Niektóre dni można ze spokojem nazwać lekkimi i przyjemnymi. Takie też bywały moje przez ostatni czas. Miałem ustalony grafik, każdą czynność wykonywałem niczym machina. Wydawać by się mogło, że moje życie jest nawet niekiedy nudne, jednak nigdy taka niepochlebna myśl nie przeszła przez moją głowę. Fascynującym zajęciem było zaparzenie herbaty, rozłożenie talerzy czy zraszanie wodą paproci w holu. Jednak ostatnie dni uświadomiły mi, że ten grafik potrzebował zmian. Chciałem odpocząć od monotonii? Nie, nigdy. Dostałem jednak wielkie zagadki, tony łez i poczucia winy. Nie wierzyłem w jakim kręgu wydarzeń się obracam. Nie było mi to potrzebne do szczęścia, jednak robiłem to mimo wszystko. Dla siebie, dla Lisy i od wczoraj dla Agnes.
Przypomniałem sobie jeden z kolejnych dni przetrwania z moją przyjaciółką. Ukrywaliśmy się za murowaną ścianą, dziewczyna drżała ze strachu. Wszędzie słychać było tupot stóp, odgłosy strzelania, ostatnie krzyki. Tydzień temu zginęła moja mama, a taką przynajmniej dostałem wiadomość od jednego z uciekinierów pobliskiego obozu. Powiedział to beznamiętnie, jakby informował mnie o kupnie nowych wełnianych skarpet. Chłód, który przemawiał przez jego oczy wystraszył mnie tak, że bałem się pytać dalej. Wtedy podniósł swoją wychudzoną rękę, by mnie dotknąć. Odsunąłem się, przestraszony widokiem jego dłoni. Nie powinienem tego robić, ale to zrozumiałem dopiero później. Po prostu uciekłem do Agnes, czując pierwsze łzy na policzkach, choć jeszcze śmierć do mnie nie dotarła.
Kiedy staliśmy tak za murem, ona złapała mnie za rękę. Spojrzałem na nią, na jej wielkie oczy z przestrachu. Była bardzo zaniedbana, spierzchnięte usta drżały jej szybko. Postrzępione, krótkie włosy ucięte kawałkiem szkła by nie przeszkadzały w biegu teraz wydały mi się burzową chmurą. Wtedy to się stało. Nadeszła chwila ciszy, a zaraz po niej już tylko odrzucający ogień, pył i dym. Wszystkiemu towarzyszył wielki hałas, urywane krzyki. A wtedy nasza kryjówka pękła, poczułem kawałki betonu rysujące moje ciało. A jednak zachowałem zdrowy rozsądek, zasłaniając Agnes swoim ciałem. Jak zwykle podczas wybuchów bomb się trzęsła, nie wiedząc co zrobić. Oczy miała otwarte, kolana drżały jej rytmicznie. Chwyciłem mocniej jej dłoń, bo o dziwo nasz uścisk się nie rozerwał.
Wtedy to z dymu wyłoniła się postać w mundurze. Nieprzyjaciel? Czy zaraz umrzemy jako niedobitki? Wyciągnął karabin, celując w nas. Wtedy poczułem jak Agnes przesyła mi iskierkę ręką a zaraz po tym szybko wtula się we mnie, zamykając oczy.
Jednak koniec nie nastąpił.
Myślałem, że śmierć jest krótka, a tymczasem nadal trwała cisza. Czyżby nie słyszało się świszczącej kuli wycelowanej w siebie? Czy to taki swoisty dar od Boga, nie wiedzieć kiedy się zginie?
Nie. Usłyszałem szuranie butów o podłoże, a zaraz potem poczułem jak ktoś głaszcze nasz uścisk rąk szorstkim palcem. Otworzyłem oczy powoli, patrząc prosto w oczy żołnierza. Uśmiechnął się, a z zabrudzonego kącika jego oka poleciała jedna łza, tworząc korytarzyk wśród pyłu na twarzy.
- Dzięki temu uściskowi przeżyjecie jeszcze nie jeden strzał.- wyszeptał. Miał nieznany mi akcent, jednak na pewno nie był moim rodakiem. Następnie wskazał na samotną kulę tuż obok mojej nogi i zrozumiałem, że jednak w nas celował. Mimo to chybił, zapatrzony na nasze dłonie. Przeżyliśmy spotkanie ze śmiercią.
Razem, dzięki przypadkowi przetrwaliśmy.
