sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział VIII "Motyl Szczęśliwy"

Nigdy w życiu nie biegłem tak szybko. Czułem rozrywające pieczenie w płucach, bijące szybko serce i pulsujące skronie. Nigdy nie miałem kondycji do biegów, jednak teraz musiałem się zmobilizować. Krzyk Agnes już dawno ucichł, na ulicy nie widziałem ani jednej osoby. Lisa mnie już opuściła, nie mogąc dotrzymać kroku w wysokich obcasach. Musiałem się z tym zmierzyć sam.
- Agnes!- krzyczałem co chwila, czując gorycz w moim głosie. Nie mogłem myśleć, że coś jej się stało. Bez niej moje życie byłoby tak bezsensowne, pozbawione smaku. Przed oczami stanęła mi chuda jak patyk dziewczynka o czarnych oczach. Trzęsła się mocno, a na jej rękach były dwie długie rany. Była w tym samym wieku co ja, jednak nigdy nie poradziłaby sobie sama. Musiałem jej pomóc. To też wtedy robiłem. Zresztą, role wcale się w tym momencie nie odwróciły.
Skręciłem w następną ulicę, na której nie paliło się już prawie żadne światło. Podbiegłem do latarni, zatrzymując się na dwie sekundy. Mój organizm nie był w stanie działać tyle czasu. Zacisnąłem pięści i biegłem dalej, nie zważając na lekko zamazany obraz przed oczami. Liczyła się tylko ona.
Nagle usłyszałem ten sam krzyk co przedtem. Ból przeszedł natychmiast, odzyskałem siły do dalszej pogoni. Wtedy usłyszałem dźwięk motocykla. Już wiedziałem, że trafiłem w dobre miejsce. Przejechali dalej, a ja wsiadłem do cudzego samochodu. Zacząłem powoli ich doganiać. Miałem przynajmniej, że ich, bo nigdzie nie widziałem Agnes. Maszynę prowadził wysoki mężczyzna w czarnym stroju i chuście na twarzy. Wyglądał zupełnie inaczej niż ona na swoim motocyklu, wzbudzał inne uczucia. Wiedziałem jednak, że to jego szukam. Czułem to w mojej podświadomości, całe moje ciało to krzyczało. Nagle jednak zatrzymało się gwałtownie. Tylko serce biło jeszcze szybciej.
Koło latarni leżał czarny kokon. Wrak człowieka. Trzęsła się, trzymając za skrawek kurtki. Zatrzymałem szybko samochód, biegnąc do mojej przyjaciółki. Nic nie mówiłem, tylko wziąłem ją troskliwie na ręce, tak jak dawno temu, kiedy wynosiłem ją z następnego zawalonego budynku. Nie miała siły nic powiedzieć, każdy jej oddech był gardłowym charczeniem. Splunęła krwią na ziemię, a wtedy zauważyłem, że cała jest ubrudzona w tej szlachetnej czerwieni krwi. Nie miałem zamiaru jej niczym męczyć, położyłem ją tylko na tylnym siedzeniu samochodu i ruszyłem do szpitala. Przecież nie było innego miejsca dla niej. 
Dobrze się nią tam zajęli, przemyli szybko rany, zabandażowali co trzeba. Czekałem na nią dwie godziny na korytarzu, mając nadzieję na brak poważnych urazów. W końcu z salki wyszła kobieta przy kości, ubrana w uniform pielęgniarki. Czapeczka z czerwonym krzyżem przekrzywiła jej się na prawą stronę, odsłaniając spięte klamrą, ciemnobrązowe włosy. Nie miała uśmiechu na twarzy, nie wyglądała nawet na taką, co to uśmiechać się potrafi. Spojrzała na mnie lodowato, jakby mając mi za złe, że przywiozłem chorą do szpitala.
