną. Spojrzałem w oczy panienki, widząc w nich szczęście. Taki widok był mi potrzebny na dowód, że się na mnie nie gniewa. Wyciągnąłem chusteczkę z mojej górnej kieszeni by wytrzeć jeszcze ręce po wizycie w toalecie.
- Tak jak panienka tego chciała, jestem na posterunku.- zażartowałem, salutując. Skwitowała to tylko uśmiechem, ale i tak było to dla mnie wynagrodzenie wyższe niż Nagroda Nobla. Poinformowała mnie tylko cicho, że musimy udać się na werandę do zrealizowania jej planów. Skinąłem głową, choć nie rozumiałem o co chodzi panience. Oczywiście, z mojej strony wcale nie chciałem stać na środku korytarza, ale jej to wcale nie musiało przeszkadzać. Poszliśmy do altany w ciszy, wsłuchując się tylko w wydychane przez nas powietrze. Na dworze było dość chłodnawo, jednak jak na wrześniowe pogody i tak nie było na co narzekać. Usiedliśmy na ławeczce wskazanego przez Lisę miejsca, a ta wyjęła zza niej grubą księgę. Oczy mi zabłyszczały ze zdumienia, bowiem znałem każdą książkę w tym domu, jednak tej jeszcze nie widziałem. Czyżbym miał zaszczyt doświadczyć jakiejś nowej tajemnicy? Ekscytacja rosła we mnie z każdą sekundą, jednak czekałem cierpliwie aż to ona zadecyduje o chwili, z którą będzie gotowa na zaznajomienie mnie z zawartością przedmiotu. Westchnęła głęboko, rozglądając się na boki (co zresztą zrobiła chyba dla podbudowania akcji, bo o tej porze nikt po ogrodzie nie chodził), następnie otworzyła książkę na pierwszej stronie. Chciałem przeczytać tytuł, jednak zasłoniła go dłonią. Spojrzałem na kobietę pytająco, jednak tym razem nie miała uśmiechu na twarzy.
- Czy na pewno mogę ci zaufać?- zapytała, a ja aż zadrżałem w środku. Może i większość byłaby zasmucona, że kobieta ma do tego jeszcze wątpliwości, jednak ja byłem zadowolony z tego, co się właśnie działo. Położyłem dłoń na sercu na znak ślubowania, a ta w końcu złagodziła surowy wyraz swej twarzy. Stopniowo zaczęła odsłaniać napis na pierwszej stronie, a moje oczy pochłaniały tytuł księgi.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jak mogłabym nie być tak okrutną i nie przerwać w tym miejscu, prawda? Co to za księga wiadome będzie w następnym rozdziale, który pojawi się niechybnie, obiecuję. Dziękuje za miłe komentarze pod ostatnimi notkami i prosiłabym o wyrażanie swojej opinii również i pod tym rozdziałem.

Autorka

sobota, 14 marca 2015

Rozdział I "Motyl Odkrywczy"

Dni mijały powoli, tocząc się jak kule od krykieta. Jak to już jesienią bywa, mogłem obserwować całymi dniami siąpiący deszcz, który powoli doprowadzał mnie do szału swoim nieprzerwaniem. Promienie słońca były chwalebną rzadkością w ostatnim tygodniu, dlatego zobaczenie ich od razu wprowadzało szeroki uśmiech na moją twarz. Pracowałem solidnie przez ten cały czas, zresztą jak zawsze. Odpłacałem bez oszustw daną mi szansę przez te pięć lat z każdym dniem. W końcu tylko taka osoba jak pani Margaret Clainar mogła przyjąć takiego nieudacznika pod swoje skrzydła. Po wojnie wszystko się zmieniło, świat zaczął powoli odżywać. Pamiętałem dobrze jej okrucieństwa, widziałem ich aż nadto. 