Z wspomnienia wyrwał mnie ból w ramieniu, spowodowany uderzeniem w barierkę od schodów. Spojrzałem na moją dłoń, widząc nagle na niej rękę Agnes. Ten dzień na zawsze zapisał się w mojej pamięci, zresztą jej też. Gdyby nie to ściśnięcie, nie mógłbym teraz tu stać, nie poznałbym tylu ludzi i nie przeżył tylu przygód. Nic się nie dzieje przypadkiem, faktycznie.
Zauważyłem, że stałem tuż przed drzwiami Lisy i natychmiast mi się przypomniało, że to właśnie tu chciałem zawędrować. Nogi same mnie poniosły, zabawne. Nie zważając na tę sytuację postanowiłem po prostu zapukać do drzwi. Tak też uczyniłem, słysząc miły dźwięk rozchodzący się po korytarzu. Odgłos pukania zawsze kojarzył mi się z miłą gościną, spędzaniem czasu ze znajomymi, nowymi przygodami czekającymi za drzwiami. A potem następowało magiczne "proszę", które otwierało nam drogę do tych przeżyć. Jednak teraz tak się nie stało, odpowiedziała mi cisza. Zmartwiło mnie to z lekka, jednak powtórzyłem czynność. Znów to samo. Uniosłem brwi w zdziwieniu, pukając donośniej. Brak odpowiedzi zmusił mnie do grubiańskiego chwycenia za klamkę. Pociągnąłem ją, czując że drzwi zostały zamknięte. Kobieta nigdy nie zostawiała drzwi zamkniętych, nie bała się odwiedzin, ani nie miała żadnych sekretów, żeby musiała się z nimi zamykać przed światem.
- Liso, jesteś tam?- powiedziałem głośno, przykładając ucho do drzwi. Odczekałem dłuższą chwilę, niepokojąc się, gdy usłyszałem klucz przekręcający się w zamku, a potem kobieta otworzyła drzwi. Wszedłem do środka, a to co zobaczyłem zszokowało mnie.
Cały pokój był pogrążony w chaosie. Ubrania, książki, kosmetyki, wszystko znajdowało się na podłodze. Na środku pokoju leżał zaś pistolet i otwarte pudełeczko z dwoma kulami. Potem jeszcze wypatrzyłem w nim małą karteczkę. Wtedy odwróciłem się do Lisy i znów poczułem, jak rośnie we mnie ogromna złość.
Stała trzymając się ściany z widocznym trudem. Ubrania miała przedarte w wielu miejscach, na rękach i nogach tworzyły jej się zielone siniaki. Szyję miała przewiązaną cienkim sznurkiem, który wpijał jej się w skórę. Oczy roztrzęsione, z białkami o kolorze jaskrawej czerwieni. Usta wąskie, ściśnięte mocno.
- Zobacz, proszę.- powiedziała z niepodobnym sobie drżeniem w głosie. Była jednak bardzo stanowcza. Podszedłem do niej krok, jednak natychmiast usunęła się w kąt pokoju, wskazując ręką jego środek. Zrozumiałem, że to do pistoletu miałem podejść. Uczyniłem o z ostrożnością, jakby przedmiot zaraz miał wybuchnąć lub zamienić się w jakiegoś potwora z dziwnych bajań. Przejechałem dłonią po srebrnych kulach, czując ich chłód na palcach. Spociły mi się dłonie ze strachu, gdy wziąłem jedną z nich w dłonie i tak na nią patrzyłem. Potem przyszedł czas na odsłonięcie kartki, która leżała z boku pudełka. Chybotliwe litery powstałe z pomocą czarnego długopisu o starym już wkładzie głosiły: "Jeżeli nie przestaniesz węszyć razem ze swoim kochaneczkiem to sami zapragniecie tego użyć, możecie być pewni. Z serdecznymi pozdrowieniami, x."
Poczułem cienką strużkę krwi sączącą się z mojego nosa i szybko ją wytarłem. Treść była zbyt poważna, by się przejmować takimi błahostkami jak moje słabe naczynka krwionośne. Podniosłem się z podłogi, podchodząc do Lisy. Zamknąłem pokój po drodze, by nikt nieproszony nie zauważył tych pozostałości po napadzie. Nie musiałem nawet wyciągać ramion, kobieta sama wpadła mi w ramiona. Nie płakała jednak. Zwyczajnie tylko drżała, jednak nie łkała mi w ramię. Była znacznie silniejsza od tej sytuacji, choć dawna ona z pewnością by temu nie sprostała. Pozwoliłem jej na delikatne gładzenie mojej marynarki, czekałem aż się uspokoi. Poczułem jak ciągnie za mój mankiet, by wrócić znów do ściany. Jednak tym razem to ja jej na to nie pozwoliłem, zaciskając swoje ręce wokół jej idealnie wciętej talii. Położyłem dłoń na jej głowie, spełniając jedno z moich marzeń: pogładziłem ją po włosach. Czułem kosmyki bardzo delikatne, ale i zawierające całe połacie blond pukli. Westchnąłem, podnosząc dwoma palcami jej podbródek, żeby spojrzała na mnie w końcu. Pozwoliła mi na to bez oporów, choć w jej oczach kryło się zdziwienie.