- Niezły ma charakterek, ta wasza ukochana. Dwa żebra złamane, na przedramieniu będzie blizna do końca życia chyba. Na przyszłość lepiej pilnować, żeby się w bójki z tą hołotą nie wdawała.- pokręciła głową, oddalając się. Nie miałem czasu wyjaśniać, że Agnes nie jest moją ukochaną, zbyt szybko wystrzeliłem do sali. Od razu rzuciła mi się w oczy, leżała w łóżku tuż przy wejściu. Przykryta była cienkim kocem, a na prześcieradło położyli jej osłonę z folii. Głowę trzymała na poduszce, która zbytnio wypchana pierzem nie była. Przebrana w turkusową, prostą koszulę szpitalną wyglądała na bardzo słabą. Zresztą, cała była tak zmizerniała jak od niepamiętnych czasów. Oczy miała na wpół przymknięte, także widziałem jej nadnaturalnie długie, czarne rzęsy. Włosy spływały na nią bez ładu i składu, niesforne kosmyki przykrywały jej czoło, jednak kompletnie się nimi nie przejmowała. Zmyli jej mocny makijaż, przez co odzyskała swoje tak bardzo młodzieńcze jeszcze rysy twarzy. Gdy podszedłem do niej, znów poczułem zapach konwalii. Zawsze nią pachniała, a ja uwielbiałem ten zapach odkrywać na nowo z każdym spotkaniem. Chwyciłem stołek z rogu sali, siadając przy niej. Ująłem jej dłoń, patrząc na zaszytą ranę na przedramieniu, o której mówiła pielęgniarka. Cała zresztą była w opatrunkach, opaskach uciskowych i plastrach. Jedynym miejscem, które kompletnie nie ucierpiało była jej twarz. Przesunąłem delikatnie palcem po jej nadgarstku, na co odpowiedziała przeciągłym jękiem. Otworzyła jednak oczy, patrząc na mnie. Otworzyła usta powoli, jakby każda czynność sprawiała jej ból.
- Jak dobrze, że to ty.- powiedziała prawie niedosłyszalnie. Gdy mówiła, wargi zlepiały jej się ze sobą jak knebel, co przyprawiało mnie o dreszcze. Jednak przynajmniej mogła się wysłowić, co przynosiło niepohamowaną ulgę i radość. Mocniej złapałem jej dłoń, jakbym przesyłał iskierkę nadziei do jej duszy.
- Tak, to ja. Będę tu z tobą, Agnes. Co się stało?- zapytałem, jakbym dobrze nie wiedział, że ją ktoś pobił. Miałem do siebie żal o to, że nie poszedłem za nią, ale w końcu skąd mogłem wiedzieć, że coś jej się stanie, gdy wyszła z baru? Zacząłem bawić się jednym z jej kosmyków, co dawniej ją uspokajało. Znałem ją na wylot, nie miała przede mną tajemnic. A przynajmniej taką miałem nadzieję.
- Stało? Tak, tak, stało. Dopadł mnie w końcu, jak widzisz. Pewnie spytasz, kto? Nie znasz Mopsa, ale to on.- odpowiedziała na moje niezadane pytanie. Pseudonim ten istotnie nic mi nie mówił, więc postanowiłem jednak wydobyć z niej więcej informacji. W końcu musiałem wiedzieć, z kim mam do czynienia.
- Skąd go znasz? Czym mu zawiniłaś?- spojrzałem prosto w jej przeszklone teraz oczy, więc szybko zareagowałem, przytulając ją delikatnie. Nie zawyła z bólu, choć oddech jej przyspieszył. Nadal była silna, jak przez całe swoje życie. Zawsze zgrywała taką, co to niczego się nie boi. Nie lubiłem u niej tej cechy, w końcu każdy ma swoje słabości. Ona jednak utrzymywała, że one nie istnieją, że trosk i problemów nie ma. 
- Cóż, to jeden z rockersów. Właściwie to najważniejszy w naszej grupie. Tak naprawdę nazywa się Bill Steward. Czym zawiniłam? Cóż, po pierwsze, obraziłam Elizabeth. A po drugie znów byłam u Poszukiwacza sama.- moje oczy się rozszerzyły. Czy to możliwe, że to E i B z pamiętnika? Wszystko na to wskazywało. Mieli na pieńku z Philipem, byli razem, na pewno byli osobami starszymi, bo tylko tacy mogą przewodniczyć w tej subkulturze. 
- Agnes, czy oni mają stosunki z jakąś Lilith?- zapytałem, czując jak mój oddech przyspiesza. Spojrzała na mnie zdziwiona, jakbym wypowiedział formułkę czarnej mszy. Zakryła dłonią usta, pokazując czarny lakier do paznokci, który odbijał blask szpitalnej lampy. Patrzyła tak na mnie chwilę, a potem odjęła dłoń od swoich ust.