Wrzesień 1939, miałem 8 lat. Wyglądałem przez okno na dzieci zmierzające do szkoły. Chciałem by moja choroba minęła prędko i bym mógł ruszyć szybko do drugiej klasy. Przecież rodzice kupili mi nowy tornister i kałamarz z prawdziwego zdarzenia, którymi tak bardzo chciałem się pochwalić przed moimi kolegami. A potem usłyszałem przeraźliwy huk, aż odrzuciło mnie od okiennicy której tak kurczowo się trzymałem. Nie rozumiałem co się działo, ale kiedy znów wychyliłem głowę za parapet, moi koledzy leżeli na ziemi, nie wzruszeni na żadne bodźce. Mama odciągnęła mnie siłą od tego widoku, zasłaniając mi brutalnie oczy. Tak, tego dnia miałem wielkie szczęście. Właściwie to miałem je przez całe życie, w końcu inaczej bym nie przeżył. 
Na wojnie straciłem rodziców i czwórkę rodzeństwa, czyli wszystkich moich bliskich. Zginęli jako numery, porozrzucani po różnych obozach koncentracyjnych. Oczywiście nie licząc tu taty, który popełnił samobójstwo tuż przed końcem tego terroru. Zostałem sam na świecie, a miałem tylko głupie czternaście lat. Pomocy nie otrzymałem od nikogo, zarabiałem czyszcząc buty przechodniom i grywając po ulicach. Zawsze miałem pod górkę, ale jakoś sobie radziłem.
Jednak nadszedł czas i na mnie. Rok 1953, osiągam wiek lat dwudziestu dwóch. Znalazłem broszurkę błąkającą się po ulicy, więc chwyciłem ją od niechcenia w dłonie. Tak oto dowiedziałem się o zapotrzebowaniu na kamerdynera w posiadłości pani Clainar. Płaca była wysoka, tak wysoka, że aż myślałem nad tym, czy czasem ktoś tu się ze mnie nie naigrywa. Jednak nie, to była cudna prawda. Co więc innego mógł zrobić taki nieudacznik jak ja niż nie pobiec co tchu pod wskazany adres? 
Od tego dnia wiele się zmieniło. Mamy rok 1958, a ja już wyrosłem z mojej idiotycznej głupoty i złego losu. Teraz zwracają się do mnie na "Pan Scraf", co jest dla mnie największą nagrodą za te wszystkie lata życia w cieniu i poniżeniu. Ludzie potrzebują bycia docenianymi, taka potrzeba siedzi w nich od zawsze. We mnie też ona istnieje, czuję ją z każdym krokiem, kłuje mnie niemiłosiernie prosto w moje porozrywane na kawałki serce. Może i pewnego dnia się uaktywni, nie da mi spokoju i każe się buntować. Tylko niby po co miałbym się buntować, skoro nie mam po co, komu, ani jak. Przecież byłem szczęśliwy w moim małym kącie świata, prawda? Tak, wielu uważało, że sobie taki stan rzeczy wmawiałem z uporem, ale tak rzeczywiście było.
- Jamie, czemu jeszcze nie zaniosłeś świeżej gazety dla panienki Lisy?- z zamyślenia brutalnie wyrwał mnie głos Bridget, jednej z pokojówek. Kobieta była tylko kilka lat starsza ode mnie, ale i tak zachowywała się jakby to ona była służyła w posiadłości od co najmniej kilku stuleci. Mimo to jej humor i cięty język potrafiły wprowadzić w dobry nastrój takiego szaleńca jakim byłem. Uśmiechnąłem się przepraszająco, przeczesując powoli włosy. Podniosłem się z westchnięciem z fotela, łapiąc za stosik gazet, zastanawiając się nad najodpowiedniejszą lekturą dla młodej damy. W końcu wybrałem najzwyklejszy dziennik, który zawierał wyłącznie suche informacje. Gdybym wybierał dłużej może i znalazłbym coś ciekawszego, ale perspektywa szybszego spotkania się z Lisą nie pozwalała mi na dalsze wybory. Ułożyłem sobie na tacy cały arsenał, jaki to był mi potrzebny do porannego wejścia do pokoju panienki. Włożyłem delikatnie do wazonu świeżą różę herbacianą (ulubiony gatunek Lisy), złożyłem najstaranniej jak mogłem kremową serwetkę, a do półmiska wlałem ciepłej wody, by panienka mogła sobie już zwyczajowo przemyć twarz. Na porcelanowy talerzyk nałożyłem jedną z świeżych malinowych babeczek z polewą waniliową i ruszyłem korytarzami do pokoju młodej kobiety. Zapukałem trzy razy, bowiem tyle właśnie sobie zawsze życzyła, po czym słysząc dość melancholijne "proszę" zdecydowałem się na wkroczenie do pokoju. 
