wtorek, 7 lipca 2015

Rozdział IX "Motyl Martwy"

Niektóre dni można ze spokojem nazwać lekkimi i przyjemnymi. Takie też bywały moje przez ostatni czas. Miałem ustalony grafik, każdą czynność wykonywałem niczym machina. Wydawać by się mogło, że moje życie jest nawet niekiedy nudne, jednak nigdy taka niepochlebna myśl nie przeszła przez moją głowę. Fascynującym zajęciem było zaparzenie herbaty, rozłożenie talerzy czy zraszanie wodą paproci w holu. Jednak ostatnie dni uświadomiły mi, że ten grafik potrzebował zmian. Chciałem odpocząć od monotonii? Nie, nigdy. Dostałem jednak wielkie zagadki, tony łez i poczucia winy. Nie wierzyłem w jakim kręgu wydarzeń się obracam. Nie było mi to potrzebne do szczęścia, jednak robiłem to mimo wszystko. Dla siebie, dla Lisy i od wczoraj dla Agnes.
Przypomniałem sobie jeden z kolejnych dni przetrwania z moją przyjaciółką. Ukrywaliśmy się za murowaną ścianą, dziewczyna drżała ze strachu. Wszędzie słychać było tupot stóp, odgłosy strzelania, ostatnie krzyki. Tydzień temu zginęła moja mama, a taką przynajmniej dostałem wiadomość od jednego z uciekinierów pobliskiego obozu. Powiedział to beznamiętnie, jakby informował mnie o kupnie nowych wełnianych skarpet. Chłód, który przemawiał przez jego oczy wystraszył mnie tak, że bałem się pytać dalej. Wtedy podniósł swoją wychudzoną rękę, by mnie dotknąć. Odsunąłem się, przestraszony widokiem jego dłoni. Nie powinienem tego robić, ale to zrozumiałem dopiero później. Po prostu uciekłem do Agnes, czując pierwsze łzy na policzkach, choć jeszcze śmierć do mnie nie dotarła.
Kiedy staliśmy tak za murem, ona złapała mnie za rękę. Spojrzałem na nią, na jej wielkie oczy z przestrachu. Była bardzo zaniedbana, spierzchnięte usta drżały jej szybko. Postrzępione, krótkie włosy ucięte kawałkiem szkła by nie przeszkadzały w biegu teraz wydały mi się burzową chmurą. Wtedy to się stało. Nadeszła chwila ciszy, a zaraz po niej już tylko odrzucający ogień, pył i dym. Wszystkiemu towarzyszył wielki hałas, urywane krzyki. A wtedy nasza kryjówka pękła, poczułem kawałki betonu rysujące moje ciało. A jednak zachowałem zdrowy rozsądek, zasłaniając Agnes swoim ciałem. Jak zwykle podczas wybuchów bomb się trzęsła, nie wiedząc co zrobić. Oczy miała otwarte, kolana drżały jej rytmicznie. Chwyciłem mocniej jej dłoń, bo o dziwo nasz uścisk się nie rozerwał.
Wtedy to z dymu wyłoniła się postać w mundurze. Nieprzyjaciel? Czy zaraz umrzemy jako niedobitki? Wyciągnął karabin, celując w nas. Wtedy poczułem jak Agnes przesyła mi iskierkę ręką a zaraz po tym szybko wtula się we mnie, zamykając oczy.
Jednak koniec nie nastąpił.
Myślałem, że śmierć jest krótka, a tymczasem nadal trwała cisza. Czyżby nie słyszało się świszczącej kuli wycelowanej w siebie? Czy to taki swoisty dar od Boga, nie wiedzieć kiedy się zginie?
Nie. Usłyszałem szuranie butów o podłoże, a zaraz potem poczułem jak ktoś głaszcze nasz uścisk rąk szorstkim palcem. Otworzyłem oczy powoli, patrząc prosto w oczy żołnierza. Uśmiechnął się, a z zabrudzonego kącika jego oka poleciała jedna łza, tworząc korytarzyk wśród pyłu na twarzy.
- Dzięki temu uściskowi przeżyjecie jeszcze nie jeden strzał.- wyszeptał. Miał nieznany mi akcent, jednak na pewno nie był moim rodakiem. Następnie wskazał na samotną kulę tuż obok mojej nogi i zrozumiałem, że jednak w nas celował. Mimo to chybił, zapatrzony na nasze dłonie. Przeżyliśmy spotkanie ze śmiercią.
Razem, dzięki przypadkowi przetrwaliśmy.
Z wspomnienia wyrwał mnie ból w ramieniu, spowodowany uderzeniem w barierkę od schodów. Spojrzałem na moją dłoń, widząc nagle na niej rękę Agnes. Ten dzień na zawsze zapisał się w mojej pamięci, zresztą jej też. Gdyby nie to ściśnięcie, nie mógłbym teraz tu stać, nie poznałbym tylu ludzi i nie przeżył tylu przygód. Nic się nie dzieje przypadkiem, faktycznie.
Zauważyłem, że stałem tuż przed drzwiami Lisy i natychmiast mi się przypomniało, że to właśnie tu chciałem zawędrować. Nogi same mnie poniosły, zabawne. Nie zważając na tę sytuację postanowiłem po prostu zapukać do drzwi. Tak też uczyniłem, słysząc miły dźwięk rozchodzący się po korytarzu. Odgłos pukania zawsze kojarzył mi się z miłą gościną, spędzaniem czasu ze znajomymi, nowymi przygodami czekającymi za drzwiami. A potem następowało magiczne "proszę", które otwierało nam drogę do tych przeżyć. Jednak teraz tak się nie stało, odpowiedziała mi cisza. Zmartwiło mnie to z lekka, jednak powtórzyłem czynność. Znów to samo. Uniosłem brwi w zdziwieniu, pukając donośniej. Brak odpowiedzi zmusił mnie do grubiańskiego chwycenia za klamkę. Pociągnąłem ją, czując że drzwi zostały zamknięte. Kobieta nigdy nie zostawiała drzwi zamkniętych, nie bała się odwiedzin, ani nie miała żadnych sekretów, żeby musiała się z nimi zamykać przed światem.
- Liso, jesteś tam?- powiedziałem głośno, przykładając ucho do drzwi. Odczekałem dłuższą chwilę, niepokojąc się, gdy usłyszałem klucz przekręcający się w zamku, a potem kobieta otworzyła drzwi. Wszedłem do środka, a to co zobaczyłem zszokowało mnie.
Cały pokój był pogrążony w chaosie. Ubrania, książki, kosmetyki, wszystko znajdowało się na podłodze. Na środku pokoju leżał zaś pistolet i otwarte pudełeczko z dwoma kulami. Potem jeszcze wypatrzyłem w nim małą karteczkę. Wtedy odwróciłem się do Lisy i znów poczułem, jak rośnie we mnie ogromna złość.
Stała trzymając się ściany z widocznym trudem. Ubrania miała przedarte w wielu miejscach, na rękach i nogach tworzyły jej się zielone siniaki. Szyję miała przewiązaną cienkim sznurkiem, który wpijał jej się w skórę. Oczy roztrzęsione, z białkami o kolorze jaskrawej czerwieni. Usta wąskie, ściśnięte mocno.
- Zobacz, proszę.- powiedziała z niepodobnym sobie drżeniem w głosie. Była jednak bardzo stanowcza. Podszedłem do niej krok, jednak natychmiast usunęła się w kąt pokoju, wskazując ręką jego środek. Zrozumiałem, że to do pistoletu miałem podejść. Uczyniłem o z ostrożnością, jakby przedmiot zaraz miał wybuchnąć lub zamienić się w jakiegoś potwora z dziwnych bajań. Przejechałem dłonią po srebrnych kulach, czując ich chłód na palcach. Spociły mi się dłonie ze strachu, gdy wziąłem jedną z nich w dłonie i tak na nią patrzyłem. Potem przyszedł czas na odsłonięcie kartki, która leżała z boku pudełka. Chybotliwe litery powstałe z pomocą czarnego długopisu o starym już wkładzie głosiły: "Jeżeli nie przestaniesz węszyć razem ze swoim kochaneczkiem to sami zapragniecie tego użyć, możecie być pewni. Z serdecznymi pozdrowieniami, x."
Poczułem cienką strużkę krwi sączącą się z mojego nosa i szybko ją wytarłem. Treść była zbyt poważna, by się przejmować takimi błahostkami jak moje słabe naczynka krwionośne. Podniosłem się z podłogi, podchodząc do Lisy. Zamknąłem pokój po drodze, by nikt nieproszony nie zauważył tych pozostałości po napadzie. Nie musiałem nawet wyciągać ramion, kobieta sama wpadła mi w ramiona. Nie płakała jednak. Zwyczajnie tylko drżała, jednak nie łkała mi w ramię. Była znacznie silniejsza od tej sytuacji, choć dawna ona z pewnością by temu nie sprostała. Pozwoliłem jej na delikatne gładzenie mojej marynarki, czekałem aż się uspokoi. Poczułem jak ciągnie za mój mankiet, by wrócić znów do ściany. Jednak tym razem to ja jej na to nie pozwoliłem, zaciskając swoje ręce wokół jej idealnie wciętej talii. Położyłem dłoń na jej głowie, spełniając jedno z moich marzeń: pogładziłem ją po włosach. Czułem kosmyki bardzo delikatne, ale i zawierające całe połacie blond pukli. Westchnąłem, podnosząc dwoma palcami jej podbródek, żeby spojrzała na mnie w końcu. Pozwoliła mi na to bez oporów, choć w jej oczach kryło się zdziwienie.
- Powiedz mi kto ci to zrobił, Liso. Czy cię skrzywdził?- zapytałem, nadal patrząc w jej drżące oczy o barwie cynamonu, teraz rozświetlone nutą nowych uczuć, które wywołałem śmiałymi ruchami. Jednak nadal dominował strach i ból, widać je było na jej całej. Opuściła wzrok, a ja natychmiast odsunąłem palce od jej brody, pozwalając głowie opaść znów na moje ramię. Była tak bezwładna, delikatna, że aż chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie zemdlała. Podniosłem ją najostrożniej jak umiałem i przeniosłem na jej łóżko. Usiadłem na jego krańcu, patrząc jak leży tak cicho.
- Nie wiem kim byli. Mieli na sobie maski. Widziałam tylko oczy, słyszałam głosy. A potem zrobili to wszystko. Mnie tylko pobili i to nawet nie tak brutalnie, na ile to wygląda. Zastanawiam się tylko, czy jest sens to kontynuować Jamie.- powiedziała składnie, bez żadnych oporów, aż mnie to zdziwiło. Jej głos był jednak paskudnie pusty, pozbawiony wszelkich emocji. Złapało mnie to za serce tak, że aż nie mogłem nadążyć za tym, co powiedziała. Czy jest sens? Tego byłem pewien.
- Oczywiście, że to ma sens Liso. Jak możesz mieć co do tego wątpliwości? Tu chodzi o twojego ojca. Jeżeli czemuś nie sprostasz to wiedz, że ja zawsze będę przy tobie, obiecuję.- powiedziałem drżącym głosem, czując jej wzrok na mnie. Uśmiechnąłem się do niej blado, wstając z łóżka. Podniosłem jedną z jej torebek, wieszając na wieszaku. Zaraz po niej swe miejsce znalazły buty, bluzki, perfumy, spódnice, rajstopy, bielizna, naszyjniki... W pokoju zrobiło się tak jak jeszcze wczoraj rano. Na koniec odsłoniłem żaluzje, by wpuścić trochę wesołego słońca do pokoju. Niestety tak się nie stało, ponieważ za oknem padał deszcz, zasłaniając piękne widoki poranka. Kiedy bardzo się bałem lub stresowałem zawsze lubiłem posprzątać dla uspokojenia. Jednak teraz powinienem był chyba odkurzyć Saharę żeby znaleźć ukojenie dla moich nerwów. Dawno tak się nie bałem. To wszystko mnie przerastało, jednak nie mogłem nic dać po sobie poznać. W końcu jeśli ja się załamię, to Lisa pójdzie za moim przykładem. Musiałem być dzielny.
Podszedłem do szafy, wyciągając z niej czarną bluzkę z własnoręcznie naszytą złotą różą, biały, wygodny kardigan oraz białe spodnie z szerszymi nogawkami. Do tego dobrałem dwie złote bransoletki i czarne buty na obcasie którym zwano kaczuszką. Położyłem to wszystko na pościeli sygnalizując tym, by kobieta się w to ubrała. Podniosła się z jęknięciem, biorąc ubrania do rąk, a następnie wchodząc do swojej łazienki. Poczekałem na nią chwilę, a potem zobaczyłem ją już w pełnym makijażu i uczesaniu. Oczywiście przedstawicielka rodu nawet w takiej sytuacji musiała zachować świetny wygląd (co zresztą nie przychodziło jej z trudem). Podziwiałem ją za to szczerze.
- Jestem gotowa. Idziemy pod ten adres z pamiętnika Poszukiwacza. Niech i mnie zabiją, muszę to wiedzieć.- wzięła torbę pod ramię i szybko otworzyła drzwi. Wbiegliśmy jeszcze do kuchni by spakować śniadanie, a następnie wybiegliśmy z budynku. Nie interesowało mnie to, że miałem mnóstwo obowiązków do wykonania, ten raz mogłem być nieobowiązkowym służącym. Liczyła się tylko ta sprawa.
Gdy już wysiedliśmy na ulicy Owena naszym oczom ukazał się mały domek z wybitymi szybami i otartymi ścianami. Na tabliczce z adresem widać było ostrzeżenie, że budynek nadaje się do rozbiórki i wejście do niego grozi opadnięciem stropu. Zapoznani z tak jakże miłymi informacjami otworzyliśmy furtkę, która zaskowyczała żałośnie i weszliśmy na podwórko. Drzwi były z tyłu domu, jednak brakowało im klamki. Zauważyłem jednak, że tylne okno było wybite tak samo jak te z przodu. Przekroczyłem więc okiennicę, następnie pomagając bezpiecznie dostać się tam Lisie.
W pomieszczeniu nie było niczego, co mogłoby przykuć naszą uwagę. Podłoga i ściany stanowiły jedyne widoczne rzeczy w pomieszczeniu (o ile można takowe nazwać rzeczami). Stare panele były pokryte warstwą kurzu. Postąpiłem więc kilka kroków do następnego pomieszczenia. Lisa natychmiast uczyniła to samo.
Tam już działo się znacznie więcej. Stara czarna kanapa cała była zawalona wymyślnymi biczami o różnej długości i kolorze. Na ścianach natomiast było mnóstwo zdjęć, niektóre nawet wisiały przy podłodze. Każde miało swoją datę i były uporządkowane chronologicznie od góry do dołu, ciągnąc swą historię w prawą stronę. Na pierwszym z roku 1949 widziałem młodą dziewczynę huśtającą się huśtawce. Zdjęcie było bardzo delikatne, miało piękne przesłanie. Lisa podeszła do zdjęcia, oglądając je.
- Ja... Znam tę dziewczynę. To córka pani Borrow, koleżanki taty. Była taka miła. Zginęła w wypadku samochodowym trzy lata temu na motorze.- powiedziała z miłymi wspomnieniami w głosie. Widać było, że dziewczyna dużo dla niej znaczyła. Uśmiechnąłem się blado do wspomnienia młodej Borrow, a następnie obejrzałem kolejne zdjęcie z tego samego roku. Tym razem widziałem kawałek starego trampka, a przy nim małego misia. Bardzo przyjemne zdjęcie, jednak nic nie wnoszące. O następnym zdjęciu jednak nie można było tak powiedzieć. Przedstawiało samego Edwarda palącego papierosa. Obok niego stał Philip, na którego ramieniu opierała się dama w bezsprzecznie kusym stroju. Na twarzy Edwarda widać było zadowolenie, spełnienie. Co mogło wprawić go w tak dobry nastrój pozostało tajemnicą.
Następne zdjęcie przedstawiało kobietę która to przytulała się do Poszukiwacza na poprzedniej fotografii. Była roześmiana, ubrana w krótką sukienkę. Następne zdjęcia pokazywały tylko ją w różnych pozach i refleksjach, zmieniały się tylko lata. Ostatnie zdjęcie z nią w roli głównej przedstawiało kobietę na siedzącą na barierce mostu, wpatrzoną w rzekę. Dodany opis mnie zamurował: "Oh Lilith, chciałbym być tym mostem". Tak wyglądała Lilith Brown, czyli jedna z naszych podejrzanych. Na następnym zdjęciu widać ją było całującą się z nikim innym jak ojcem Lisy. Wtedy to moja towarzyszka uderzyła pięścią w szklaną oprawę zdjęcia, także obrazek spadł na ziemię.
- Jak on mógł! Mój ojciec... zdradzał mamę?- zapadło jedno z najsmutniejszych pytań jakie usłyszałem w życiu. Jednak oglądaliśmy zdjęcia dalej, choć każde było coraz to nudniejsze. Aż do dnia, gdy umarł Edward. Widać było na nim Lilith trzymającą sznur zaciśnięty wokół jego brzucha. Śmiała się, a fotograf także musiał wykonywać tę czynność, bo zdjęcie było rozmazane. Dopuścili się zbrodni i jeszcze mieli czelność ją udokumentować.
- Nie patrz na to, Liso. Nie męcz się...- poprosiłem dziewczynę, gładząc ją uspokajająco po przedramieniu. Odsunęła się ode mnie jednak, a jej oczy były pełne oburzenia. Spojrzała na fotografię z wściekłością i już chciała ją zbić, gdy zauważyła że jej dłoń krwawi poprzez spotkanie z ostatnim szkłem. Przykryła ją drugą dłonią, jakby nie czuła bólu. Nie pozwoliła mi zareagować. Obejrzała szybko resztę zdjęć beznamiętnie, wybrała niektóre i włożyła je do torby. Następnie podeszła do mnie z istną chęcią mordu w oczach.
- Będziemy zmuszeni odwiedzić Philipa ponownie. Tym razem w jego piwnicach. Niech Lilith ma się na baczności przed nami.- powiedziała, zakładając torbę na ramię. Uwielbiałem ją taką stanowczą i wyzwoloną, więc podążyłem za nią jak piesek staruszki na smyczy.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Mamy wtorek? Mamy. Mamy rozdział? Mamy. Wywiązałam się moi Państwo!
Nie jestem choć raz niesłowna, uf. Jak zwykle piszcie komentarze, dzielcie się blogiem ze znajomymi i po prostu mnie uszczęśliwiajcie, bo ja staram się uszczęśliwiać Was z każdym rozdziałem.
Dzisiaj szybki koniec, bo muszę jeszcze poprawić literówki (a przynajmniej te, które wychwycę w tym zmęczeniu). Dobranoc moi mili,