- Powiedz mi kto ci to zrobił, Liso. Czy cię skrzywdził?- zapytałem, nadal patrząc w jej drżące oczy o barwie cynamonu, teraz rozświetlone nutą nowych uczuć, które wywołałem śmiałymi ruchami. Jednak nadal dominował strach i ból, widać je było na jej całej. Opuściła wzrok, a ja natychmiast odsunąłem palce od jej brody, pozwalając głowie opaść znów na moje ramię. Była tak bezwładna, delikatna, że aż chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie zemdlała. Podniosłem ją najostrożniej jak umiałem i przeniosłem na jej łóżko. Usiadłem na jego krańcu, patrząc jak leży tak cicho.
- Nie wiem kim byli. Mieli na sobie maski. Widziałam tylko oczy, słyszałam głosy. A potem zrobili to wszystko. Mnie tylko pobili i to nawet nie tak brutalnie, na ile to wygląda. Zastanawiam się tylko, czy jest sens to kontynuować Jamie.- powiedziała składnie, bez żadnych oporów, aż mnie to zdziwiło. Jej głos był jednak paskudnie pusty, pozbawiony wszelkich emocji. Złapało mnie to za serce tak, że aż nie mogłem nadążyć za tym, co powiedziała. Czy jest sens? Tego byłem pewien.
- Oczywiście, że to ma sens Liso. Jak możesz mieć co do tego wątpliwości? Tu chodzi o twojego ojca. Jeżeli czemuś nie sprostasz to wiedz, że ja zawsze będę przy tobie, obiecuję.- powiedziałem drżącym głosem, czując jej wzrok na mnie. Uśmiechnąłem się do niej blado, wstając z łóżka. Podniosłem jedną z jej torebek, wieszając na wieszaku. Zaraz po niej swe miejsce znalazły buty, bluzki, perfumy, spódnice, rajstopy, bielizna, naszyjniki... W pokoju zrobiło się tak jak jeszcze wczoraj rano. Na koniec odsłoniłem żaluzje, by wpuścić trochę wesołego słońca do pokoju. Niestety tak się nie stało, ponieważ za oknem padał deszcz, zasłaniając piękne widoki poranka. Kiedy bardzo się bałem lub stresowałem zawsze lubiłem posprzątać dla uspokojenia. Jednak teraz powinienem był chyba odkurzyć Saharę żeby znaleźć ukojenie dla moich nerwów. Dawno tak się nie bałem. To wszystko mnie przerastało, jednak nie mogłem nic dać po sobie poznać. W końcu jeśli ja się załamię, to Lisa pójdzie za moim przykładem. Musiałem być dzielny.
Podszedłem do szafy, wyciągając z niej czarną bluzkę z własnoręcznie naszytą złotą różą, biały, wygodny kardigan oraz białe spodnie z szerszymi nogawkami. Do tego dobrałem dwie złote bransoletki i czarne buty na obcasie którym zwano kaczuszką. Położyłem to wszystko na pościeli sygnalizując tym, by kobieta się w to ubrała. Podniosła się z jęknięciem, biorąc ubrania do rąk, a następnie wchodząc do swojej łazienki. Poczekałem na nią chwilę, a potem zobaczyłem ją już w pełnym makijażu i uczesaniu. Oczywiście przedstawicielka rodu nawet w takiej sytuacji musiała zachować świetny wygląd (co zresztą nie przychodziło jej z trudem). Podziwiałem ją za to szczerze.
- Jestem gotowa. Idziemy pod ten adres z pamiętnika Poszukiwacza. Niech i mnie zabiją, muszę to wiedzieć.- wzięła torbę pod ramię i szybko otworzyła drzwi. Wbiegliśmy jeszcze do kuchni by spakować śniadanie, a następnie wybiegliśmy z budynku. Nie interesowało mnie to, że miałem mnóstwo obowiązków do wykonania, ten raz mogłem być nieobowiązkowym służącym. Liczyła się tylko ta sprawa.