Od razu mój wzrok skierował się na panienkę, która czesała swoje złociste loki przy toaletce. Nie była jeszcze ubrana, a jej koszula nocna dodawała widokowi niewinności i pokory. Mimo widocznego zaspania uśmiechała się delikatnie swoimi ustami o kolorze brzoskwini. Tak, od zawsze uwielbiałem właśnie te pięknie wycięte w górnej wardze usteczka, których to pragnąłem posmakować o każdej pory dnia i nocy. Nie było bowiem człowieka, który nie wierzył w to, że byłem po uszy zakochany w Lisie. Sam nie mogłem temu długo zaprzeczać, bowiem kłamstwo nigdy się mnie nie trzymało. Widok tej damy działał na mnie kojąco, a każde jej słowo skierowane do mnie obdarzałem wręcz czcią, tak wielkie było moje uczucie. Gdy jej cynamonowe oczy odziedziczone po matce zauważyły mnie w koncie pomieszczenia, natychmiast przerwała zajęcie i odwróciła się w moją stronę, nie wstając jednak z miejsca. 
- Dzień dobry panienko, jak się spało?- zapytałem, kładąc ostrożnie tacę na ruchomy stolik, który następnie przytoczyłem pod jej łóżko, by mogła skonsumować posiłek i odprężyć się jeszcze w otchłani jedwabnej pościeli. Widziałem przecież po jej minie, że na to miała tylko ochotę. Ogniki w jej oczach zresztą symbolizowały jakąś nagłą wieść, która mogła oznaczać wiele niespodzianek jakimi to zaskakiwała mnie ta niezwykła dwudziestopięciolatka o mentalności małego dziecka. Przełożyła nogę na nogę, przy okazji pozwalając mi doświadczyć błogości obserwacji jej młodzieńczych kształtów. Wstała, śmiejąc się cicho, przy czym niespodziewanie się zarumieniła. Takie zjawiska były u niej bardzo częste, więc się nie przejmowałem jakimś nowym incydentem, będąc do tego przyzwyczajony. Przechodząc obok mnie niespodziewanie zmieniła tor swojego pozornego ruchu, stając obok mnie.
- Jaime, spało mi się dziś doprawdy cudownie. Gdybyś był tak miły i pobiegł po Bridget, by mnie uczesała i umalowała, byłabym ci bardzo wdzięczna. Dziękuję również za różę, zawsze pamiętasz.- uśmiechnąłem się, czując rumieniec na policzkach. Kobieta poszła już w stronę swojego łóżka, co miało dla mnie oznaczać czas na oddelegowanie się za drzwi, co niechybnie uczyniłem. Nadal w uszach dźwięczał mi aksamitny głos panienki, ale wyzbyłem się tego uczucia by móc się lepiej skupić na pracy. W końcu nie chciałem przez moje uczucia nie spełniać dobrze moich obowiązków, prawda? Zbiegłem szybko ze schodów, prawie wpadając na pana Letworth, mojego przełożonego. Był to już łysiejący mężczyzna, nieco niższy ode mnie i sporo grubszy. Szanował swój zawód wielce, ale nie był tyranem dla pracowników. Wręcz przeciwnie, działał raczej jako nasz mentor i dobry duch swoimi uśmiechami i dobrym słowem. Tym razem też zaśmiał się tubalnie, jak to przystało na mężczyznę obdarzonego bardzo donośnym basem.