Autorka

P.S. Ankieta tylko czeka na Państwa głosy.

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział VIII "Motyl Szczęśliwy"

Nigdy w życiu nie biegłem tak szybko. Czułem rozrywające pieczenie w płucach, bijące szybko serce i pulsujące skronie. Nigdy nie miałem kondycji do biegów, jednak teraz musiałem się zmobilizować. Krzyk Agnes już dawno ucichł, na ulicy nie widziałem ani jednej osoby. Lisa mnie już opuściła, nie mogąc dotrzymać kroku w wysokich obcasach. Musiałem się z tym zmierzyć sam.
- Agnes!- krzyczałem co chwila, czując gorycz w moim głosie. Nie mogłem myśleć, że coś jej się stało. Bez niej moje życie byłoby tak bezsensowne, pozbawione smaku. Przed oczami stanęła mi chuda jak patyk dziewczynka o czarnych oczach. Trzęsła się mocno, a na jej rękach były dwie długie rany. Była w tym samym wieku co ja, jednak nigdy nie poradziłaby sobie sama. Musiałem jej pomóc. To też wtedy robiłem. Zresztą, role wcale się w tym momencie nie odwróciły.
Skręciłem w następną ulicę, na której nie paliło się już prawie żadne światło. Podbiegłem do latarni, zatrzymując się na dwie sekundy. Mój organizm nie był w stanie działać tyle czasu. Zacisnąłem pięści i biegłem dalej, nie zważając na lekko zamazany obraz przed oczami. Liczyła się tylko ona.
Nagle usłyszałem ten sam krzyk co przedtem. Ból przeszedł natychmiast, odzyskałem siły do dalszej pogoni. Wtedy usłyszałem dźwięk motocykla. Już wiedziałem, że trafiłem w dobre miejsce. Przejechali dalej, a ja wsiadłem do cudzego samochodu. Zacząłem powoli ich doganiać. Miałem przynajmniej, że ich, bo nigdzie nie widziałem Agnes. Maszynę prowadził wysoki mężczyzna w czarnym stroju i chuście na twarzy. Wyglądał zupełnie inaczej niż ona na swoim motocyklu, wzbudzał inne uczucia. Wiedziałem jednak, że to jego szukam. Czułem to w mojej podświadomości, całe moje ciało to krzyczało. Nagle jednak zatrzymało się gwałtownie. Tylko serce biło jeszcze szybciej.
Koło latarni leżał czarny kokon. Wrak człowieka. Trzęsła się, trzymając za skrawek kurtki. Zatrzymałem szybko samochód, biegnąc do mojej przyjaciółki. Nic nie mówiłem, tylko wziąłem ją troskliwie na ręce, tak jak dawno temu, kiedy wynosiłem ją z następnego zawalonego budynku. Nie miała siły nic powiedzieć, każdy jej oddech był gardłowym charczeniem. Splunęła krwią na ziemię, a wtedy zauważyłem, że cała jest ubrudzona w tej szlachetnej czerwieni krwi. Nie miałem zamiaru jej niczym męczyć, położyłem ją tylko na tylnym siedzeniu samochodu i ruszyłem do szpitala. Przecież nie było innego miejsca dla niej. 
Dobrze się nią tam zajęli, przemyli szybko rany, zabandażowali co trzeba. Czekałem na nią dwie godziny na korytarzu, mając nadzieję na brak poważnych urazów. W końcu z salki wyszła kobieta przy kości, ubrana w uniform pielęgniarki. Czapeczka z czerwonym krzyżem przekrzywiła jej się na prawą stronę, odsłaniając spięte klamrą, ciemnobrązowe włosy. Nie miała uśmiechu na twarzy, nie wyglądała nawet na taką, co to uśmiechać się potrafi. Spojrzała na mnie lodowato, jakby mając mi za złe, że przywiozłem chorą do szpitala.
- Niezły ma charakterek, ta wasza ukochana. Dwa żebra złamane, na przedramieniu będzie blizna do końca życia chyba. Na przyszłość lepiej pilnować, żeby się w bójki z tą hołotą nie wdawała.- pokręciła głową, oddalając się. Nie miałem czasu wyjaśniać, że Agnes nie jest moją ukochaną, zbyt szybko wystrzeliłem do sali. Od razu rzuciła mi się w oczy, leżała w łóżku tuż przy wejściu. Przykryta była cienkim kocem, a na prześcieradło położyli jej osłonę z folii. Głowę trzymała na poduszce, która zbytnio wypchana pierzem nie była. Przebrana w turkusową, prostą koszulę szpitalną wyglądała na bardzo słabą. Zresztą, cała była tak zmizerniała jak od niepamiętnych czasów. Oczy miała na wpół przymknięte, także widziałem jej nadnaturalnie długie, czarne rzęsy. Włosy spływały na nią bez ładu i składu, niesforne kosmyki przykrywały jej czoło, jednak kompletnie się nimi nie przejmowała. Zmyli jej mocny makijaż, przez co odzyskała swoje tak bardzo młodzieńcze jeszcze rysy twarzy. Gdy podszedłem do niej, znów poczułem zapach konwalii. Zawsze nią pachniała, a ja uwielbiałem ten zapach odkrywać na nowo z każdym spotkaniem. Chwyciłem stołek z rogu sali, siadając przy niej. Ująłem jej dłoń, patrząc na zaszytą ranę na przedramieniu, o której mówiła pielęgniarka. Cała zresztą była w opatrunkach, opaskach uciskowych i plastrach. Jedynym miejscem, które kompletnie nie ucierpiało była jej twarz. Przesunąłem delikatnie palcem po jej nadgarstku, na co odpowiedziała przeciągłym jękiem. Otworzyła jednak oczy, patrząc na mnie. Otworzyła usta powoli, jakby każda czynność sprawiała jej ból.
- Jak dobrze, że to ty.- powiedziała prawie niedosłyszalnie. Gdy mówiła, wargi zlepiały jej się ze sobą jak knebel, co przyprawiało mnie o dreszcze. Jednak przynajmniej mogła się wysłowić, co przynosiło niepohamowaną ulgę i radość. Mocniej złapałem jej dłoń, jakbym przesyłał iskierkę nadziei do jej duszy.
- Tak, to ja. Będę tu z tobą, Agnes. Co się stało?- zapytałem, jakbym dobrze nie wiedział, że ją ktoś pobił. Miałem do siebie żal o to, że nie poszedłem za nią, ale w końcu skąd mogłem wiedzieć, że coś jej się stanie, gdy wyszła z baru? Zacząłem bawić się jednym z jej kosmyków, co dawniej ją uspokajało. Znałem ją na wylot, nie miała przede mną tajemnic. A przynajmniej taką miałem nadzieję.
- Stało? Tak, tak, stało. Dopadł mnie w końcu, jak widzisz. Pewnie spytasz, kto? Nie znasz Mopsa, ale to on.- odpowiedziała na moje niezadane pytanie. Pseudonim ten istotnie nic mi nie mówił, więc postanowiłem jednak wydobyć z niej więcej informacji. W końcu musiałem wiedzieć, z kim mam do czynienia.
- Skąd go znasz? Czym mu zawiniłaś?- spojrzałem prosto w jej przeszklone teraz oczy, więc szybko zareagowałem, przytulając ją delikatnie. Nie zawyła z bólu, choć oddech jej przyspieszył. Nadal była silna, jak przez całe swoje życie. Zawsze zgrywała taką, co to niczego się nie boi. Nie lubiłem u niej tej cechy, w końcu każdy ma swoje słabości. Ona jednak utrzymywała, że one nie istnieją, że trosk i problemów nie ma. 
- Cóż, to jeden z rockersów. Właściwie to najważniejszy w naszej grupie. Tak naprawdę nazywa się Bill Steward. Czym zawiniłam? Cóż, po pierwsze, obraziłam Elizabeth. A po drugie znów byłam u Poszukiwacza sama.- moje oczy się rozszerzyły. Czy to możliwe, że to E i B z pamiętnika? Wszystko na to wskazywało. Mieli na pieńku z Philipem, byli razem, na pewno byli osobami starszymi, bo tylko tacy mogą przewodniczyć w tej subkulturze. 
- Agnes, czy oni mają stosunki z jakąś Lilith?- zapytałem, czując jak mój oddech przyspiesza. Spojrzała na mnie zdziwiona, jakbym wypowiedział formułkę czarnej mszy. Zakryła dłonią usta, pokazując czarny lakier do paznokci, który odbijał blask szpitalnej lampy. Patrzyła tak na mnie chwilę, a potem odjęła dłoń od swoich ust.
- Skąd wiesz o Lilith Brown? O niej absolutnie nie wolno mówić.- powiedziała, znów zakrywając usta dłonią. Uniosłem brwi ze zdziwieniem, znów nie rozumiejąc, czemu to akurat teraz nie może mi nic powiedzieć, skoro tak się ożywiła. Dałem jej do zrozumienia, że muszę to wiedzieć, posyłając kolejną iskierkę impulsu do jej dłoni. Spojrzała na splot naszych palców, po czym rozluźniła się z lekka. Jej oczy straciły tę barwę podekscytowania, uspokoiła się przynajmniej na chwilę. Przejechała swoim palcem po moim kciuku, jakby rysując jakiś nowy znak przyjaźni, które to stosowaliśmy w młodości. Uśmiechnęła się blado, po raz pierwszy od początku naszej rozmowy. Ten ruch jej warg sprawił, że mimowolnie też to uczyniłem, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. Po prostu tak na mnie działała. 
- Jak dobrze, że ty tu jesteś. Dobrze, tobie powiem. Lil to główna atrakcja piwnic Poszukiwacza, szczyci się swoją pozycją od jakichś piętnastu lat. Ale wiesz co? Teraz mnie to nie interesuje. Teraz interesujesz mnie ty. Gdybyś mnie nie znalazł, pewnie bym tam umarła. Dziękuję, Jamie.- kończąc swoje słowa moim imieniem, nagle pociągnęła mnie ręką do siebie, sycząc z bólu. A mimo to dostąpiła tego czynu. Pocałowała mnie. Biłem się z myślami, czy pocałunek odwzajemnić, jednak szybko odpowiedziało za mnie całe moje ciało. Oddałem jej pocałunek, ciesząc się tą chwilą. Konwalia zawirowała w moim nosie, czułem na swoich ustach jej spierzchnięte wargi. Nie mogłem myśleć, skoncentrowany na oddawaniu jej się w sidła tych czarnych, iskrzących oczu. Nie wiem ile czasu się całowaliśmy. Dwie sekundy, czy pięć minut - co za różnica? Ważne, że czułem się z tym okropnie. Przecież nie kochałem Agnes, a mimo to pocałunek podobał mi się wielce. Oszukałem i ją, i siebie. A ta myśl była okropna.
- Przepraszam, Agnes, ja... Ja muszę wyjść.- powiedziałem, po czym wręcz wybiegłem z sali. Drzwi trzasnęły za mną głucho, roznosząc swoje echo po korytarzu. Wyszedłem z budynku szpitalnego sprawnym krokiem i wsiadłem w kradziony samochód. Na moich ustach cały czas czułem jeszcze jej wargi, więc przetarłem się moim mankietem od marynarki. Tak, to był zdecydowanie zły wybór. Jednak co miałem, a raczej mogłem, innego zrobić?
Z głową pełną ciężkich myśli wróciłem do miejsca, gdzie Lisa została na ganku pewnego domu. Siedziała tam nadal, drżąc w chłodzie nocy. Serce zabiło mi szybciej na jej widok, jednak teraz i głowa zaczęła mnie boleć, reagując tak na miażdżące poczucie winy. Wysiadłem z samochodu, siadając koło niej. Chwyciłem ją pod ramię, kierując się tam, gdzie zostawiłem moje auto. Nie zaszczyciliśmy siebie ni słowem, nawet nie patrzyliśmy na siebie. Włożyłem jej na ramiona moją marynarkę, na co pokiwała głową z wdzięcznością. 
- Zawiozę cię teraz do posiadłości, pani Margaret musi się bardzo martwić.- spojrzała na mnie w końcu, przekrzywiając lekko głowę, jakbym bzdurzył o przenoszeniu się w czasie, czy innych takich idiotyzmach. W końcu westchnęła, zapinając swój pas. Spojrzała na drogę, oświetloną nielicznymi latarniami.
- Mama już pewnie śpi. Zresztą, to nieistotne. Czy z Agnes wszystko dobrze?- zapytała, ale jej głos był bardzo cichy, jakby była niepewna, czy chce o to pytać. Zapewne bała się, że nie udało mi się jej uratować, jednak na szczęście były to tylko błędne myśli, co przyniosło szczęście mojej duszy. Ruszyłem powoli wozem, ustawiając lusterko tak, by widzieć w nim kobietę. Ręce trzymała założone skrzyżnie, patrzyła w okno. Zmarzła widocznie, bo usta jej zsiniały.
- Tak, teraz już tak. Poza tym, że jest cała poharatana i ukradł jej motocykl, wszystko w porządku.- odparłem w końcu, będąc na ostatnim zakręcie do domu Lisy. Nie zdążyła mi już odpowiedzieć, bo wjechałem w bramę. Na podjeździe stała jednak pani Ophelia, trzymając w rękach świecę. Podbiegła do nas w szybkim tempie, ściskając finalnie Lisę.
- Tak się martwiłam, moje skarby! Cieszcie się, że powiedziałam Margaret, że rozbolał cię brzuch i chciałaś pobyć sama, moja panno. Przez twoje przewinienia zjadłam całą paczkę moich karmelków. Lepiej wracaj na paluszkach do pokoju. W ogóle, cóż to za nowa kreacja? Fakt, dobrana z gustem, jednak powinnaś odsłaniać mniej ciała. A teraz już zmykaj, kochanie.- blondynka nawet się ze mną nie pożegnała, tylko pobiegła do drzwi domu, otwierając je powoli. Zobaczyłem tylko skrawek jej spódnicy, a potem zniknęła na dobre. Spojrzałem na panią Ophelię, uśmiechając się niezręcznie. Przybliżyła świecę do mojej twarzy, by móc mi się lepiej przyjrzeć. Płomień miło okalał swoją łuną mój lewy policzek. Uśmiechnęła się delikatnie, cofając krok do tyłu.
- Przepraszam, że zabrałem Lisę na tak długi czas do miasta, jednak ona sama chciała to zrobić.- usprawiedliwiłem się szybko, czując poczucie winy. Gdyby pani Margaret wiedziała! Czułem ogromną wdzięczność do jej siostry za niewinne kłamstewko. Gdyby nie ona, dawno mógłbym już stracić moją pracę.
- Och, Jamie, Jamie. Moja droga siostrzenica nie jest już małą dziewczynką, to nie dziw, że chce wyrwać się z gniazda. Też taka byłam, oj tak. Dlatego rozumiem młodych bardzo dobrze, uwierz.- zaśmiała się melodyjnie, po czym pomachała mi dłonią, odchodząc do drzwi. Uchyliłem jeszcze głowę, odchodząc w stronę mojego samochodu. Zamknąłem bramę, otarłem figurę anioła z kurzu, strzepnąłem niepotrzebny listek z podjazdu i w końcu pojechałem do domu.
Agnes, Lisa. Lisa, Agnes. 
Poczułem dreszcz, podnosząc się gwałtownie z łóżka. Późna już była godzina, a ja byłem zajęty snem o tych dwóch kobietach. A właściwie to w tym śnie tylko powtarzały się te dwa imiona, jakby były jakimiś nocnymi zmorami. Mruknąłem niczym jakiś niedźwiedź, drapiąc się po moich włosach. Przetarłem oczy, ziewając przeciągle. Postanowiłem skorzystać z luksusu śniadania w posiadłości, bowiem nie miałem na nie czasu. Założyłem garnitur, włożyłem do kieszeni kluczyki do samochodu, a następnie wyszedłem na ulicę.
Słońce pięknie świeciło, wrzesień coraz bardziej chciał przypomnieć o swoim poprzedniku, jakim był urokliwy sierpień. Ptaki śpiewały jeszcze porannym zewem, ludzie maszerowali po ulicach, widziałem kilka samochodów na podjeździe. Jakaś dziewczynka upuściła swoją bułkę z serem na ziemię, więc wygłodniały gołąb natychmiast się nią zajął. Starszy mężczyzna z pokaźnymi bokobrodami czytał na ławce gazetę, podśpiewując sobie pod nosem. Dwa psy goniły rowerzystę, który uciekał im w zabawie. Ethrid było ranem takie piękne i spokojne. Rzuciłem gromkie "Dzień dobry!" ludziom w parku, na co odpowiedziała mi większość z nich. Wszędzie znajome twarze, wielu znałem także z imienia i nazwiska. Moja sąsiadka, pani Marie właśnie zbierała kwiaty w swoim ogrodzie, gdy ruszyłem do pracy. Pozdrowiłem ją gestem dłoni, na co odpowiedziała mi uśmiechem. Ludzie tutaj byli jakby zaczarowani sympatycznością. 
- Jamie! Herbata już dawno wystygła, a ty się lenisz. Ruszaj do pani Margaret, natychmiast!- od progu skrzyczała mnie Bridget, wciskając w ręce tacę ze śniadaniem pani. Zaśmiałem się na ten pokaz unoszenia się honorem. Pocałowałem ją w dłoń elegancko, stukając butami. Zasalutowałem zadziornie, jakbym był młodym chłopcem. Następnie odwróciłem się w stronę schodów, nie tracąc dobrego nastroju.
- Również życzę ci miłego dnia, Bridget!- rzuciłem jeszcze na odchodne, ciesząc się nadal jak głupi. Ten poranek był doprawdy idealny, bardzo się z niego cieszyłem. Powinienem być wprawdzie zamyślony, w końcu wczorajszego dnia tyle się wydarzyło. Jednak czułem, że dziś mogę dokonać wszystkiego, nawet jeśli miałoby to oznaczać zmierzenie się z kolejną zagadką. Musiałem również opowiedzieć Lisie o tym, czego dowiedziałem się od Agnes, a potem sprawdzić wymienione osoby. Najbardziej interesował mnie Bill, który to skrzywdził moją przyjaciółkę. Byłem gotowy potraktować go jeszcze gorzej niż on ją, nawet gdybym miał wtedy na głowie całą społeczność rockersów. 
Zapukałem w drzwi pani, wchodząc po chwili. Była ubrana w jedwabną, zwiewną sukienkę, a włosy jej zostały upięte w elegancki kok. Siedziała w fotelu, czytając książkę w okularach z ciemnobrązowymi oprawkami. Na mój widok uśmiechnęła się, pokazując gestem dłoni, bym postawił tacę na jej toaletce. Wyjęła z kieszeni przenośny zegarek, patrząc na jego tarczę.
- Cztery minuty spóźnienia. Tego bym się po tobie nie spodziewała, Jamie.- powiedziała surowo, zamykając czasomierz i chowając go na powrót. Spojrzała na mnie pytająco, a mi urosła gula w gardle. Nie spodziewałem się konsekwencji kilku minut spóźnienia, a teraz absolutnie nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie. Puls mi przyspieszył, cofnąłem się o krok do drzwi, jednak nie mogłem uciec od winy. Faktycznie, zaspałem całe dwieście czterdzieści sekund, które już nigdy nie wrócą.
- Przepraszam, pani. To już się nie powtórzy i...- usłyszałem nagle śmiech pani Margaret, który całkowicie mnie uspokoił. Mogłem się domyślić, że był to jej kolejny niewinny żart, należący do tych, które to tak uwielbiała płatać pracownikom. Również się zaśmiałem, jednak o wiele krócej niż ona. Nie wypadało mi bowiem okazywać prawdziwych uczuć przy niej, jednak ten wielokrotny wybuch sylaby "ha" był dla mnie wręcz niepohamowany.
- Świetnie dałeś się nabrać, Jamie. A teraz biegnij już do Lisy, dziękuję za śniadanie.- podziękowałem za pozwolenie wyjścia, a następnie pobiegłem do pokoju pani mojego serca. Jednak nagle w mojej głowie zakotłowała się bardzo niepokojąca myśl:
Skąd Margaret wiedziała, że mam zamiar iść do jej córki?