Gdy już wysiedliśmy na ulicy Owena naszym oczom ukazał się mały domek z wybitymi szybami i otartymi ścianami. Na tabliczce z adresem widać było ostrzeżenie, że budynek nadaje się do rozbiórki i wejście do niego grozi opadnięciem stropu. Zapoznani z tak jakże miłymi informacjami otworzyliśmy furtkę, która zaskowyczała żałośnie i weszliśmy na podwórko. Drzwi były z tyłu domu, jednak brakowało im klamki. Zauważyłem jednak, że tylne okno było wybite tak samo jak te z przodu. Przekroczyłem więc okiennicę, następnie pomagając bezpiecznie dostać się tam Lisie.
W pomieszczeniu nie było niczego, co mogłoby przykuć naszą uwagę. Podłoga i ściany stanowiły jedyne widoczne rzeczy w pomieszczeniu (o ile można takowe nazwać rzeczami). Stare panele były pokryte warstwą kurzu. Postąpiłem więc kilka kroków do następnego pomieszczenia. Lisa natychmiast uczyniła to samo.
Tam już działo się znacznie więcej. Stara czarna kanapa cała była zawalona wymyślnymi biczami o różnej długości i kolorze. Na ścianach natomiast było mnóstwo zdjęć, niektóre nawet wisiały przy podłodze. Każde miało swoją datę i były uporządkowane chronologicznie od góry do dołu, ciągnąc swą historię w prawą stronę. Na pierwszym z roku 1949 widziałem młodą dziewczynę huśtającą się huśtawce. Zdjęcie było bardzo delikatne, miało piękne przesłanie. Lisa podeszła do zdjęcia, oglądając je.
- Ja... Znam tę dziewczynę. To córka pani Borrow, koleżanki taty. Była taka miła. Zginęła w wypadku samochodowym trzy lata temu na motorze.- powiedziała z miłymi wspomnieniami w głosie. Widać było, że dziewczyna dużo dla niej znaczyła. Uśmiechnąłem się blado do wspomnienia młodej Borrow, a następnie obejrzałem kolejne zdjęcie z tego samego roku. Tym razem widziałem kawałek starego trampka, a przy nim małego misia. Bardzo przyjemne zdjęcie, jednak nic nie wnoszące. O następnym zdjęciu jednak nie można było tak powiedzieć. Przedstawiało samego Edwarda palącego papierosa. Obok niego stał Philip, na którego ramieniu opierała się dama w bezsprzecznie kusym stroju. Na twarzy Edwarda widać było zadowolenie, spełnienie. Co mogło wprawić go w tak dobry nastrój pozostało tajemnicą.
Następne zdjęcie przedstawiało kobietę która to przytulała się do Poszukiwacza na poprzedniej fotografii. Była roześmiana, ubrana w krótką sukienkę. Następne zdjęcia pokazywały tylko ją w różnych pozach i refleksjach, zmieniały się tylko lata. Ostatnie zdjęcie z nią w roli głównej przedstawiało kobietę na siedzącą na barierce mostu, wpatrzoną w rzekę. Dodany opis mnie zamurował: "Oh Lilith, chciałbym być tym mostem". Tak wyglądała Lilith Brown, czyli jedna z naszych podejrzanych. Na następnym zdjęciu widać ją było całującą się z nikim innym jak ojcem Lisy. Wtedy to moja towarzyszka uderzyła pięścią w szklaną oprawę zdjęcia, także obrazek spadł na ziemię.
- Jak on mógł! Mój ojciec... zdradzał mamę?- zapadło jedno z najsmutniejszych pytań jakie usłyszałem w życiu. Jednak oglądaliśmy zdjęcia dalej, choć każde było coraz to nudniejsze. Aż do dnia, gdy umarł Edward. Widać było na nim Lilith trzymającą sznur zaciśnięty wokół jego brzucha. Śmiała się, a fotograf także musiał wykonywać tę czynność, bo zdjęcie było rozmazane. Dopuścili się zbrodni i jeszcze mieli czelność ją udokumentować.
- Nie patrz na to, Liso. Nie męcz się...- poprosiłem dziewczynę, gładząc ją uspokajająco po przedramieniu. Odsunęła się ode mnie jednak, a jej oczy były pełne oburzenia. Spojrzała na fotografię z wściekłością i już chciała ją zbić, gdy zauważyła że jej dłoń krwawi poprzez spotkanie z ostatnim szkłem. Przykryła ją drugą dłonią, jakby nie czuła bólu. Nie pozwoliła mi zareagować. Obejrzała szybko resztę zdjęć beznamiętnie, wybrała niektóre i włożyła je do torby. Następnie podeszła do mnie z istną chęcią mordu w oczach.