- Musisz bardziej uważać mój drogi. Właśnie cię szukałem, więc w sumie dobrze się składa. Proszę, wypastuj buty przywiezione od szewca.- przytaknąłem mu zgodnie i, nie wdając się w dalszą rozmowę, popędziłem szukać Bridget by spełnić prośbę Lisy. Zależało m na tym, by załatwić to szybko, więc nie zważając na brak etykiety przyśpieszyłem do pełnego biegu. Wtedy też dostrzegłem pokojówkę na końcu korytarza, co od razu przywołało uśmiech na moją twarz. Poinstruowałem ją na jednym oddechu co też ma zrobić, sam pędząc do następnego zadania. 
To były piękne trzewiki z czarnej skóry, doprawdy majstersztyk. Lekkie, eleganckie i przewiewne, a na dodatek na filuternym, średniej wysokości obcasie. Ująłem w dłoń bucik, by wyczyścić go nową pastą, przy okazji testując ją. Błyszczał pięknie i bez niej, ale przecież musiałem wykonać moją pracę bez żadnych oszustw. Otworzyłem pudełko z czarnym specyfikiem, dokładnie nurzając w nim gąbkę, która po chwili przejęła kolor pasty. Do moich nozdrzy doszedł ten specyficzny zapach jaki towarzyszył pastowaniu, który tak sobie ceniłem. Zacząłem podśpiewywać jedną z zasłyszanych rano piosenek i z całą mocą począłem robić okrężne ruchy na czubku trzewika. Zapowiadał się doprawdy piękny dzień, o tak.
- Dzień dobry, czy to posiadłość pani Clainar?- usłyszałem znienacka kobiecy głos nad sobą, który wywołał we mnie strach. Dalsze wydarzenia już same się potoczyły. Wzdrygając się, zatopiłem całą dłoń w lepkiej paście, stając się w jakiejś części człowiekiem rasy czarnej, a sam spadłem ze stołka na bruk, odczuwając ból w lewym pośladku. Zabluźniłem w myślach, jednak wstałem szybko, by dowiedzieć się kto też wprowadził mnie w taki stan. Zobaczyłem kobietę w pięknej, morelowej sukni, która trzymała ku górze parasol o tym samym kolorze. Musiała być z wyższych sfer, widać to było po niej. Zresztą poczułem jedne z perfum pani Clainar, co uświadczyło mnie w tej myśli. A potem zobaczyłem te typowe dla tej jednej rodziny oczy i zrozumiałem natychmiast, że mam do czynienia z siostrą mojej pani, niejaką Ophelią o tym dumnym nazwisku rodowym. Uśmiechnąłem się niezręcznie, chowając brudną dłoń za plecy. 
- Tak, dobrze pani trafiła. Jak minęła podróż?- zapytałem ze szczerą nadzieją na to, że jednak ów kobieta ma trochę serca i poczucia humoru jak jej siostra, oraz nie będzie mi wytykać moich błędów. Najchętniej uciekłbym do łazienki, by zniwelować lepiącą masę na mojej lewej ręce, ale nie mogłem tego uczynić. W takim wypadku czekałem tylko na wybawienie ze strony któregoś z kamerdynerów bądź pokojówek, którzy przecież musieli kręcić się gdzieś po dworze.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak oto rozdział pierwszy powieści został zakończony. Kiedy pojawi się następna notka? To oczywiste - dokładnie w tym czasie, kiedy ją napiszę. Mam nadzieję, że przygody pana Szalika (bo przecież Scraf to "szalik" po angielsku) przypadły mojej publiczności do gustu. Namawiam do pisania komentarzy i polecenia strony znajomym, by historia mogła zabalować trochę na tym świecie. 

Autorka

Powitanie & Prolog





Chciałabym umieć robić dobre przywitania, ale od początku mojego żywota nie wychodzi mi to najlepiej. Patrząc na kreatywność i pomysły innych mogę się w tej dziedzinie schować, ale mam nadzieję, że nadrobię to postami. Cieszę się ogromnie, że to czytasz, więc przesyłam Ci serdeczne pozdrowienia. 
Pomysł na bloga? Wziął się właściwie znikąd, działałam pod impulsem chwili. Podobnież jednak pierwsza myśl jest najlepsza, więc będę śmiało brnęła w to dalej, aż do znudzenia i do chwili, kiedy chociaż jeden czytelnik będzie się trzymał przy moim boku. 