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Za tydzień wakacje, proszę państwa, więc na (mam nadzieję) osłodę tych ostatnich, ciężkich dni przesyłam Wam nową, świeżutką, wychuchaną notkę. Jestem bardzo ciekawa, co będziecie myśleć o pocałunku z Agnes i ujawnienia tożsamości E i B. Oczywiście, piszcie o każdej Waszej refleksji w komentarzach. Wiem z doświadczenia, że ludzie posty czytają, jednak napisać komentarza nie chcą, bo nie mają na to czasu. A ja mówię - nie pędźmy tak, usiądźmy, podzielmy się myślami. Ponieważ mówię zawsze, jak Wasze odpowiedzi mnie radują, nie będę się powtarzać. Po prostu to zróbcie, dla mnie, dla siebie, dla Motyla.

Autorka 

P.S. Zagłosujcie w ankiecie w rogu, będę je zmieniała regularnie co tydzień.

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział VII "Motyl Oburzony"

Każda myśl była dla mnie wyzwaniem. Musiałem pamiętać o oddychaniu i mruganiu, przywoływać się do pionu co chwilę. A na dodatek odwracać się z bólem na stołku barowym, słuchając jednej i drugiej kobiety. Myliłem się w wątkach, mieszały mi się twarze. Miałem tego dość. Jak mogłem być tak głupi, by doprowadzić do ich spotkania? Teraz widziałem swoje błędy dokładnie. 
- Wybierasz się może na dni miasta? Mamy tam wpaść z ekipą i zrobić kilka sztuczek na naszych motorach.- uśmiechnęła się do mnie czarnowłosa, biorąc łyk piwa z wysokiej szklanki, którą opróżniła już do połowy. Zmusiłem mój mózg do działania na pełnych obrotach i skojarzyłem w końcu czym są owe dni miasta, o których to mówiła z takim entuzjazmem w oczach. Zawsze tam byłem, proszony o prezentację jakiegoś zabytku w mieście. Tak, byłem zasłużonym i szanowanym obywatelem, choć na tę opinię musiałem bardzo długo pracować. Dlatego byłem z niej tak dumny. Chwyciłem w dłoń moje ciastko zbożowe, przegryzając je powoli, słysząc nerwowy śmiech Lisy z tyłu, który był reakcją na kolejny błyskotliwy dowcip Williama, który nieprzerwanie próbował ją oczarować. Cała sytuacja była z pozoru zabawna, jednak to ja męczyłem się nią najbardziej. Spojrzałem w drżące oczy Agnes, uśmiechając się powoli.
- Przecież wiesz, że zawsze tam jestem. Tym razem też mam taki zamiar.- odparłem w końcu, zadowalając ją tymi słowami. Nie odpowiedziała mi jednak, tylko wyszła na zewnątrz pod pretekstem ciężkiego zapachu tytoniu w środku. Skorzystałem więc na tym, kontynuując rozmowę z Lisą, której najwidoczniej wizyta tutaj wcale dobrze nie robiła. Nie miałem jej do przekazania wiele, zbliżyłem się tylko do jej ucha.
- Kurs na ulicę Worth 45, panienko.- właściwie w tłoku panującym w lokalu mógłbym to wykrzyczeć, a i tak nikt by nie usłyszał. Jednak wolałem zachować tę moją ukochaną intymność, pobudzając jej zmysły do pracy na większych obrotach. Udało się. Jej skóra zadrżała, spojrzała na mnie zaskoczona, przyspieszył jej się oddech. Jednak wiedziałem, że jest szczęśliwa. Nie czekałem długo, aż pożegnała się z moim przyjacielem i wyszła przede mną z lokalu. Pozdrowiłem jeszcze barmana po raz ostatni, rzucając wartość rachunku na blat. William uśmiechnął się i wręcz rzucił się na pieniądze z błyskiem w oczach. Zawsze tak samo, od lat.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, słońce już powoli kierowało się ku pożegnaniu swojej zmiany na niebie, jednak nadal dawało piękne, delikatne światło. Rozejrzałem się dookoła, chcąc jeszcze pożegnać się z Agnes. jednak zawiodłem się. Jej motocyklu nigdzie nie było. Najwidoczniej odjechała zaraz po wyjściu. Zabolało mnie to w środku. Przecież nie chciałem jej jakkolwiek zranić. A może pognała a jakieś nowe spotkanie? W każdym razie mogła się pożegnać. Nagle zauważyłem jakiś błysk na dróżce, więc podszedłem do tego dziwnego obiektu. Rozpoznałem w nim jeden z jej pierścionków. Był wykonany ze srebra, przedstawiał dwa skrzyżowane ze sobą miecze. Włożyłem go do kieszeni, obiecując sobie oddać go jej następnym razem. W końcu to normalne, że go zgubiła przy uruchamianiu swojego pogromcy dróg, prawda? Taką miałem przynajmniej nadzieję.
Usiadłem za kierownicą, widząc Lisę koło siebie. Po raz pierwszy wsiadła sama do wozu, jednak nie miałem zamiaru tego głośno komentować. Widziałem zmianę na jej twarzy. Była zdeterminowana, gotowa do działania. Taka, jakiej jej nigdy nie znałem. Miałem wrażenie, że ta zagadka zmieni naszą dwójkę. Nie mogłem się mylić, w końcu takie rzeczy wymagają zmian od ludzi.
Ruszyłem powoli, jednak już na drugim zakręcie rozpędziłem samochód do pełni jego możliwości, aż jego silnik zaskowyczał nieprzyjemnie. Jechaliśmy jednak na spotkanie z losem. Na szczęście wiedziałem, jakiż to budynek mieści się pod tym adresem. Był to popularny klub w mieście, którego właścicielem był niejaki pan Philip West, zwany szerzej jako Poszukiwacz. Pseudonim ten wziął się od jego przenikliwego wzroku, szukającego wszędzie ideałów. Najczęściej szukał idealnych kobiet. Czemu? To wiedział każdy rodowity mieszkaniec Ethrid. Co było tak oczywiste? Jego drugi, znacznie bardziej dochodowy biznes. Był właścicielem domu uciech, mieszczącego się pod lokalem. Oczywiście nigdy nie zniżyłbym się do sprawdzenia tego miejsca, jednak na górnym piętrze bywałem okazyjnie. Po godzinach natomiast zaczynały się tam występy promujące rozległe piwnice budynku, przy których najczęściej wychodziłem ze środka. Nie dlatego, że mi się nie podobały (w końcu byłem mężczyzną, prawda?), jednak odczuwałem niesmak dla profesji tych pań. Taki kobiety nigdy nie doświadczą prawdziwej miłości, a to niezwykle smutne.
- Czemu nic nie mówisz, Jamie? Martwisz się?- z zamyślenia wyrwał mnie zatroskany głos mojej towarzyszki, która zdążyła już zmienić swój makijaż na bardziej wieczorowy, jednak została w tych samych ubraniach. Nie zdążyłem nawet zauważyć, jak się malowała, co mnie zawiodło. Musiałem się bardziej skupiać, inaczej mógłbym spowodować jakiś niechciany wypadek. Uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco. Chciałem rozwiać jej wątpliwości jak wiatr.
- Nie, po prostu myślę. Wiesz, co jest pod tym adresem, prawda?- zapytałem, chowając na chwilę wzrok pod przykrywką z okularów przeciwsłonecznych. Zdjąłem powoli marynarkę, rzucając ją na tylne siedzenie. Odpiąłem górny guzik w koszuli, zdjąłem moją muszkę. Zmierzwiłem lekko włosy, patrząc na efekt w lusterku. Powinienem jednak zmienić spodnie przed wejściem, by nie rzucać żadnych podejrzeń. W końcu mieliśmy wtopić się w tłum, a nie wyglądać jak wyrwani z innej bajki.
- Niestety wiem. Cóż, zatrzymaj się tutaj. Pójdziemy na małe zakupy.- odparła, puszczając do mnie oko. Zszokowała mnie tą telepatią, jednak nie miałem zamiaru protestować. Usłużnie zaparkowałem na podjeździe, szybko wysiadając z wozu, by otworzyć jej drzwi. Wysiadła jednak sama, znów mnie zadziwiała. Jako kobieta niezależna była tak odmienna, że aż nie mogłem uwierzyć w tak krótką przemianę.
Wybrałem dla siebie nowe jeansy, nie zmieniając jednak koszuli. W końcu mogłem ją zachować, nie była to taka speluna jak w innych klubach. Lisa natomiast wybrała coś zupełnie odmiennego niż zawsze, przyprawiając mnie o bardzo przyjemne zdziwienie.
Jej stopy były opatrzone w wysokie, intensywnie czerwone szpilki. Prawa kostka została dopełniona zaczepną srebrną bransoletką, na której wisiała zawieszka w kształcie klucza wiolinowego. Nogi przykryte czarnymi, koronkowymi rajstopami wyglądały niezwykle zmysłowo i smukło. Potem rozkloszowana, również czerwona spódnica do połowy ud, która świetnie trzymała fason podczas spaceru. Swój tors ukryła pod czarnym sweterkiem z odkrytymi ramionami, dzięki czemu widać było czerwone ramiączka jej stanika. Oczy przykryła nowymi okularami przeciwsłonecznymi z czarnymi oprawkami. Włosy spięła w idealny wręcz kok, usta doprawiła jeszcze bardziej czerwoną szminką. A ja mogłem tylko pochłaniać ją wzrokiem.
- Tak chyba będzie lepiej, nie uważasz?- zapytała, obracając się w kółko jak mała dziewczynka. Od tego ruchu jej spódnica podniosła się do poziomu miniówki (co nie ukrywając mi się spodobało). Podszedłem do niej, chwytając jej okulary. Przeniosłem jej na jej włosy, by tam zostały. jej oczy musiały zostać widoczne, ten widok powinien radować całe tłumy. Obawiałem się tylko, że teraz właśnie będziemy rzucać się w oczy jeszcze bardziej, ale analizując dokładnie ilość plusów tej sytuacji wolałem się tym nie przejmować.