- Będziemy zmuszeni odwiedzić Philipa ponownie. Tym razem w jego piwnicach. Niech Lilith ma się na baczności przed nami.- powiedziała, zakładając torbę na ramię. Uwielbiałem ją taką stanowczą i wyzwoloną, więc podążyłem za nią jak piesek staruszki na smyczy.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mamy wtorek? Mamy. Mamy rozdział? Mamy. Wywiązałam się moi Państwo!
Nie jestem choć raz niesłowna, uf. Jak zwykle piszcie komentarze, dzielcie się blogiem ze znajomymi i po prostu mnie uszczęśliwiajcie, bo ja staram się uszczęśliwiać Was z każdym rozdziałem.
Dzisiaj szybki koniec, bo muszę jeszcze poprawić literówki (a przynajmniej te, które wychwycę w tym zmęczeniu). Dobranoc moi mili,
Autorka
P.S. Ankieta tylko czeka na Państwa głosy.
Kiedy staliśmy tak za murem, ona złapała mnie za rękę. Spojrzałem na nią, na jej wielkie oczy z przestrachu. Była bardzo zaniedbana, spierzchnięte usta drżały jej szybko. Postrzępione, krótkie włosy ucięte kawałkiem szkła by nie przeszkadzały w biegu teraz wydały mi się burzową chmurą. Wtedy to się stało. Nadeszła chwila ciszy, a zaraz po niej już tylko odrzucający ogień, pył i dym. Wszystkiemu towarzyszył wielki hałas, urywane krzyki. A wtedy nasza kryjówka pękła, poczułem kawałki betonu rysujące moje ciało. A jednak zachowałem zdrowy rozsądek, zasłaniając Agnes swoim ciałem. Jak zwykle podczas wybuchów bomb się trzęsła, nie wiedząc co zrobić. Oczy miała otwarte, kolana drżały jej rytmicznie. Chwyciłem mocniej jej dłoń, bo o dziwo nasz uścisk się nie rozerwał.
Wtedy to z dymu wyłoniła się postać w mundurze. Nieprzyjaciel? Czy zaraz umrzemy jako niedobitki? Wyciągnął karabin, celując w nas. Wtedy poczułem jak Agnes przesyła mi iskierkę ręką a zaraz po tym szybko wtula się we mnie, zamykając oczy.
Jednak koniec nie nastąpił.
Myślałem, że śmierć jest krótka, a tymczasem nadal trwała cisza. Czyżby nie słyszało się świszczącej kuli wycelowanej w siebie? Czy to taki swoisty dar od Boga, nie wiedzieć kiedy się zginie?
Nie. Usłyszałem szuranie butów o podłoże, a zaraz potem poczułem jak ktoś głaszcze nasz uścisk rąk szorstkim palcem. Otworzyłem oczy powoli, patrząc prosto w oczy żołnierza. Uśmiechnął się, a z zabrudzonego kącika jego oka poleciała jedna łza, tworząc korytarzyk wśród pyłu na twarzy.
- Dzięki temu uściskowi przeżyjecie jeszcze nie jeden strzał.- wyszeptał. Miał nieznany mi akcent, jednak na pewno nie był moim rodakiem. Następnie wskazał na samotną kulę tuż obok mojej nogi i zrozumiałem, że jednak w nas celował. Mimo to chybił, zapatrzony na nasze dłonie. Przeżyliśmy spotkanie ze śmiercią.
Razem, dzięki przypadkowi przetrwaliśmy.
Z wspomnienia wyrwał mnie ból w ramieniu, spowodowany uderzeniem w barierkę od schodów. Spojrzałem na moją dłoń, widząc nagle na niej rękę Agnes. Ten dzień na zawsze zapisał się w mojej pamięci, zresztą jej też. Gdyby nie to ściśnięcie, nie mógłbym teraz tu stać, nie poznałbym tylu ludzi i nie przeżył tylu przygód. Nic się nie dzieje przypadkiem, faktycznie.
Zauważyłem, że stałem tuż przed drzwiami Lisy i natychmiast mi się przypomniało, że to właśnie tu chciałem zawędrować. Nogi same mnie poniosły, zabawne. Nie zważając na tę sytuację postanowiłem po prostu zapukać do drzwi. Tak też uczyniłem, słysząc miły dźwięk rozchodzący się po korytarzu. Odgłos pukania zawsze kojarzył mi się z miłą gościną, spędzaniem czasu ze znajomymi, nowymi przygodami czekającymi za drzwiami. A potem następowało magiczne "proszę", które otwierało nam drogę do tych przeżyć. Jednak teraz tak się nie stało, odpowiedziała mi cisza. Zmartwiło mnie to z lekka, jednak powtórzyłem czynność. Znów to samo. Uniosłem brwi w zdziwieniu, pukając donośniej. Brak odpowiedzi zmusił mnie do grubiańskiego chwycenia za klamkę. Pociągnąłem ją, czując że drzwi zostały zamknięte. Kobieta nigdy nie zostawiała drzwi zamkniętych, nie bała się odwiedzin, ani nie miała żadnych sekretów, żeby musiała się z nimi zamykać przed światem.