Nie będę już zabierać więcej czasu moim ględzeniem i po prostu postaram się stworzyć jak najciekawszy prolog do tej historii. Mam nadzieję, że się spodoba.

http://ksiazkimojejsiostry.blox.pl/resource/11doctor.gif
Zapomniałabym. Akcja toczy się na przełomie lat 50 i 60, w małym angielskim miasteczku Ethrid. Nie dotrzecie tam z żadnym GPS'em, mapą i kompasem, bo miejsce to po prostu nie istnieje. Jamie Scraf, główny bohater a zarazem narrator powieści, ma 27 lat i służy jako kamerdyner w posiadłości pani Clainar, oraz jej córki - Lisy. Resztę już wywnioskujecie z wątków.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czasem ludziom wydaje się, że mogą być niepokonani. Ogranicza ich egoizm i niespełnione marzenia, zostają więźniami własnych myśli, klatek wielkiej dumy wyżerającej ich od środka. Niekiedy jednak trzeba się zatrzymać, potrząsnąć mocno głową (najlepiej uderzyć nią w ścianę, tak dla lepszego efektu) i wyzbyć się tych wszystkich wrednych, ludzkich zachowań.
Tak też zrobiłem ja pięć lat temu, stawiając pierwszy krok na podjeździe pani Clainar. Pamiętam, jak ciężko było mi wtedy podnieść stopę z ziemi i iść dalej po wysypanej białymi kamyczkami ścieżce. Widziałem po raz pierwszy zabudowania wielkiej posiadłości z marmuru, okalałem wzrokiem piękny ogród z fontanną pośrodku. Wsunąłem rękę do kieszeni, by ostatni raz spojrzeć na ogłoszenie. Tak, byłem we właściwym miejscu, adres bezsprzecznie się zgadzał. Nacisnąłem klamkę z duszą na ramieniu i wszedłem do środka, czując się gotowym na wszystko.
Uśmiechnąłem się tylko na wspomnienia, wysiadając z mojego auta. Zamknąłem drzwiczki z zamachem, aż pojazd zadygotał. Skinąłem jeszcze w jego kierunku głową i, pogwizdując, ruszyłem do bramy. Z odmętów mojej kieszeni wydobyłem niewielki kluczyk, którego użyłem do otworzenia wejścia. Następnie już prostą drogą dostałem się do środka posiadłości.
Zdjąłem kapelusz, uwalniając na świat moją czuprynę koloru bursztynu i położyłem go na górnej półce. Następnie zdjąłem mój jesienny płaszcz, zawieszając go schludnie na wieszaku. Byłem już ubrany w czarny frak, czyli wymagany strój roboczy. Spokojnie przywitałem się z Caroline, jak to już miałem rano w zwyczaju i udałem się do pokoju pani. Słońce za oknem świeciło pięknie, co potęgowało mój dobry humor. W końcu dotarłem do kremowych drzwi, więc zapukałem w nie cicho. Słysząc chrypliwe "proszę" nacisnąłem klamkę z impetem, wchodząc do pokoju.
Pani Clainar była jeszcze w piżamie i leżała w łóżku, jednak nie krępowała się tym w żadnym stopniu. Spojrzałem na drobne zmarszczki przy jej cynamonowych oczach, które brutalnie oznaczały jej powolne osiąganie wieku starczego. Miała piękny uśmiech na twarzy, który świetnie uwidaczniał jej dołeczki w policzkach. Ruszyłem w jej stronę, przy okazji odsłaniając firany, by wpuścić światło do pokoju. Dama nałożyła na nos okulary kiedy usiadłem na krześle przy jej łóżku.
- Witaj, Jamie. Mam dziś ochotę na bawarkę w nowej zastawie.- przywitała mnie, dodając zwyczajowo swoje życzenie. Rzuciłem jej tylko nieśmiały uśmiech i skinąłem głową, podnosząc się z miejsca. Nie miałem prawa kwestionować jej zachcianek, jednak wolałem by najpierw się ubrała. Cóż, taka już moja monotonna rola. Dwie kostki cukru, łyżeczka zimnego mleka i wrzątek.