- O wiele lepiej. Ba, jest pięknie. A teraz chodźmy już, to całkiem niedaleko.- chwyciłem ją jako dżentelmen pod ramię, kierując się w następną ulicę. Przeszliśmy tak dwie, spotykając wzrok przechodniów. Musieliśmy wyglądać dość nietuzinkowo, szczególnie ona. Zaśmiałem się z tej sytuacji w duchu, bowiem ta sytuacja była dla mnie tak odmienna i niespodziewana jak nigdy. W końcu ukazał nam się nowoczesny budynek, opatrzony światłami na balkonach. Już na ulicy słychać było muzykę, co oznaczało duży bankiet, który z pewnością był nam na rękę. Weszliśmy do środka, wpuszczeni bez problemu przez ochroniarza.
Ogłuszył mnie dźwięk muzyki, tak skocznej i wulgarnej. Mimo niej, ludzie wyglądali na zadowolonych. Szeroki bar w rogu, wielka sala do tańca, kanapy na uboczu. Schody na dół i na górę, wiele gości. A wśród tego zgiełku ja i Lisa, nieobeznani w tym świecie wiecznej zabawy. Usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików, natychmiast obsłużeni przez uroczą (aż nazbyt) kelnerkę, która szczerze się zdziwiła, że nie zamówiliśmy żadnego alkoholu. Mimo to po paru minutach moja herbata z cytryną i delikatna kawa Lisy stały przed nami, razem z dwoma kawałkami ciasta z kruszonką. Zamiast zabrać się do konsumpcji, dziewczyna postanowiła zacząć dialog.
- Czego właściwie tutaj będziemy szukać? Nie wiem od czego zacząć.- zapytała, przybliżając się do mnie, bym słyszał każde jej słowo. Rozejrzałem się w tłumie, nagle widząc kanapę z białej skóry, odmienną niż wszystkie inne, które były czerwone. Siedział na niej Poszukiwacz, otoczony czterema kobietami. Pod jego stopami natomiast ułożyły się dwa dobermany z obrożami ze skóry. Patrzył w tłumie na ludzi, wypatrując jak zwykle. Nigdy nie tańczył, wszyscy to wiedzieli. Wskazałem na niego dyskretnie.
- Tylko on może nam coś powiedzieć, nikt inny nie może wiedzieć czegokolwiek o twoim ojcu.- spojrzałem na dwóch ochroniarzy przy jego siedzisku, co przyprawiło mnie o mdłości. Pieniądze wszędzie. Nagle zaczęła grać muzyka wolniejsza, która przywróciła moim bębenkom pozorny spokój. Pary tańczyły więc spokojnie, a reszta zeszła na bok. Miałem nadzieję, że tak pozostanie do końca tej "uroczystości".
- Niby jak mamy z nim porozmawiać? Przecież tam są tylko te jego dziewczyny...- Lisa wzdrygnęła się z obrzydzeniem, jednak zaraz jej twarz przykrył lęk. Wiedziała już, do czego będzie musiała się posunąć, by wyciągnąć z niego jakieś informacje. Spojrzała na mnie błagalnie, jednak nic nie mogłem na to poradzić. Musiałem tylko powierzyć nasze szczęście jej wdziękom. Wstała cicho, ruszając na parkiet. Natychmiast zgłosił się do niej jakiś pozorny adorator, którego miałem ochotę rozszarpać. Nikt nie zasługiwał na taniec z taką kobietą. To miał być bez wątpienia mój najgorszy wieczór. Zaczęli wolny taniec, jednak w tym momencie muzyka się zmieniła. Nie znałem tego utworu, jednak słyszałem w niej piękny dźwięk saksofonu, delikatny, ale i pobudzający zmysły. Mężczyzna odszedł więc od Lisy, a ta wzięła sprawy w swoje ręce, a raczej całe ciało. Stanęła w przerzedzonym miejscu na parkiecie, zaczynając swój taniec. Był świetnie dobrany do muzyki, pokazywała każdy swój atut. Mimo jej pozornie śmiałej miny widziałem w jej oczach wielki wstyd i zażenowanie, przez co jej współczułem. Jednak udało się. Niedługo podszedł do niej ochroniarz Philipa, pokazując jej docelowe miejsce. Uśmiechnęła się wymuszenie, podchodząc do mężczyzny. Usiadła koło niego, zostając natychmiast przytulona, przez co ledwo powstrzymałem chęć wstania z mojego miejsca i uderzenia go prosto w jego orli nos. Rozmawiali niedługo bez żadnych gestów, jednak najwidoczniej znudziło mu się to po chwili. Przybliżył jej głowę do swojej piersi, kładąc ją tak bezwładnie. Następne objęcie w talii, zabawa kosmykami jej blond włosów. Stary zboczeniec bawił się nią w najlepsze, rozmawiając dalej. W końcu sięgnął po kieliszek, wypuszczając ją na chwilę. Po przełknięciu alkoholu ośmielił się do powolnej zabawy jej ramiączkiem, opuszczając je w końcu z ramienia,  przez co Lisa natychmiast wstała jak oparzona, unosząc ku niemu środkowy palec. Uderzyła go szybko w twarz, wybiegając z budynku. Natychmiast ruszyłem za nią, doganiając dopiero na zakręcie.
- Przepraszam, Liso. Jak mogłem się na to zgodzić? Już nigdy nie pozwolę, by cię tak traktowali.- powiedziałem, czując jak rzuca mi się w ramiona. Usiedliśmy na schodach jakiegoś domu, a ona drżała w płaczu. Tak bardzo było mi za siebie wstyd. Wycierałem regularnie jej łzy swoją chustą, jednak to nie pomagało. To było stanowczo za dużo zarówno dla niej, jak i dla mnie. Otworzyła swoją torebkę drżącą ręką, wyciągając z niej niebieski kalendarzyk z roku 1951. Rzuciła mi go na kolana, znów wybuchając płaczem. Mogłem tylko gładzić ją po plecach, czekając aż nastąpi w niej spokój na tyle duży, że będzie mogła coś powiedzieć.
- To nie twoja wina, Jamie...  To był mój pomysł... Tylko... To mnie uraziło... A ten dziennik wydobyłam z kieszeni jego spodni.- powiedziała odsuwając się w końcu ode mnie. Wyglądała tak mizernie jakby zaraz miała się rozpaść. Poprzysiągłem sobie, że jeszcze Philip za to zapłaci, jednak to nie był ten dzień. Otworzyłem w końcu książeczkę. Każdy dzień miał swoją notatkę, więc chciałem jak najszybciej je przeczytać, by jakoś odwrócić jej uwagę od wydarzeń z przed chwili. jak mogłem się tak zachować? Trafiłem na notkę z 17 listopada, czyli dzień przed śmiercią ojca Lisy. "Odwiedził mnie dziś Edward. Myślałem, że jak zwykle chciał zejść do piwnicy, jednak okazało się na zupełnie inaczej. Chce mnie wciągnąć w jakieś spotkanie dotyczące E i B. Nigdy ich nie wypuszczę, szczególnie B. Zależy mi na nim, ma wiele informacji. Jego dziewczyna jest tylko przykrywką. Nie zgodzę się na odebranie mi ich. Przenoszę ich jutro na Owena 64, tam nikt ich nie znajdzie do śmierci." Zdziwiło mnie, że wszyscy tak łatwo zostawiali nam adresy, jednak nie miałem zamiaru na to narzekać. Zamiast komentowania tekstu przewróciłem stronę na datę śmierci ojca Lisy. "Koniec Edwarda, koniec problemów. E i B przeniesieni. Jutro spotkanie z Lilith w kryjówce. Dawno jej nie widziałem." Poczułem znaczny niedosyt informacji, jednak nie miałem zamiaru nic już dzisiaj robić. Chciałem tylko wrócić do domu i zasnąć. A jednak czułem, że to nie koniec tej nocy.
- Pojedziemy pod ten adres, nie martw się. Jednak nie dziś, za dużo nam przeżyć. Szczególnie tobie... Przepraszam.- odwróciłem wzrok, wkładając notatki Philipa ponownie do torebki kobiety. Czułem szczere wyrzuty sumienia, dlatego musiałem jakoś jej to wynagrodzić. Nagle na ziemię wyleciał mi pierścionek Agnes, odbijając się o ulicę. Poszedłem po niego, wkładając znów do kieszeni spodni. nie mogłem o nim zapomnieć, jednak musiałem przyznać, że się martwiłem. Agnes nie miała w zwyczaju gubić swojej rzeczy, a pierścionki były dla niej świętością. Zauważyłaby jego brak. Gdzieś w głębi duszy się o nią martwiłem, nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało.
Nadeszło potwierdzenie moich słów. Usłyszałem głośny krzyk "Pomocy!". Był bardzo cienki, chrypliwy, ale nadal należał do czarnowłosej. Dobiegał z prawej strony, zapewne zza zakrętu. Lisa również go poznała, wstając szybko. Pognaliśmy w następną ulicę, a moje serce biło niespokojnie. Kto śmiał skrzywdzić Agnes?
Nieważne , ważne że powinien jak najszybciej się przede mną schować. 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak, tak. Wróciłam. Powinnam właściwie przeprosić, jednak w tej dziedzinie jestem znacznie gorsza niż w powitaniach. Prawda jest jednak taka, że cały czas tu byłam, tylko nie pisałam. Nie miałam weny, ochoty, czasu. Ale dzisiaj powiedziałam sobie: "Czas się ruszyć i to dokończyć moja panno" i udało się. Powstał rozdział VII tej powieści. Nie jestem w sumie pewna, czy ktokolwiek to jeszcze przeczyta, jednak mam nadzieję, że ktoś został. Bo oto złożyłam sobie obietnicę. Jeden rozdział na dwa tygodnie, w weekendy. Jeśli się nie będą pojawiać, natychmiast mnie upominajcie, wtedy poniosę jakąś karę (plus tysiąc słów w nowym rozdziale czy coś takiego). To powinno mnie zmotywować, bo przecież nie chcę stąd odchodzić tak szybko. Miłego lata (co prawda nie kalendarzowego), moi drodzy. Mam nadzieję, że jednak napiszecie te komentarze, których tak potrzebuję do szczęścia (serio, ja się wręcz nimi żywię). Także cóż, dziękuję Wam za wszystko,

Autorka

środa, 29 kwietnia 2015

Rozdział VI "Motyl Rozdarty"