- Liso, jesteś tam?- powiedziałem głośno, przykładając ucho do drzwi. Odczekałem dłuższą chwilę, niepokojąc się, gdy usłyszałem klucz przekręcający się w zamku, a potem kobieta otworzyła drzwi. Wszedłem do środka, a to co zobaczyłem zszokowało mnie.
Cały pokój był pogrążony w chaosie. Ubrania, książki, kosmetyki, wszystko znajdowało się na podłodze. Na środku pokoju leżał zaś pistolet i otwarte pudełeczko z dwoma kulami. Potem jeszcze wypatrzyłem w nim małą karteczkę. Wtedy odwróciłem się do Lisy i znów poczułem, jak rośnie we mnie ogromna złość.
Stała trzymając się ściany z widocznym trudem. Ubrania miała przedarte w wielu miejscach, na rękach i nogach tworzyły jej się zielone siniaki. Szyję miała przewiązaną cienkim sznurkiem, który wpijał jej się w skórę. Oczy roztrzęsione, z białkami o kolorze jaskrawej czerwieni. Usta wąskie, ściśnięte mocno.
- Zobacz, proszę.- powiedziała z niepodobnym sobie drżeniem w głosie. Była jednak bardzo stanowcza. Podszedłem do niej krok, jednak natychmiast usunęła się w kąt pokoju, wskazując ręką jego środek. Zrozumiałem, że to do pistoletu miałem podejść. Uczyniłem o z ostrożnością, jakby przedmiot zaraz miał wybuchnąć lub zamienić się w jakiegoś potwora z dziwnych bajań. Przejechałem dłonią po srebrnych kulach, czując ich chłód na palcach. Spociły mi się dłonie ze strachu, gdy wziąłem jedną z nich w dłonie i tak na nią patrzyłem. Potem przyszedł czas na odsłonięcie kartki, która leżała z boku pudełka. Chybotliwe litery powstałe z pomocą czarnego długopisu o starym już wkładzie głosiły: "Jeżeli nie przestaniesz węszyć razem ze swoim kochaneczkiem to sami zapragniecie tego użyć, możecie być pewni. Z serdecznymi pozdrowieniami, x."
Poczułem cienką strużkę krwi sączącą się z mojego nosa i szybko ją wytarłem. Treść była zbyt poważna, by się przejmować takimi błahostkami jak moje słabe naczynka krwionośne. Podniosłem się z podłogi, podchodząc do Lisy. Zamknąłem pokój po drodze, by nikt nieproszony nie zauważył tych pozostałości po napadzie. Nie musiałem nawet wyciągać ramion, kobieta sama wpadła mi w ramiona. Nie płakała jednak. Zwyczajnie tylko drżała, jednak nie łkała mi w ramię. Była znacznie silniejsza od tej sytuacji, choć dawna ona z pewnością by temu nie sprostała. Pozwoliłem jej na delikatne gładzenie mojej marynarki, czekałem aż się uspokoi. Poczułem jak ciągnie za mój mankiet, by wrócić znów do ściany. Jednak tym razem to ja jej na to nie pozwoliłem, zaciskając swoje ręce wokół jej idealnie wciętej talii. Położyłem dłoń na jej głowie, spełniając jedno z moich marzeń: pogładziłem ją po włosach. Czułem kosmyki bardzo delikatne, ale i zawierające całe połacie blond pukli. Westchnąłem, podnosząc dwoma palcami jej podbródek, żeby spojrzała na mnie w końcu. Pozwoliła mi na to bez oporów, choć w jej oczach kryło się zdziwienie.
- Powiedz mi kto ci to zrobił, Liso. Czy cię skrzywdził?- zapytałem, nadal patrząc w jej drżące oczy o barwie cynamonu, teraz rozświetlone nutą nowych uczuć, które wywołałem śmiałymi ruchami. Jednak nadal dominował strach i ból, widać je było na jej całej. Opuściła wzrok, a ja natychmiast odsunąłem palce od jej brody, pozwalając głowie opaść znów na moje ramię. Była tak bezwładna, delikatna, że aż chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie zemdlała. Podniosłem ją najostrożniej jak umiałem i przeniosłem na jej łóżko. Usiadłem na jego krańcu, patrząc jak leży tak cicho.