Odruchowo zbliżyłem się do człowieka, zasłaniając Lisę swoim ciałem. Co prawda ów mężczyzna chyba nie miał broni, ale wolałem zachować ostrożność. Spojrzałem na niego w końcu szczegółowo. Był ode mnie niewiele niższy, ale o wiele grubszy. Był ubrany w szary garnitur, a na jego nadgarstku błyszczał wielki złoty zegarek. Na szyi miał zawieszony jakiś dziwny rzemyk, ale przywieszkę miał pod kołnierzem białej koszuli. Miał krótko przycięte ciemnobrązowe włosy i szare oczy, które od zmarszczek złości były teraz wręcz niewidoczne. 
- Wiem, że zrobiliśmy źle, jednak proszę zrozumieć, że musieliśmy się czegoś dowiedzieć...- zacząłem monolog obronny, jednak ten przerwał mi, unosząc swoją wielką dłoń ostrzegawczo. Widząc, że umilkłem na ten ruch uśmiechnął się tryumfalnie, jednak zaraz wrócił do swojej miny przywodzącej na myśl dorosłego buldoga. To skojarzenie normalnie wywołałoby u mnie śmiech, ale nie miałem jakoś do tego nastroju. 
- Słuchaj mnie, ty ludzka wywłoko. Włamujesz się na moją posesję, wchodzisz sobie bez pozwolenia do mojego składziku i jeszcze przeszukujesz mój dobytek?! Nauczysz się jeszcze dobrego wychowania!- w tym momencie złapał mnie za materiał mojego kołnierza i przyciągnął do siebie, dając mi z pięści w twarz. Poczułem, jak piecze mnie policzek, ale wolałem nie sprawdzać swojego stanu. Nigdy nie lubiłem stosować przemocy, tym bardziej, że ów człowiek miał rację, bądź co bądź. Przecież byłem teraz zwykłym włamywaczem, czego wcześniej nawet nie zauważyłem. Odwróciłem się na chwilę, by spojrzeć na Lisę, która tylko patrzyła na scenę z przestrachem na twarzy. Nie mogłem pozwolić sobie na takie traktowanie. Chciałem przecież wszystko udowodnić i załatwić tę sprawę po dobroci, ale najwidoczniej właściciel budynku nie miał takich zamiarów, więc bezceremonialnie zamachnąłem się z całą mocą i również go uderzyłem. 
Zachwiał się lekko na nogach, jednak nie upadł na ziemię. Nie chciałem pobić go do nieprzytomności, tylko pokazać, że nie mam zamiaru stać grzecznie jak tresowany pudel. Wyjąłem białą chustkę z kieszeni i przetarłem sobie policzek, a następnie dłoń, którą to zadałem cios. Taki ruch najwidoczniej zadziałał na niego jak czerwona płachta torreadora na byka, bo rzucił się na mnie szybko, zaczynając kopać i bić praktycznie na ślepo. Nie miałem ochoty mu oddawać, ale sytuacja mnie do tego zmusiła. Po raz pierwszy od kilku lat wdałem się w prawdziwą bójkę. Ostatecznie jednak nikt nie wygrał, bo Lisa podbiegła do mojego przeciwnika i uderzyła go z całej siły obcasem w głowę, co spowodowało o wiele większy ból niż ten zadawany przeze mnie. Spojrzałem na nią zdziwiony, wydostając się spod cielska mężczyzny.
- Błagam, przestańcie! Przepraszam pana za to zachowanie, jednak spróbuję to panu jakoś wynagrodzić, w końcu trochę pieniędzy to nie problem. Wiem, że złamaliśmy prawo, ale musi pan uwierzyć, że nie mieliśmy złych intencji. Chodzi tu o mojego ojca, Edwarda Clainar, który zostawił ów adres...- w tym momencie człowiek wstał z ziemi, otrzepując swoje ubranie. Podszedł do kobiety, więc chciałem szybko zareagować, ale ten mnie uprzedził. Uchylił się i pocałował ją w dłoń. Krew się we mnie zagotowała, gdy zobaczyłem taki obrazek. Jak on tymi plugawymi ustami śmiał muskać jej delikatne ręce, do których powinni mieć prawo tylko najlepsi dżentelmeni?! Chętnie teraz uderzyłbym go ponownie, jednak musiałem się od tego powstrzymać.
- Nie wiedziałem, że jest pani córką Edwarda, naprawdę. Panienka Lisa, nieprawdaż? Przepraszam za moje zachowanie, może pani wstąpi do mnie na chwilę? Oczywiście ten karaluch też może z nami podążyć, jeśli sobie panienka tego życzy.- skłonił się nisko, chwytając ją pod rękę. Ja karaluchem, ot co. Jego przemiana z szarżującego nosorożca w potulnego baranka wcale mi się nie podobała, coś tu było nie tak. Postanowiłem jednak na razie nie zwracać na to uwagi, tylko podążyłem cicho za nimi do jego domu. 
Siedziałem przy okrągłym stole w jadalni, pijąc zrobioną przed chwilą bawarkę. Smakowała obrzydliwie, ale może to tylko przez człowieka, który ją przygotował. Na paterze leżały różnego rodzaje ciastka, jednak nie spróbowałem ni jednego. Mogły być przecież zatrute, a ja nie miałem ochoty na takie incydenty. Obok słodyczy stała mała cukierniczka z porcelany, jednak słodkich kryształków nie dało się tam dojrzeć.
- Mówi pani, że Edward zostawił mój adres w swoim pamiętniku? Niemożliwe, że też nie zapomniał o naszym starym biznesie. Widzi pani, prowadziliśmy kiedyś wspólny interes, jednak to stare dzieje. Szkoda, że biedak umarł tak młodo, to musiał być dla pani wielki cios.- powiedział, niby to przypadkiem muskając jej dłoń. Rzuciłem mu spojrzenie ostrzegawcze, jednak ten nie zwracał na mnie uwagi, flirtując z obiektem (o ile tę cudną istotę można było nazwać rzeczą) moich westchnień. Nie ufałem mu i wcale nie miałem zamiaru tego zrobić, nawet za tysiąc lat.
Rozmawiali sobie dość długo, praktycznie nie dopuszczając mnie do słowa. Czas bardzo mi się więc dłużył, jednak znosiłem cicho te tortury. John (bo tak miał na imię) cały czas stosował swoje zaloty, nie zwracając w ogóle uwagi na opór ze strony Lisy. W końcu jednak wybiła godzina czternasta, ogłaszając swe nadejście biciem dzwonów kościelnych. Panienka zerwała się z miejsca, wyrywając z rytmu swego zalotnika.
- Przepraszam, jednak jestem umówiona za piętnaście minut, więc muszę już odejść. Jeszcze raz przepraszam za nasze zachowanie.- powiedziała, uśmiechając się do człowieka, który odpowiedział jej skinięciem głowy. Żegnał ją chyba w nieskończoność, jednak wreszcie wyszliśmy z tego okropnego miejsca, a ja postanowiłem, że już nigdy tam nie wrócę. Poczułem wolność wsiadając do mojego samochodu. Oparłem się jeszcze pokusie splunięcia w stronę posiadłości mężczyzny, jednak maniery mi na to nie pozwoliły. Ruszyłem powoli, słysząc głośny skowyt silnika. 
- Dokąd jedziesz? Nic mi nie wiadomo o żadnym spotkaniu.- powiedziałem w końcu, zatrzymując się w jakiejś wąskiej uliczce. Lisa przekrzywiła filuternie swój kapelusz i uśmiechnęła się do mnie, co niezbyt zrozumiałem. W końcu nie tak reaguje się na oczywiste pytanie, prawda? A może uderzył ją podczas mojego wyjścia do łazienki i przez to straciła rozum?
- To było kłamstwo, Jamie. Nie miałam ochoty dłużej siedzieć w obecności tego okropnego mężczyzny. Serce waliło mi jak oszalałe gdy zaczęliście się bić, myślałam że cię zabije! Chociaż wykorzystałam to całkiem dobrze, zobacz.- powiedziała, otwierając swoją czarną torebkę ze skóry. Wyjęła z niej pamiętnik ojca i zaczęła szukać między kartkami, wyciągając wreszcie jakiś pomarszczony papier. Rozwinęła go szybko, a ja zobaczyłem napis: "Do zapamiętania, nie ufać Johnowi. E i B przeniesiono na ul. Worth 45. Boję się o matkę, zaczyna coś podejrzewać. Muszę szybko umrzeć, albo jeszcze szybciej kogoś zabić." 
Mimo poważności tej wiadomości, miałem mieszane uczucia. Po pierwsze, odczuwałem szczęście z dwóch powodów: po pierwsze, miałem nosa do Johna, a po drugie Lisa wcale nie była chętna do miłosnych przygód z ów mężczyzną, dzięki Bogu. Następnym uczuciem było coś między strachem a adrenaliną, w każdym razie to coś pobudzało mnie do działania i czułem się jak prawdziwy stróż prawa czy inny detektyw. Chciałem odkryć tajemnicę jak najszybciej, ale widocznie czekało mnie jeszcze wiele etapów i historii do przeżycia. W dodatku był to dopiero początek, a ja już zostałem poturbowany jak nigdy. Nie chciałem wplątywać się w żadne kryminalne historie, ale z drugiej strony coś mnie do nich ciągnęło.
- Pojedziemy tam kiedy indziej, dobrze? Ja mam na dziś dosyć wrażeń...- powiedziałem, przyglądając się w lusterku mojemu iście opłakanemu stanowi. Miałem czerwone ślady na twarzy i strasznie potargane włosy, a na dodatek przetarł mi się rękaw od marynarki. Same problemy, ale teraz nic nie mogłem na to zaradzić. Dziewczyna skinęła w końcu głową, niechętnie zamykając torbę. Najwidoczniej wolała załatwić tę sprawę jak najszybciej, jednak ja nie miałem ochoty na kolejne guzy. Korzystając z okazji wyjęła z kosmetyczki pomadkę o intensywnie różowym kolorze, przywodzącym na myśl gumę balonową z najlepszej cukierni w miasteczku. Odnalazła małe lusterko w głębi swojego "skarbca" i zaczęła powoli malować swoje pełne usta, przybierając rożne miny. Kiedy zauważyła mój wzrok w odbiciu zarumieniła się i zaśmiała uroczo. Najwidoczniej było jej wstyd, że przyłapałem ją na tak zabawnej scenie. Przedstawicielki płci pięknej zawsze fascynowały mnie swymi reakcjami na różne bodźce. Fascynowała mnie ich wrażliwość, bliskość i zaradność, których to nigdy nie potrafiłem osiągnąć. Kobiety trzeba odkrywać powoli, po warstwie. Czasem trzeba na to lat, czasem jest to kwestia zaledwie kilku tygodni. Kiedy już się jednak którąś pozna, nadal nie można być niczego pewnym. Jedyne, co wiemy to to, że nigdy nie można się zawieść.
Po wymienieniu jeszcze kilku zdań stwierdziliśmy, że pojedziemy do baru Williama by przywrócić sobie jako taki stan bycia. Oczywiście, że to miejsce nie było godne panienki, powinienem ją nosić na rękach zresztą i w kryształowym pałacu, ale tym razem nie miałem wyjścia. Tylko w tym miejscu nikt nie będzie mnie o nic podejrzewał, przynajmniej nie jawnie. Uśmiechnąłem się na tę myśl i ruszyłem powoli.
Na skrzyżowaniu dostrzegłem czarny motocykl, który poznałbym wszędzie. Raczej nie ze względu na jego szczególne wdzięki czy coś ekstrawaganckiego, skądże. Znałem jednak jego właścicielkę bardzo dobrze. Nie miałem wątpliwości że Agnes również zmierza do tego samego lokalu. Na początek ucieszyłem się na tę myśl, ale potem poczułem gulę w gardle. Przecież te dwie panie kompletnie się nie znały! Co sobie pomyśli o mnie Lisa, jeśli zobaczy że zadaję się z członkinią rockersów? Z drugiej strony jakie zdanie będzie miała o mnie Agnes, jeśli zobaczy mnie z istotą z dobrego domu? Na dodatek osobie, której to co dzień służyłem? Dwóch rzeczy mogłem być pewny. Po pierwsze, w kuchni zabrakło dziś rano groszku. A po drugie i moja przyjaciółka, i moja miłość nie będą zadowolone z tego spotkania.
Obie były zupełnie inne. Nie dość, że różniły się charakterem, to jeszcze wyglądem. Agnes, odziana w różne skóry i ciemne jeansy, z pierścieniami i bandanami na rękach budziła zazwyczaj negatywne odczucia. Często nonszalancko żuła gumę, robiąc wokół siebie otoczkę typowej niegrzecznej dziewczyny. Miała duże, czarne oczy, które często kryła pod okularami przeciwsłonecznymi. Jej włosy również były tego najsmutniejszego koloru świata, na dodatek miały wręcz fioletowy połysk. Tak, zdecydowanie nadawała się na rockerkę.
Lisa, lubująca się w bawełnianych bluzeczkach i rozkloszowanych spódniczkach z kaszmiru wyglądała jak obrazek do hasła "ułożona dama" w słowniku. Zawsze nienaganny strój, pięknie upięte włosy. Nieziemski uśmiech na alabastrowej cerze i te cudne cynamonowe oczy, tak typowe dla rodziny Clainar. Jej włosy do połowy odcinka piersiowego kręgosłupa odznaczały się cudnym kolorem wyrazistego blondu. Świetna postawa, ruch zawsze z przypisaną sobie wręcz gracją.
Moja przyjaciółka miała wybuchowy charakter, była nieustraszona. Często patrzyłem na nią z nieudawanym podziwem. Widziałem jak z łatwością wypowiada swoje prawdziwe zdanie, jak nie boi się ludzi pozornie silniejszych i ważniejszych od niej. Liczyła się właściwie tylko ze sobą, czasem nawet była egoistyczna. W swoim życiu nigdy nie znalazła miejsca na kłamstwa i zwykłe błahostki życia. Zmieniała się często, lubiła nowości. Zawsze jednak była sobą. Zawsze potrafiła odnaleźć właściwe rozwiązanie dzięki swej determinacji i ambicji. Miała cięty język, ale potrafiła wypowiadać się naprawdę pięknie i poetycko. Nienawidziła ludzi kłamliwych i na siłę spełniających wolę innych. Dziewczyna jak lew. Odważna i szczera.
Lisa natomiast była od dziecka uczona potrzebnych wzorców, wiedziała jak ma się zachowywać przy każdej osobie ze swojego otoczenia. Nie zawsze było tak, jak podpowiadał jej rozum, ale dla dobra jej rodziny musiała sprzeciwiać się swoim myślom i słuchać innych. Była zawsze aż nazbyt miła i potulna, a przy tym tak radosna i beztroska jak dziecko, że aż nie chciało się w to wierzyć. Jednak ja znałem ją o wiele lepiej niż większość ludzi i wiedziałem, że pod tą maską radości skrywa się wielki ból rozdzierający jej serce. Pewnego dnia ujrzałem jak płakała. Łzy spływające jej po policzkach zmywały tę imitację szczęśliwej i grzecznej dziewczynki. Stawała się bezsilna, potrzebująca. A ja czułem się w obowiązku jej pomóc. Kobieta jak królik. Urocza, ale i krucha.
- A ty co Jamie, robisz za szofera?- zaśmiała się kobieta, widząc jak otwieram drzwi od samochodu Lisie. Uśmiechnąłem się do niej serdecznie na powitanie, chwilę później zostając pochłonięty w uścisku. Poczułem twardą skórę jej kurtki, jednak nie było mi dane długo się nim raczyć, bo zaraz się ode mnie odsunęła. W końcu był to tylko przyjacielski uścisk, jak zawsze. Postanowiłem wymazać tę sytuację z pamięci Lisy i przedstawić sobie panie.
- Liso, to Agnes Tenye, moja przyjaciółka. Agnes, to Lisa Clainar, moja...- zająknąłem się. To wbrew pozorom nie było takie proste pytanie. Nie wiedziałem kim dla mnie była. Ukochaną, fakt. Ale czy mogłem nazwać ją przyjaciółką? Była moją pracodawczynią, co teraz bolało najbardziej. Na szczęście kobiety po prostu podały sobie dłonie, nie zwracając uwagi na moją niedokończoną kwestię. Tak jak myślałem, w ich oczach widziałem niezadowolenie względem drugiej. Zaproponowałem więc wejście do lokalu, by rozluźnić trochę tę atmosferę. Zresztą, czego mogłem się po tym spotkaniu spodziewać?
- O, Jamie! Widzę, że przyprowadziłeś ze sobą panie, co? Coś niezbyt wyglądasz, biłeś się? Ty, taki grzeczny i ułożony chłopczyk, no nie wierzę!- powitał mnie swoim barytonem William, czyszcząc kufel do piwa błękitną chustą. Wskazał mi łazienkę, choć sam doskonale wiedziałem gdzie mam jej szukać. Mój przyjaciel najwidoczniej chciał wykazać się kulturą przed Lisą, której jeszcze nie poznał w swoim życiu. Owszem, wiedział że jest moją miłością, ale jakoś nie przeszkadzało mu to w próbie walki o jej względy. Niestety, musiał obejść się smakiem. Tej kobiety nie da się "zdobyć" w jeden wieczór.
- Masz bardzo, fm, interesujących przyjaciół.- powiedziała Lisa, skraplając twarz wodą. Uśmiechnąłem się do niej niezręcznie, czując że było to raczej zażalenie niż pochwała. Podałem jej torebkę i zapiąłem starannie dwa guziki od mojego mankietu. Podziękowała mi, wyjmując z niej pamiętnik ojca. Spojrzała na kartkę ze znalezionym przez nas adresem i westchnęła. Podszedłem do niej i oparłem się o umywalkę.
- Chciałabyś tam jechać, prawda? Zabiorę cię tam, obiecuję.- powiedziałem głuchym głosem, czując nacisk tych słów na moje życie. Prawda była taka, że dla niej zrobił bym wszystko. Dla Agnes zresztą też, w końcu nie raz ryzykowaliśmy dla siebie życie. Darzyłem te dwie kobiety niespotykanymi uczuciami, choć tak odmiennymi. A jednak te dwie więzi były dla mnie najważniejsze w całym życiu.
- Dziękuję, Jamie. Powiedz mi jeszcze... Czy ta Agnes to naprawdę tylko przyjaciółka?- powiedziała, patrząc na mnie tym swoim spojrzeniem pełnym bólu, któremu nie potrafiłem się oprzeć. Magnetyzowało mnie, kazało zbliżać się niebezpiecznie, działało jak lep na muchy albo światło na ćmy. Wspominałem nie raz, że miała piękne oczy. A kiedy tak krzyżowała ze mną spojrzenie, wtedy... Wtedy były najpiękniejsze.
- Chodźcie, nie mamy całego dnia. Chyba już starczy wam tego strojenia się, prawda?- do łazienki nagle wpadła Agnes, jakby słyszała że o niej mówiliśmy. Przytaknąłem tylko cicho, wychodząc z pomieszczenia. Usiadłem na stołku przy barze, biorąc się za moją lemoniadę, którą zamówiłem wcześniej. Nadal w uszach brzmiało mi pytanie Lisy. Dlaczego chciała mieć pewność do stosunków między mną a Agnes?

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Bardzo przepraszam za tak długi czas oczekiwania na ten rozdział, ale starałam się by był dobrym wynagrodzeniem tego czasu oczekiwania na niego. Czy coś z tego wyszło? Dowiem się od Was, w komentarzach. Tym samym proszę o głosowanie w ankiecie na pewien (mam nadzieję) ciekawy temat. Tak, jako dodatkowe wynagrodzenie za ten czas. Dziękuję za przeczytanie,

Autorka

czwartek, 9 kwietnia 2015

Rozdział V "Motyl Tropiący"

Obudziłem się około trzeciej w nocy, czując mrowienie w lewej ręce. Uniosłem się z głośnym ziewnięciem z mojego łóżka, przecierając leniwie oczy. Zapaliłem małą lampkę na stoliku nocnym i rozejrzałem się po mojej sypialni. Słabe światło sprawiało, że chciałem znów zasnąć, ale nie miałem na to czasu. W końcu spałem tak od godziny osiemnastej, co było właściwie niedopuszczalne. 
Ostatni raz żegnając się z odmętami mojej bladoniebieskiej pościeli zsunąłem się na podłogę z głośnym trzaskiem. Powłócząc nogami dotarłem do łazienki by przemyć sobie twarz zimną wodą na rozbudzenie. Krople spływały po mojej skórze, kilka z nich wleciało mi za lekko przetartą koszulkę, wywołując drobne dreszcze. Spojrzałem w lustro, widząc w nim tego samego człowieka co zazwyczaj. Westchnąłem cicho, wymierzając sobie siarczysty policzek. Nie chciałem się okaleczyć, lecz przywołać do pionu. Wczoraj nie umyłem się ani nic szczególnego nie zjadłem, więc teraz musiałem wyrównać ten rachunek.
Po długiej kąpieli postanowiłem ugotować coś na śniadanie, mimo że była dopiero czwarta rano. Zdecydowałem się na standardową jajecznicę z dodatkiem szczypiorku i ostatnio zakupionym bekonem. Roztapiając masło na patelni pokroiłem zielone źdźbła rośliny na malutkie kawałki, tak samo postępując z mięsem. Szybko przysmażyłem składniki na tłuszczu i wbiłem do dania dwa jajka. Pogwizdywałem sobie wesoło, ściągając patelnię z ognia. 
- Dzień dobry, Jamie!- usłyszałem nagle głos tuż przy moim uchu, więc zadrżałem, upuszczając naczynie na podłogę, w wyniku czego moje pyszne śniadanie skończyło marnie na kuchennych kafelkach. Nie powiem, że wywołało to u mnie radość. Odwróciłem się do osoby, która wkroczyła do mojego mieszkania i przeszkodziła mi w porannym rytuale, by przemówić jej trochę do rozsądku, jednak zaraz się rozpogodziłem. Jednak nie pomyliłem się co do normalnego głosu Agnes. Tym razem nie była pod wpływem swoich niezbyt miłych kolegów, więc zachowywała się jak ta dobrze znana mi dziewczyna sprzed lat.
- Witaj, Agnes. Dziękuję za usunięcie zbędnych kalorii z mojego życia.- powiedziałem z sarkazmem, zabierając się za sprzątanie. Kobieta ukucnęła przy mnie, jednak nieśpieszno było jej do pomocy. Usiadła pod moją szafką, prostując swoje niezwykle długie nogi. Spojrzałem na jej dłonie, widząc czarne paznokcie i pierścionki na prawie każdym palcu. Zmieniła swój strój nawet w nocy, co było dla mnie dość dziwnym zjawiskiem. Wyrzuciłem resztki mojego śniadania i wstałem, by przygotować kolejną porcję, tym razem podwójną. Nie robiłem jednak teraz tego z taką pasją, tylko od niechcenia.
- A już miałam ci życzyć smacznego. Chciałam tylko powiedzieć, że twój wóz nadal grzecznie stoi sobie na podjeździe lokalu Williama. Możesz zjeść sam, dziękuję. Do kiedyś.- westchnęła, machając mi dłonią na pożegnanie. Potem sprawnie wybiegła z kuchni, zostawiając mnie z talerzem gorącej jajecznicy w dłoniach. Położyłem danie na stół, uważając tym razem na wszelkie niespodzianki i podszedłem do okna. Zobaczyłem jeszcze Agnes, która właśnie ruszała na swoim motocyklu BMW R 50, jej największej chlubie. Czy przyszła do mojego domu tylko po to by powiedzieć mi taką zwykłą rzecz, właściwie to całkiem spodziewaną? Jej wizyta nie miała według mnie zbytniego sensu, ale mogłem tylko sobie o tym myśleć i wzruszyć ramionami. Gdy znikała za rogiem uśmiechnąłem się tylko bezsensownie i zabrałem się w końcu do mojego śniadania.
Nadeszła godzina siódma trzydzieści, więc wyszedłem z domu, zamykając go na klucz. Było dziś nieco cieplej niż wczoraj, ale nie to było najważniejsze. Biegłem do mojego samochodu, modląc się by nocne zimno nie wpłynęło na uruchomienie machiny. Gdy zobaczyłem go w takim samym stanie jak wczoraj westchnąłem z ulgą. Agnes mówiła prawdę. Ciekawe gdzie się podziewała? Zapewne znów spędzała czas z swoimi znajomymi albo walczyła z kwestiami edukacji lub kariery.
Gdy dojechałem do posiadłości od razu przypomniałem sobie o tym, że nawet nie miałem czasu na porządne zastanowienie się nad sprawą ojca Lisy. Pokręciłem głową z dezaprobatą dla mojej osoby. Miałem tyle czasu, a zupełnie nie przygotowałem się do służby, niczym największy głupiec tego świata. Mogłem sobie tylko wyobrażać co Lisa sobie pomyśli o mojej niekompetencji.
Kiedy wszedłem do posiadłości od razu przygotowałem się do pracy najlepiej jak mogłem, by chociaż pozornie wyjść na człowieka obytego z manierami. Musiałem iść do pokoju pani Margaret, by ją przywitać i spełnić poranne życzenie, jakim zazwyczaj była herbata. Szedłem szybko po schodach z dzisiejszą gazetą zakupioną przez Bridget, która to była dzisiaj odpowiedzialna za naszego gościa w postaci pani Ophelii. Stanąłem przed drzwiami pokoju, pukając trzykrotnie (który to już raz w moim życiu?) i wszedłem po usłyszeniu tego magicznego słowa z ust mojej pracodawczyni.
- Dzień dobry, Jamie. Dzień jest dziś wyjątkowo piękny, nieprawdaż? Aż ma się ochotę na filiżankę herbaty z hibiskusa.- uśmiechnęła się do mnie ciepło, nakładając okulary na nos. Podałem jej gazetę i wyszedłem na korytarz, by tam polecić Jamesowi dokończenie mojej pracy. Sam natomiast z duszą na ramieniu popędziłem jak młoda łania do pokoju Lisy.
Jak zwykle wyglądała pięknie, niemożliwym byłoby temu zaprzeczyć. Swoje blond kosmyki związała w kok, który obwiązała różową wstążką w czarne kropki. Miała dzisiaj sukienkę wyglądającą wzorem i kolorami bardzo podobnie jak ozdoba na włosach. Na to nałożyła obcisłą kamizelkę z ciemnego jeansu, która uwydatniała jej kształty. Panienka była szczupła, nawet bardzo, ale i tak zachowywała piękną talię osy, której to nie mogło się nadziwić bardzo wiele osób. Makijaż miała dzisiaj dość delikatny, chociaż usta naznaczone zostały szminką o barwie dojrzałej wiśni. Założyła czarne, skórkowe baletki na swoje dość małe stopy z filuternymi kokardkami w miejscu okrycia palców. Nie miała wiele biżuterii, tylko dwa karmazynowe kolczyki w uszach, zresztą bardzo małe.
Na mój widok wstała szybko z miejsca i podbiegła, prawie wpadając na mnie w popędzie. Uśmiechnąłem się do niej, jednak ta miała poważną minę, która niezbyt mi się spodobała. Jej oczy jednak aż świeciły od podekscytowania. Czyżby ta kryminalna zagadka sprawiała jej przyjemność? Nie, trudno było mi w taki zarzut uwierzyć, doprawdy niemożliwe.
- Przeszukałam w nocy mnóstwo książek z biblioteki i zgadnij co znalazłam...- tu zrobiła specjalnie bardzo dramatyczną przerwę, podczas której musiałem walczyć z wybuchem śmiechu- Pamiętnik mojego ojca! Był ukryty za jedną warstwą książek, miałam szczęście. Czekałam aż przyjdziesz, byśmy otworzyli go razem.- powiedziała, kładąc mi na dłonie pamiętnik w oprawie z czarnej skóry. Na górze był dość krzywo wypalony napis "Własność Edwarda Clainar, nie dotykać!", który musiał powstać gdy pan domu był jeszcze dość młodym chłopcem. Dziennik miał zakładkę z ciemnozielonej wstążki i wiele powyginanych w cztery strony świata kartek.
Usiedliśmy z Lisą na jej łóżku (na którym to w życiu nie wolno mi było spocząć, więc potraktowałem to jako wyjątkowy przywilej) i położyliśmy sobie księgę na kolanach. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie jeśli to ona otworzy te drzwi do tajemnicy, w końcu dotyczyły jej ojca. Panienka przymknęła oczy, a ja odruchowo pomyślałem o Agnes. Moja przyjaciółka bowiem zawsze zamykała powieki gdy słyszała strzał lub wybuch, przed tym nie potrafiła uciec. Paraliżował ją strach i wiele razy musiałem ją odciągać od niebezpieczeństwa. Uratowałem jej życie tak wiele razy... Pokręciłem głową odganiając te złe wspomnienia i spojrzałem na ręce Lisy, które były już przy okładce. Otwierała książkę jakby z czcią i strachem jednocześnie, palce lekko jej się trzęsły. Otworzyła pamiętnik na zaznaczonej wstążką stronie, a wtedy ukazał nam się tylko jeden krótki napis o treści: "B. Larry, ul. Growback 28".
- Najwidoczniej było to jakieś ważne spotkanie, skoro zostawił je na pustej stronie.- stwierdziłem, patrząc na napis. Czułem nierówny oddech Lisy, więc odruchowo zwróciłem ku niej głowę, by odpowiednio zareagować, przykładowo łapiąc ją gdyby miała bezwładnie upaść na pościel. Tak się jednak nie stało, jej mina była zupełnie inna. Fakt, była bardzo przestraszona, widziałem jej gęsią skórkę na przedramionach, ale jej mina wyrażała wielkie emocje najprawdopodobniej spokrewnione z podekscytowaniem, jeszcze większym niż przed chwilą. Nie potrafiłem zrozumieć jak mogła tak łatwo utrzymać taki nastrój odkrywając kolejne zagadki, ale najwidoczniej nie było mi dane tego pojąć, przynajmniej w tym czasie.
- A może tu znów jest jakaś ukryta wiadomość? Sprawdźmy, proszę... Muszę wiedzieć więcej o moim ojcu.- ostatnie słowo wymówiła o wiele chłodniej niż zazwyczaj. Dodatkowo zazwyczaj nazywała tego człowieka "tatusiem". Biedna kobieta, że też musiało to na nią spaść. Chętnie przejąłbym teraz jej cierpienia, choć sam przeżyłem ich całkiem niemało. Wstałem z jej posłania i poszedłem po świeczkę z jej stolika. Wyciągnąłem zabłąkane pudełko zapałek z kieszeni i wywołałem płomień na knocie. Następnie wróciłem do Lisy i przejąłem od niej pamiętnik. Zbliżyłem źródło ognia, szukając ukrytych informacji na kartce, jednak nie ukazywało się zupełnie nic. Kiedy już miałem odkładać przedmiot i ogłosić brak rezultatów, w samym rogu zaczęły pojawiać się wyskrobane bardzo niedbałym pismem cyfry. Była to data wskazująca 16 listopada 1951 roku.
- Jamie, to może być klucz naszej zagadki. Dwa dni później mój ojciec umarł.- powiedziała moja rozmówczyni, nadal trzymając się dzielnie i nie roniąc choćby łzy. Nie mogłem jej pocieszyć, bo sam potrzebowałem wsparcia. Czyżby wszystko o śmierci pana Clainar nie było wyjawione? A może cała rodzina nie znała prawdziwego powodu jego śmierci? Podobnież umarł na skutek zawału serca, ale teraz zaczynałem w to szczerze powątpiewać. Coś w tej historii się nie zgadzało.
- Musimy jechać pod ten adres, nie ma czasu do stracenia. Pojedziemy moim samochodem żeby nie rzucać się w oczy. Weź pamiętnik i ruszamy, znam drogę.- po raz pierwszy byłem w rozmowie z nią taki stanowczy, jakbym to ja był jej pracodawcą. Przez chwilę nawet bałem się, że byłem aż nazbyt gruboskórny, szczególnie w takiej chwili, ale kobieta przytaknęła mi szybko i podniosła się z miejsca, nakładając na siebie beżowy płaszcz i kremowy kapelusz z szerokim rondem.
Starałem się kierować normalnie, jednak moje serce aż skakało z poddenerwowania w środku. Wiedziałem, że nie jedziemy na śmierć, w końcu żyliśmy w cywilizowanych czasach, ale i tak czułem się jak detektyw z prawdziwego zdarzenia, co całkiem mi się podobało. Lisa siedziała obok mnie, przeglądając strony pamiętnika w poszukiwaniu jakiś interesujących informacji, ale nie podzieliła się ze mną choćby jednym cennym słowem, dlatego dałem jej spokój.
Gdy dojechaliśmy na miejsce naszym oczom ukazał się mały domek kryty czerwoną dachówką, wyglądający na odnowiony. Natomiast w głębi podwórza kryło się spore pomieszczenie, wyglądające na lekko zburzone i naruszone przez czas. Zawołałem kilka razy sprzed bramy, jednak nikt mi nie odpowiedział.
- Nie mamy wyjścia, wejdziemy bez pozwolenia.- powiedziała moja towarzyszka, otwierając szeroko furtkę. Wszedłem za nią, dziwiąc się jeszcze jej karygodnemu i stanowczemu zachowaniu. Zazwyczaj była delikatna niczym kropla rosy, a dziś zaskakiwała mnie nowym temperamentem.
Szliśmy po brukowanym chodniczku do pomieszczenia, nie odzywając się do siebie ani słowem. Znów odczuwałem strach, ale nie pozwalałem sobie tego okazać. Stanęliśmy przed drzwiami budynku, patrząc na siebie jeszcze. Postanowiłem wejść pierwszy, by w razie jakiś niebezpieczeństw w typie opadających desek z sufitu nic się jej nie stało. Nacisnąłem klamkę, która zaskowytała przeraźliwie i wszedłem do środka, rozglądając się po wnętrzu pomieszczenia. Było tu mnóstwo skrzyń z jasnego drewna z naklejkami różnej wielkości i napisami wykonanymi czarną farbą. Przywołałem panienkę dłonią, a ta weszła do środka, stając koło mnie.
- Szczerze mówiąc nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Nie wiem, co nas tu może czekać.- powiedziałem czując gulę w gardle. To nie było na moje nerwy, doprawdy. Musiałem jednak trzymać się dzielnie, choćby dlatego by dodawać otuchy drugiej osobie, która potrzebowała jej znacznie bardziej niż ja. Lisa spojrzała mi w oczy, a potem odeszła by odsunąć wieko pierwszej skrzyni. Szło jej to opornie, więc pobiegłem jej pomóc.
- Przeszukamy je wszystkie, przecież nic innego nam nie pozostało. Muszę poznać tę tajemnicę, rozumiesz?- zapytała jakby próbując usprawiedliwić swoje czyny. Skinąłem głową, wymuszając sobie uśmiech. Pchaliśmy wierzch dalej, aż w końcu zatrzeszczał i ustąpił. Uniosłem go, a wtedy Lisa wyciągnęła ze środka kartkę z cyfrą 37. Na początek nie zrozumieliśmy przekazu, ale nagle mnie olśniło.
- To musi być numer potrzebnej skrzyni! Szybko, szukajmy takiej!- czułem, że coraz bardziej wciąga mnie ta dziwna zagadka. Przeszukiwaliśmy w spokoju skrzynię po skrzyni, w każdej znajdując inną kartkę. W końcu doszliśmy do tej ostatniej, więc pozwoliliśmy sobie odrobinę odetchnąć. Włożyliśmy kartki do pamiętnika ojca Lisy i zabraliśmy się i do tego pakunku, czekając na rozwiązanie tajemnicy.
- Czy państwo nie mają manier, by tak po prostu wchodzić na czyjeś podwórze?- usłyszeliśmy nagle donośny baryton tuż za plecami. Włosy zjeżyły mi się na szyi, poczułem pot na dłoniach. Odskoczyłem od wieka skrzyni, odwracając się do mężczyzny w szarej marynarce.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przepraszam, ale nie mogłam się oprzeć by nie skończyć w tym miejscu. Jak obiecałam tak jest, czyli rozdział pojawia się szybciej. Kiedy będzie następny? Myślę, że w weekend, jednak niczego obiecać nie mogę. Zagadka Jamiego i Lisy zaczyna się rozwijać, co o tym sądzicie? Koniecznie napiszcie mi też w komentarzach czy nowe postaci się Wam spodobały, a będę umieszczać ich więcej. Tymczasem żegnam Was bardzo cieplutko,