- Nie wiem kim byli. Mieli na sobie maski. Widziałam tylko oczy, słyszałam głosy. A potem zrobili to wszystko. Mnie tylko pobili i to nawet nie tak brutalnie, na ile to wygląda. Zastanawiam się tylko, czy jest sens to kontynuować Jamie.- powiedziała składnie, bez żadnych oporów, aż mnie to zdziwiło. Jej głos był jednak paskudnie pusty, pozbawiony wszelkich emocji. Złapało mnie to za serce tak, że aż nie mogłem nadążyć za tym, co powiedziała. Czy jest sens? Tego byłem pewien.
- Oczywiście, że to ma sens Liso. Jak możesz mieć co do tego wątpliwości? Tu chodzi o twojego ojca. Jeżeli czemuś nie sprostasz to wiedz, że ja zawsze będę przy tobie, obiecuję.- powiedziałem drżącym głosem, czując jej wzrok na mnie. Uśmiechnąłem się do niej blado, wstając z łóżka. Podniosłem jedną z jej torebek, wieszając na wieszaku. Zaraz po niej swe miejsce znalazły buty, bluzki, perfumy, spódnice, rajstopy, bielizna, naszyjniki... W pokoju zrobiło się tak jak jeszcze wczoraj rano. Na koniec odsłoniłem żaluzje, by wpuścić trochę wesołego słońca do pokoju. Niestety tak się nie stało, ponieważ za oknem padał deszcz, zasłaniając piękne widoki poranka. Kiedy bardzo się bałem lub stresowałem zawsze lubiłem posprzątać dla uspokojenia. Jednak teraz powinienem był chyba odkurzyć Saharę żeby znaleźć ukojenie dla moich nerwów. Dawno tak się nie bałem. To wszystko mnie przerastało, jednak nie mogłem nic dać po sobie poznać. W końcu jeśli ja się załamię, to Lisa pójdzie za moim przykładem. Musiałem być dzielny.
Podszedłem do szafy, wyciągając z niej czarną bluzkę z własnoręcznie naszytą złotą różą, biały, wygodny kardigan oraz białe spodnie z szerszymi nogawkami. Do tego dobrałem dwie złote bransoletki i czarne buty na obcasie którym zwano kaczuszką. Położyłem to wszystko na pościeli sygnalizując tym, by kobieta się w to ubrała. Podniosła się z jęknięciem, biorąc ubrania do rąk, a następnie wchodząc do swojej łazienki. Poczekałem na nią chwilę, a potem zobaczyłem ją już w pełnym makijażu i uczesaniu. Oczywiście przedstawicielka rodu nawet w takiej sytuacji musiała zachować świetny wygląd (co zresztą nie przychodziło jej z trudem). Podziwiałem ją za to szczerze.
- Jestem gotowa. Idziemy pod ten adres z pamiętnika Poszukiwacza. Niech i mnie zabiją, muszę to wiedzieć.- wzięła torbę pod ramię i szybko otworzyła drzwi. Wbiegliśmy jeszcze do kuchni by spakować śniadanie, a następnie wybiegliśmy z budynku. Nie interesowało mnie to, że miałem mnóstwo obowiązków do wykonania, ten raz mogłem być nieobowiązkowym służącym. Liczyła się tylko ta sprawa.
Gdy już wysiedliśmy na ulicy Owena naszym oczom ukazał się mały domek z wybitymi szybami i otartymi ścianami. Na tabliczce z adresem widać było ostrzeżenie, że budynek nadaje się do rozbiórki i wejście do niego grozi opadnięciem stropu. Zapoznani z tak jakże miłymi informacjami otworzyliśmy furtkę, która zaskowyczała żałośnie i weszliśmy na podwórko. Drzwi były z tyłu domu, jednak brakowało im klamki. Zauważyłem jednak, że tylne okno było wybite tak samo jak te z przodu. Przekroczyłem więc okiennicę, następnie pomagając bezpiecznie dostać się tam Lisie.
W pomieszczeniu nie było niczego, co mogłoby przykuć naszą uwagę. Podłoga i ściany stanowiły jedyne widoczne rzeczy w pomieszczeniu (o ile można takowe nazwać rzeczami). Stare panele były pokryte warstwą kurzu. Postąpiłem więc kilka kroków do następnego pomieszczenia. Lisa natychmiast uczyniła to samo.