Autorka

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział IV "Motyl Refleksyjny"

Biblioteka była miejscem bardzo jasnym i pogodnym, ale i dodającym aurę dziwnej tajemniczości. Uśmiechnąłem się półgębkiem na tą myśl, bo nigdy mi się taką nie zdawała. Przez wydarzenia ostatnich chwil wszystko mi się takim wydawało; nawet papiery leżące w nienagannym stosie wzbudziły we mnie podejrzenia. Serce biło mi ciężko, czułem się z każdym krokiem słabszy. Cierpiałem ostatnim czasem na przewlekłe migreny i kłucia serca, co niezbyt mi się uśmiechało w czasie pracy. 
Usiadłem z westchnieniem na jednym z krzeseł, zapalając małą lampkę na stoliku. Krzyżując jednak wzrok z wymownym spojrzeniem Lisy od razu zrezygnowałem z odpoczynku i szybko podniosłem się z miejsca jak tresowany piesek. Uśmiechnęła się nieznacznie, jednak nie wniosła choćby jednej sylaby do naszego dialogu, co zmusiło mnie do pozostania w tej dłużącej się ciszy. Było to dla mnie prawdziwą katorgą, ponieważ z natury już byłem wielkim gadułą, wiedzieli o tym zresztą wszyscy. Od dziecka lubiłem zawadiacko zaczepiać ludzi na mojej drodze, rozmawiając choćby o deszczu padającym w ubiegłym miesiącu. Wiedziałem z doświadczenia, że mrukliwi ludzie byli z góry nielubiani, więc uciekałem od opinii gbura. Może to dlatego tyle ludzi pomagało mi w czasie wojny? Tak, wiele osób wspominało, że świetnie potrafię budzić sympatię.
Podążyłem za kobietą w stronę jednej z półek na książki. Chwyciłem w ręce drabinę średniej długości i rozłożyłem ją przy pierwszym rzędzie lektur. Upewniając się, że przedmiot stoi stabilnie wszedłem na pierwszy stopień, czekając na dalsze instrukcje ze strony Lisy. Wskazywała mi po kolei różne księgi, które niezwłocznie brałem na ręce, próbując również utrzymać równowagę.
- Na razie starczy, Jamie. Mam nadzieję, że znajdziemy cokolwiek na ten temat między tymi zakurzonymi stronami.- przysiadła na pobliskim stołku, znów opuszczając ramiona. Przez chwilę myślałem, że znów zacznie łkać jak w ogrodzie, jednak tym razem tylko siedziała tak spokojnie. Postawiłem spory stos interesujących nas tytułów na ostatnim stopniu drabiny i podszedłem powoli do panienki. Ukucnąłem przed nią, starając się w myślach dobrać jakieś słowa pocieszenia.
- Wszystko będzie dobrze... Liso. - gdy po raz pierwszy wypowiedziałem w dialogu jej imię po moich plecach przebiegł dziwny dreszcz - Wiem, że takie gadanie nie da zbyt wiele, ale załamywanie się również pogorszy tę sytuację. Lepiej po prostu przejrzyjmy te wszystkie strony.- zaproponowałem patrząc jej w oczy o kolorze cudownej przyprawy jaką był cynamon. Uśmiechem mnie nie uraczyła, jednak zsunęła się cicho ze stołka, podchodząc do dużego biurka. Przeniosłem książki na blat mebla i zająłem miejsce tuż koło damy. Zazwyczaj do czytania potrzebne były mi okulary, jednak nie nałożyłem ich tym razem. Dlaczego? To chyba oczywiste. Może i zachowałem się szczenięco, ale nie chciałem by szkiełka mnie postarzały w jej towarzystwie. Adonisem nie byłem i bez nich, a patrząc na mój staroświecki model byłoby ze mną jeszcze gorzej. Uśmiechnąłem się pod nosem z pogardą dla swojej osoby. Jej obecność działała na mnie tak odmiennie, że aż sam się dziwiłem. Najpierw to poprawianie wyglądu teraz wstyd przed wadą wzroku... Miłość naprawdę bywała czasem ślepa.
- Zacznijmy od "Kronik Annette", czyli mojej babci. Może opisała coś ciekawego w swoim pamiętniku?- w mojej głowie zabłysła lampka ostrzeżenia; przecież ja nie mogłem oglądać ksiąg z tego działu, wszystkie prywatne dzieła rodziny były mi niedostępne. Uspokoiłem się jednak na myśl, że Lisa z pewnością by mnie obroniła na wypadek zauważenia tego incydentu. Otworzyłem książkę powoli, strzepując cienką warstwę kurzu z pierwszej stronicy.
Nasze oczy pochłaniały cały tekst pisany pięknym, kaligrafowanym pismem matki pana Edwarda. Pisała o wielu problemach zdrowotnych swojej rodziny (była to bowiem powszechnie uznana hipochondryczka) i swoich przemyśleniach, jak to w pamiętniku. Gdy czytało się te słowa aż pałało się sympatią do tej kobiety. Uśmiechałem się delikatnie, czytając wszystkie pragnienia i przeżycia babki Lisy.
Potem przewróciliśmy stronę, widząc ostatni już wpis. Był niezwykle krótki, zawierał tylko dwa, bardzo brutalne zdania: "Nie poznaję już oczu mojego syna. W nim nie ma już szczęścia.". Spojrzałem na Lisę, która już mierzyła mnie wzrokiem. Jej oczy znów lśniły od łez, więc działając pod impulsem chwyciłem ją delikatnie za rękę, starając się wnieść w jej duszę odrobinę otuchy. Starała się uśmiechnąć, jednak uniesienie kącików ust tylko wyprowadziło krople słonawego płynu z oczu na policzki. Puściłem jej dłoń, rumieniąc się zapewne. Spojrzałem jeszcze raz na stronę, starając się rozpaczliwie doszukać czegoś dodatkowego. Przejechałem palcami po stronie, nagle wyczuwając malutkie wgięcia w fakturze strony. Oczy mi rozbłysły pod nadmiarem adrenaliny, a ja sięgnąłem po palącą się świeczkę niedaleko. Prosząc o cud uniosłem stronę, zbliżając od drugiej strony płomień. Tak, to był atrament sympatyczny. Brązowawe litery o tym samym charakterze pisma zaczęły się ukazywać na właściwiej stronie. Lisa zbliżyła się do książki, zapominając szybko o swoich wszystkich łzach. Czułem się niczym prawdziwy detektyw na tropie mrocznej tajemnicy i poniekąd właśnie to się działo w tym momencie. Kiedy cały tekst ukazał się na kartce od razu nachyliliśmy się do niego w pośpiechu, by móc dowiedzieć się więcej o byłym panu domu. Tekst brzmiał tak:
"Ostatnio Edward staje się zupełnie innym człowiekiem. Jest impulsywny i dumny niczym paw, chodzi nienaturalnie prosto po domu. Cały czas miewa dziwne migreny, ale nie to jest najgorsze. Wczoraj mój jedyny syn mnie uderzył. Bez żadnych skrupułów i to jeszcze w czasie kolacji. Potem wyszedł szybko, zostawiając mnie nie tylko z raną na policzku, ale i w sercu. Będę kłamała, że upadłam i się zadrasnęłam, w końcu jemu nie może nic grozić. Trudno jest bać się własnego syna, ale tak właśnie jest. Krzyczy teraz znacznie więcej i głośniej, słyszę z jego pokoju podejrzane rozmowy z jego rzekomymi przyjaciółmi. Słyszałam nawet jak mówili o jakiejś planowanej bójce. Mam nadzieję, że uda mu się wygrać z jego problemami. Kocham go i będę go wspierać, choćby bił mnie do nieprzytomności. Wolę nie myśleć skąd w jego pokoju wziął się pistolet, ale nie będę się w to mieszać. Nie dziś."
- T-to niemożliwe. To musi być jakiś stek bzdur. Mój tatuś...- Lisa zasłoniła dłonią usta, by nie załkać ponownie. Miałem dla niej wielki podziw. Gdybym ja dowiedział się takich rzeczy o moim ojcu na pewno nie byłbym w stanie powstrzymać goryczy i łez, a ona tak dzielnie stawiała im czoła, jakby od tego miało zależeć całe jej życie. Nie byłem w stanie już jej pocieszyć, tego było stanowczo za dużo. Dama jednak uprzedziła mnie, zamykając gwałtownie księgę i wybiegając z biblioteki.
Zamrugałem dwa razy, ale zdecydowałem się nie ruszać za nią w pogoń. Z pewnością potrzebowała teraz odpoczynku i ukojenia tych wielu emocji dzisiejszego dnia. Schowałem książki na miejsca i wyszedłem z pomieszczenia, żegnając się z współpracownikami. Chwyciłem mój płaszcz z wieszaka i nałożyłem go na ramiona. Następnie wcisnąłem kapelusz silną ręką na głowę i wyszedłem na zewnątrz.
Przekręciłem kluczyki w stacyjce słysząc znajomy ryk silnika. Jechałem jak zwykle po pracy do baru mojego przyjaciela, Williama. Mężczyzna założył własny biznes dwa lata po wojnie, ale poznałem go o wiele wcześniej, jeszcze przed piekłem. Zawsze był serdeczny i zabawny, ale czasem trochę zbyt materialistyczny. Tak, pieniądze były dla niego czasem ważniejsze niż rodzina i przyjaciele, co było dla wielu niezwykle smutnym faktem. W końcu był szczęśliwcem, posiadając żonę i dwie córki, ale i tak nie doceniał tego tak, jak był powinien to robić, mamiąc sobie oczy banknotami.
Wszedłem do dobrze znanego mi lokalu i zająłem moje stałe miejsce przy barze. Zwyczajem już wyjąłem z kieszeni pomięte menu, które zresztą znałem na pamięć. Strzepnąłem jakiś duży paproch z blatu i wyciągnąłem rękę do jednego z barmanów, gdy poczułem czyjąś dłoń na swym ramieniu.
- Jamie, jak miło cię widzieć! To co zwykle?- zapytał William, siadając ciężko na stołku obok mnie. Uśmiechnąłem się do niego, patrząc jeszcze raz na listę dań i napojów serwowanych w tym miejscu i w końcu zdecydowałem się na coś innego niż lemoniadę z dwoma kostkami lodu.
- Dziś raczej coś mocniejszego. Może whisky?- mina mojego przyjaciela zmieniła się natychmiast, a oczy prawie wyskoczyły mu z orbit. Ja, który unikałem alkoholu jak ognia, prosiłem właśnie o napój z tego gatunku. Potem machnął ręką na barmana, który machinalnie zaczął przygotowywać napój. William wyjął z kieszeni pudełko papierosów, częstując mnie jednym. Zapaliłem dla towarzystwa, próbując maskować fakt, że w gardle czułem siłę stu kocich pazurów.
- Ciężki dzień, czy tylko zwariowałeś?- zapytał mnie gdy podano mi whisky. Wahałem się jeszcze chwilę, ale w końcu wypiłem zawartość szklanki w jednym hauście, czyli iście plebejsko. Starałem się bardzo nie skrzywić, ale w końcu, jako nieprzyzwyczajony do tego smaku, wykonałem piękny gest obrzydzenia. Z pewnością nie popisałem się klasą.
- Tak, to był zdecydowanie ciężki dzień, ale nie gadajmy o tym.- już miałem zacząć słuchać błagań o wyjaśnienia, ale wtedy ktoś wstąpił do baru. Uśmiechnąłem się na widok trzech czarnych bandan na nadgarstku i poprzecieranych jeansów. Trochę za duże kowbojki z czarnej skóry aż błyszczały na jej nogach, a wielki pas z jeszcze większą klamrą praktycznie zwisał przy udzie kobiety. Zaraz za nią wstąpiła trójka barczystych mężczyzn o podobnym ubiorze i takim samym obojętnym spojrzeniu. Otóż Agnes Tenye należała do rockersów. Poznaliśmy się w czasie wojny, w roku 1944. Pomagaliśmy sobie nawzajem w czasie ucieczki z pewnej walijskiej miejscowości.
- Wiesz co mi podać, Will.- powiedziała, podchodząc do nas bliżej. Jej przyjaciele usiedli przy jednym z wolnych stolików, więc stała się odrobinę bardziej swobodna. Spojrzałem na jej głębokie cienie pod oczami, najpewniej spowodowane kilkoma zarwanymi nockami. Przyniesiono jej Pepsi w wysokiej szklance, czyli jeden z jej stałych napojów.
- Dawno cię nie widziałem. Znalazłaś już pracę?- zagadnąłem ją, patrząc na jej czarne, bardzo natapirowane włosy. Prychnęła na mnie, sięgając po chusteczkę z blatu, by uniknąć oplucia się ze śmiechu. Na jej ustach pojawił się niebezpieczny uśmieszek.
- Mam ci wygłosić co sądzę na temat pracy, czy oszczędzić ci tego tym razem?- westchnąłem cicho, kręcąc głową. Tamta zagaiła Willa rozmową, więc miałem chwilę na rozmyślanie. Zmieniła się bardzo odkąd przyłączyła się do tej popkultury, zaczęła żyć wzorcami należącymi do zupełnie innej osoby.
- Będę się już zbierał. Serwus.- machnąłem do nich ręką, nie czekając na odpowiedź. Minąłem jeszcze stolik przyjaciół Agnes, ale jakoś nie miałem ochoty na rozmowę z nimi. Spojrzałem jeszcze na słabe światełka przy ścianie zakupione w tamtym tygodniu i wyszedłem w końcu z lokalu.
Zakląłem pod nosem widząc mój samochód na podjeździe. Piłem, więc nie mogłem prowadzić. Na szczęście mieszkałem tylko dwa domy dalej od baru, więc zostawiłem tu mój stary rzęch, prosząc opatrzność o zastanie go rano w takim samym stanie.
Nacisnąłem klamkę od drzwi do mojego mieszkania, która odpowiedziała mi pięknym skowytem. Wszedłem do środka i powiesiłem płaszcz na wieszaku. Spojrzałem w lustro, rozwiązując muszkę przy szyi. Przebrałem się w domowy strój i to była ostatnia rzecz jaką zrobiłem przed padnięciem na łóżko z głośnym westchnieniem. Dopiero co poznawałem tę sprawę, a już zaczynała mnie przerastać.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wiem, że rozdział nie pojawiał się dość długo, ale jakoś nie miałam zbytniej weny na napisanie czegoś sensownego. W każdym razie uznajmy, że to taki prezencik na Wielkanoc. A właśnie, życzę Wam wszystkim wszystkiego najlepszego w ten dzień, żeby było Wam po prostu miło i ciepło w Waszych kątach na świecie. Jak zwykle proszę o jakieś refleksje w postaci komentarzy pod postem i tym samym obiecuję, że następny rozdział pojawi się szybciej. Jeszcze raz Wesołych Świąt życzę,

Autorka

sobota, 21 marca 2015

Rozdział III "Motyl Zaskoczony"

Książka była wielkości ponadprzeciętnej, mógłbym nawet rzec, że była największym dziełem pisanym jakie widziałem na oczy. Dziwiłem się nawet przez moment dlaczego ów lektura nie zmiażdżyła jeszcze szczupłych ud panienki Lisy. Uśmiechałem się jak to miałem w zwyczaju przez większość czasu, ale czytając tytuł księgi na moją twarz wstąpiła mina wyrażająca zdziwienie i jakby dziwny niedosyt. "Akty własności rodziny Clainar".
To wszystko? Ta cała tajemnica to tylko głupia księga rachunkowa? Zmarszczyłem brwi, mrugając oczami. Może przekręciłem jakiś wyraz z emocji? Nie, przeczytałem dobrze. Czemu więc Lisa okrasiła tę księgę tak wielkim przedstawieniem emocjonalnym? Westchnąłem, opierając się na powrót ze spokojem na ściance altany, która niebezpiecznie zaskrzypiała pod naciskiem ciężaru siedemdziesięciu kilogramów mojego ciała. Jednak widząc urażenie na twarzy damy natychmiast wróciłem do pionu, patrząc jej w oczy. Czy zobaczyłem w nich zawód? Nie, to chyba było jednak coś innego, zupełnie odmiennego. Mógłbym to nazwać inną formą tego uczucia, jakby nie zawiodła się na mnie, lecz na sobie. Pewnie teraz myślała, że dokonała złego wyboru odkrywając przede mną tą tak ważną dla niej tajemnicę domu. Tylko że mimo moich wielkich starań nie mogłem się właśnie tego całego sekretu dopatrzeć w tym tak wybiórczym tytule. Opuściła głowę po kilku sekundach mojego natarczywego spojrzenia, jakby nie była przyzwyczajona do oczu na nią zwróconych. Chciałbym jakoś ją teraz pocieszyć, jednak wyczuwałem już momenty kiedy to chciała ciszy i czasu do namysłu. Tak, znałem ją świetnie, lepiej nawet niż panią Margaret. Z jej wyrazu twarzy można było czytać jak z otwartej książki, zachowała w sobie szczerość dziecka. Wielu przez to nazywało ją naiwną i właściwie to całkiem trafne określenie jej zmiennych nastrojów i emocji. 
- Wiedziałam, że nie zrozumiesz od razu. Myślałam, że jednak będzie inaczej, Jamie.- odezwała się w końcu cicho, prawie płaczliwym tonem. Gdy wymawiała moje imię załamał jej się głos, co znaczyło, że chciała powiedzieć znacznie więcej. Szukałem w głowie jakiegoś incydentu który zmusiłby mnie do rozwiązania zagadki, ale myśli tylko kłębiły mi się w głowie nieprzyjemnie. Siedziałem więc tak z opuszczonymi rękoma na znak całkowitego upadku, pogrążając się w paskudnej ciszy. Miałem skąpą nadzieję, że to tylko dość nieudany żart Lisy, ale jej smutek trwał za długo by mogło to być prawdą. Była smutna i to z powodu mojego braku domyślania się spraw dla niej oczywistych. Nigdy nie potrafiłem nadążyć za myślami kobiecymi, były naprawdę zmienne i nieodgadnione, szczególnie w przypadku tej damy.
- Przepraszam, że uraziłem panią moim brakiem domysłu, jednak naprawdę nie rozumiem o co może chodzić w książce z takimi przyziemnymi rzeczami. Może mnie pani oświeci?- podjąłem próbę ironicznego żartu, by trochę rozładować atmosferę, jednak nie wyszła mi za bardzo, gdyż kobieta tylko westchnęła, opuszczając ramiona jeszcze niżej. Potem jednak poruszyła się, zmieniając zdanie i otworzyła księgę na jednej z ostatnich stron. Dokument z roku 1919 przedstawiał akt własności dużej posiadłości w Ethrid. Nagle zacząłem kojarzyć fakty. To właśnie w tym roku wprowadziła się tu rodzina Clainar. Pan Edward, ojciec Lisy umarł siedem lat temu, więc nawet nie miałem okazji go poznać. Słyszałem o nim tylko same dobre pogłoski, więc dziwiłem się czemu pani Margaret nie załamała się po przedwczesnej śmierci męża. Przecież Lisę musiałem osobiście pocieszać jeszcze na początku mojej służby, nosiła żałobę po rodzicielu przez całe cztery lata. Zacząłem czytać akt zważając na każde słowo. Kończąc stronę spojrzałem na Lisę, a ta szybko przewróciła ją. Tak też przebrnąłem przez cztery wielkie karty nudnego druczku o wyglądzie formalnym i już miałem to skwitować kolejnym niezrozumieniem, kiedy zobaczyłem podpis na dole strony. Niejaki pan Travis Brown, były notariusz miasteczka zostawił niezwykle koślawy podpis na wybranym miejscu. Rozumiałbym gdyby miała to być parawka, albo ów mężczyzna był lekarzem, jednak tu kursywą było napisane "podpis czytelny". Nie to jednak zaintrygowało mnie najbardziej. Po całym dolnym marginesie i podpisie z dużym kleksem był porozmieszczany dawno zaschnięty czerwonobrązowy płyn. Poczułem mimo upływu lat ten dziwny metaliczny zapach krwi i poczułem pot na czole. Spojrzałem mimowolnie na Lisę, która już przebiegała wzrokiem po mnie. W oczach miała strach, ale i dziwną satysfakcję (zapewne spowodowaną moim zrozumieniem, które łaskawie na mnie spłynęło). 
- Teraz rozumiesz? Mój ojciec kupił ten dom poprzez zastraszanie urzędnika. Na dodatek na innych dokumentach mojego ojca też są te okropne ślady.- szybko pokazała mi kilka podobnych koślawych podpisów pod aktami notarialnymi, tak samo skąpanych w kroplach czerwonego płynu.- To znaczy że ojciec miał dwa życia. Jedno wśród otoczki rodziny i przyjaciół, a drugie...- znów załamał się jej głos, jednak tym razem dała upust emocjom, wypuszczając łzy na policzki. Zdjąłem z jej nóg ostrożnie księgę skrywającą całą prawdę o panu Clainar, nie wiedząc co poczynić. Nie powinienem był jej pocieszać, bo były to druzgoczące karty przeszłości, których nie dało się przewrócić do tyłu wracając do początku pięknej historii. Wtedy jednak panienka wykonała ruch który rozwiązał problem mojej bezradności, jednak zaraz przywołał ją na nowo. Jak normalna kobieta pomiędzy jednym cichym szlochem a drugim wyciągnęła do mnie swoje ramiona, chwilę później jakby wczepiając się nimi we mnie. Poczułem jak moje serce zaczęło fikać koziołki ze szczęścia, jednak opanowałem swoje emocjonalne zapędy bardzo szybko. Teraz musiałem wykazać się roztropnością, a nie snuć fantazje na temat mojego silnego uczucia. Wyjąłem z kieszeni chustę o kolorze podobnym do błękitu nieba i delikatnie otarłem łzy spływające jej po policzkach. Musiałem skończyć gest aż na jej podbródku. Dało mi to niepowtarzalną okazję do czegoś co kusiło mnie od samego początku. Niby chowając już wilgotny materiał otarłem delikatnie kciukiem o jej delikatną skórę, czując przyjemny dreszcz przechodzący mi po kręgosłupie. W końcu byłem tylko głupim człowiekiem, więc nie mogłem powstrzymać się do samego końca od takich igraszek.
- Na co te wszystkie łzy, pani? One nie poprawią sytuacji, nawet tej najgorszej. Możemy tylko dowiedzieć się czegoś więcej w bibliotece domu, lub ostatecznie spytać pani matkę.- poczułem jak pod naciskiem ostatnich słów kobieta gwałtownie odsuwa się ode mnie, zostawiając po sobie tylko ciepło na moim ciele. Właściwie nie wiedziałem czy było ono spowodowane moimi wielkimi emocjami czy jej naturalną temperaturą, ale i tak czułem się spełniony jak nigdy. Nie miała uśmiechu na twarzy, jednak rozpogodziła się z lekka, co poznałem patrząc na te małe iskierki w jej oczach. Miałem ochotę śmiać się z tego "powrotu do świata żywych", jednak powstrzymałem się, zostawiając sobie tylko satysfakcję spowodowaną umiejętnością poprawiania humoru. Lisa zsunęła się powoli z siedzenia, chowając upiorną książkę na jej poprzednie miejsce, na dodatek jeszcze maskując ją drewnem na opał. Również podniosłem się z miejsca, równając się (a właściwie to przewyższając) z damą. 
- Skoro tak ma wyglądać sytuacja, to nie ma co zwlekać, masz rację. Chodźmy najpierw do biblioteki, muszę się upewnić o tych domysłach zanim zapytam się matki.- skinąłem tylko głową, uznając to za rozsądną decyzję z jej strony. Skoro nie miałem już obowiązków na dzień dzisiejszy mogłem właściwie wrócić do mojego mieszkania na przedmieściach, jednak jakim idiotą bym był nie przyjmując propozycji ze strony mojej miłości? Szliśmy po chodniku w tym samym tempie, bowiem dostosowałem swój chód do jej drobnych, lekkich kroczków. Zabawnie musiało to wyglądać, ale raczej nikt nas nie obserwował. 
Kiedy dotarliśmy już na werandę zastanawiałem się chwilę co uczynić, jednak podszedłem do drzwi, otwierając je z ukłonem. Wywołało to u niej w końcu donośny śmiech, który natychmiast przeciął budującą się atmosferę smutku i powagi. Rzuciła tylko krótkie "Nie wygłupiaj się" i weszła do posiadłości, nie patrząc na mnie więcej. Wkroczyłem za nią z duszą na ramieniu. Szczerze bałem się tajemnicy czającej się w kątach księgozbiorów rodziny, ale musiałem stawić lękom czoła jeśli chciałem sprostać oczekiwaniom panienki. Do pomieszczenia szliśmy w ciszy, starając się nie zwracać na siebie uwagi reszty pracowników. Zabawne jak to w posiadłości wykształciła się relacja jak z wieku osiemnastego pomiędzy pracodawcą a służącym. Sztywność i porządek wszędzie, a przecież wkraczaliśmy już powoli w lata sześćdziesiąte. Powinno więc nie budzić żadnych podejrzeń spotkanie moje z kobietą, a jednak wszyscy zwracali ku nam spojrzenia. Jakbym był prostym chłopem naruszającym przestrzeń szlachcianki. Zresztą poniekąd tak właśnie tu się czułem. Zawsze na "pani", choć ona mogła stosować moje imię bez przeszkód, nawet ze zdrobnieniami. Wykształciła się już w tym domu taka tradycja, zresztą niejedyna. Przecież siedmiokrotne bicie w trójkąt na obiad, trzykrotne pukanie w drzwi dam czy wycieranie klamek od drzwi tylko zielonymi chusteczkami to były już wpojone w nas nawyki. Dziwne jak to człowiek dostosowuje się do otoczenia. 
Przerwałem jednak moje rozmyślania z powodu dotarcia na miejsce. Lisa zapukała w drzwi trzykrotnie, co rozbawiło mnie z powodu moich wcześniejszych rozmyślań. Tak to właśnie wszystko działało idealnie i równo jak w najznakomitszym zegarku. Zawsze tak było i miało to trwać już do końca dni naszej umowy. Czym była umowa? Nie tylko tą spisaną z podaną sztywno płacą i godzinami pracy, ale i ta tworzona przez lata między dwoma osobami, ta bardziej rozciągliwa. Lubiłem bardzo odkrywać te nowe zachowania i emocje, fascynował mnie każdy dzień w tej niezwykłej posiadłości. A jednak byłem tu pięć lat i znałem tylko ogólne informacje, nie byłem nigdy wtajemniczony w kolejne tajemnice czyhające po kątach. Tego dnia miało być inaczej. Usłyszeliśmy krótkie "proszę" bibliotekarki, pani Copper, więc chciałem już nacisnąć klamkę, jednak moją rękę powstrzymała Lisa, zdecydowanie opuszczając ją w dół. Miała tajemniczy uśmiech na twarzy, który mnie na powrót zaczął intrygować. 
- Skończ z tą "panią". Wystarczy Lisa.- zostawiła mnie z tymi oto słowami bębniącymi w uszach na progu biblioteki. Czyżby myślała o tym samym co ja? Zwykły przypadek, a jednak jaki niezwykły. Zaśmiałem się cicho, kręcąc głową. Następnie ostatni raz zebrałem się w sobie i wszedłem do pomieszczenia, czekając na nadejście rozwiązania sekretu pana Edwarda Aleksandra Clainar.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak oto kolejny rozdział "Pazia Królowej" kończy się. Boję się trochę, że tajemnica książki będzie zbyt mało widowiskowa. Może niektórzy spodziewali się jakichś magicznych portali czy armii potworów, jednak to nie będzie książka fantasy. Mimo to liczę na kilka komentarzy pod postem, bo to w końcu one motywują mnie do pracy. Naprawdę miło się pracuje ze świadomością, że ktoś czeka na ciąg dalszy...
Ps. Dziękuję Wujkowi i Tacie za rozwianie moich wątpliwości co do niektórych kłopotliwych słówek.

Autorka