Tam już działo się znacznie więcej. Stara czarna kanapa cała była zawalona wymyślnymi biczami o różnej długości i kolorze. Na ścianach natomiast było mnóstwo zdjęć, niektóre nawet wisiały przy podłodze. Każde miało swoją datę i były uporządkowane chronologicznie od góry do dołu, ciągnąc swą historię w prawą stronę. Na pierwszym z roku 1949 widziałem młodą dziewczynę huśtającą się huśtawce. Zdjęcie było bardzo delikatne, miało piękne przesłanie. Lisa podeszła do zdjęcia, oglądając je.
- Ja... Znam tę dziewczynę. To córka pani Borrow, koleżanki taty. Była taka miła. Zginęła w wypadku samochodowym trzy lata temu na motorze.- powiedziała z miłymi wspomnieniami w głosie. Widać było, że dziewczyna dużo dla niej znaczyła. Uśmiechnąłem się blado do wspomnienia młodej Borrow, a następnie obejrzałem kolejne zdjęcie z tego samego roku. Tym razem widziałem kawałek starego trampka, a przy nim małego misia. Bardzo przyjemne zdjęcie, jednak nic nie wnoszące. O następnym zdjęciu jednak nie można było tak powiedzieć. Przedstawiało samego Edwarda palącego papierosa. Obok niego stał Philip, na którego ramieniu opierała się dama w bezsprzecznie kusym stroju. Na twarzy Edwarda widać było zadowolenie, spełnienie. Co mogło wprawić go w tak dobry nastrój pozostało tajemnicą.
Następne zdjęcie przedstawiało kobietę która to przytulała się do Poszukiwacza na poprzedniej fotografii. Była roześmiana, ubrana w krótką sukienkę. Następne zdjęcia pokazywały tylko ją w różnych pozach i refleksjach, zmieniały się tylko lata. Ostatnie zdjęcie z nią w roli głównej przedstawiało kobietę na siedzącą na barierce mostu, wpatrzoną w rzekę. Dodany opis mnie zamurował: "Oh Lilith, chciałbym być tym mostem". Tak wyglądała Lilith Brown, czyli jedna z naszych podejrzanych. Na następnym zdjęciu widać ją było całującą się z nikim innym jak ojcem Lisy. Wtedy to moja towarzyszka uderzyła pięścią w szklaną oprawę zdjęcia, także obrazek spadł na ziemię.
- Jak on mógł! Mój ojciec... zdradzał mamę?- zapadło jedno z najsmutniejszych pytań jakie usłyszałem w życiu. Jednak oglądaliśmy zdjęcia dalej, choć każde było coraz to nudniejsze. Aż do dnia, gdy umarł Edward. Widać było na nim Lilith trzymającą sznur zaciśnięty wokół jego brzucha. Śmiała się, a fotograf także musiał wykonywać tę czynność, bo zdjęcie było rozmazane. Dopuścili się zbrodni i jeszcze mieli czelność ją udokumentować.
- Nie patrz na to, Liso. Nie męcz się...- poprosiłem dziewczynę, gładząc ją uspokajająco po przedramieniu. Odsunęła się ode mnie jednak, a jej oczy były pełne oburzenia. Spojrzała na fotografię z wściekłością i już chciała ją zbić, gdy zauważyła że jej dłoń krwawi poprzez spotkanie z ostatnim szkłem. Przykryła ją drugą dłonią, jakby nie czuła bólu. Nie pozwoliła mi zareagować. Obejrzała szybko resztę zdjęć beznamiętnie, wybrała niektóre i włożyła je do torby. Następnie podeszła do mnie z istną chęcią mordu w oczach.
- Będziemy zmuszeni odwiedzić Philipa ponownie. Tym razem w jego piwnicach. Niech Lilith ma się na baczności przed nami.- powiedziała, zakładając torbę na ramię. Uwielbiałem ją taką stanowczą i wyzwoloną, więc podążyłem za nią jak piesek staruszki na smyczy.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mamy wtorek? Mamy. Mamy rozdział? Mamy. Wywiązałam się moi Państwo!
Nie jestem choć raz niesłowna, uf. Jak zwykle piszcie komentarze, dzielcie się blogiem ze znajomymi i po prostu mnie uszczęśliwiajcie, bo ja staram się uszczęśliwiać Was z każdym rozdziałem.
Dzisiaj szybki koniec, bo muszę jeszcze poprawić literówki (a przynajmniej te, które wychwycę w tym zmęczeniu). Dobranoc moi mili,
Autorka
P.S. Ankieta tylko czeka na Państwa głosy.