- Skąd wiesz o Lilith Brown? O niej absolutnie nie wolno mówić.- powiedziała, znów zakrywając usta dłonią. Uniosłem brwi ze zdziwieniem, znów nie rozumiejąc, czemu to akurat teraz nie może mi nic powiedzieć, skoro tak się ożywiła. Dałem jej do zrozumienia, że muszę to wiedzieć, posyłając kolejną iskierkę impulsu do jej dłoni. Spojrzała na splot naszych palców, po czym rozluźniła się z lekka. Jej oczy straciły tę barwę podekscytowania, uspokoiła się przynajmniej na chwilę. Przejechała swoim palcem po moim kciuku, jakby rysując jakiś nowy znak przyjaźni, które to stosowaliśmy w młodości. Uśmiechnęła się blado, po raz pierwszy od początku naszej rozmowy. Ten ruch jej warg sprawił, że mimowolnie też to uczyniłem, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. Po prostu tak na mnie działała. 
- Jak dobrze, że ty tu jesteś. Dobrze, tobie powiem. Lil to główna atrakcja piwnic Poszukiwacza, szczyci się swoją pozycją od jakichś piętnastu lat. Ale wiesz co? Teraz mnie to nie interesuje. Teraz interesujesz mnie ty. Gdybyś mnie nie znalazł, pewnie bym tam umarła. Dziękuję, Jamie.- kończąc swoje słowa moim imieniem, nagle pociągnęła mnie ręką do siebie, sycząc z bólu. A mimo to dostąpiła tego czynu. Pocałowała mnie. Biłem się z myślami, czy pocałunek odwzajemnić, jednak szybko odpowiedziało za mnie całe moje ciało. Oddałem jej pocałunek, ciesząc się tą chwilą. Konwalia zawirowała w moim nosie, czułem na swoich ustach jej spierzchnięte wargi. Nie mogłem myśleć, skoncentrowany na oddawaniu jej się w sidła tych czarnych, iskrzących oczu. Nie wiem ile czasu się całowaliśmy. Dwie sekundy, czy pięć minut - co za różnica? Ważne, że czułem się z tym okropnie. Przecież nie kochałem Agnes, a mimo to pocałunek podobał mi się wielce. Oszukałem i ją, i siebie. A ta myśl była okropna.
- Przepraszam, Agnes, ja... Ja muszę wyjść.- powiedziałem, po czym wręcz wybiegłem z sali. Drzwi trzasnęły za mną głucho, roznosząc swoje echo po korytarzu. Wyszedłem z budynku szpitalnego sprawnym krokiem i wsiadłem w kradziony samochód. Na moich ustach cały czas czułem jeszcze jej wargi, więc przetarłem się moim mankietem od marynarki. Tak, to był zdecydowanie zły wybór. Jednak co miałem, a raczej mogłem, innego zrobić?
Z głową pełną ciężkich myśli wróciłem do miejsca, gdzie Lisa została na ganku pewnego domu. Siedziała tam nadal, drżąc w chłodzie nocy. Serce zabiło mi szybciej na jej widok, jednak teraz i głowa zaczęła mnie boleć, reagując tak na miażdżące poczucie winy. Wysiadłem z samochodu, siadając koło niej. Chwyciłem ją pod ramię, kierując się tam, gdzie zostawiłem moje auto. Nie zaszczyciliśmy siebie ni słowem, nawet nie patrzyliśmy na siebie. Włożyłem jej na ramiona moją marynarkę, na co pokiwała głową z wdzięcznością. 
- Zawiozę cię teraz do posiadłości, pani Margaret musi się bardzo martwić.- spojrzała na mnie w końcu, przekrzywiając lekko głowę, jakbym bzdurzył o przenoszeniu się w czasie, czy innych takich idiotyzmach. W końcu westchnęła, zapinając swój pas. Spojrzała na drogę, oświetloną nielicznymi latarniami.
- Mama już pewnie śpi. Zresztą, to nieistotne. Czy z Agnes wszystko dobrze?- zapytała, ale jej głos był bardzo cichy, jakby była niepewna, czy chce o to pytać. Zapewne bała się, że nie udało mi się jej uratować, jednak na szczęście były to tylko błędne myśli, co przyniosło szczęście mojej duszy. Ruszyłem powoli wozem, ustawiając lusterko tak, by widzieć w nim kobietę. Ręce trzymała założone skrzyżnie, patrzyła w okno. Zmarzła widocznie, bo usta jej zsiniały.
- Tak, teraz już tak. Poza tym, że jest cała poharatana i ukradł jej motocykl, wszystko w porządku.- odparłem w końcu, będąc na ostatnim zakręcie do domu Lisy. Nie zdążyła mi już odpowiedzieć, bo wjechałem w bramę. Na podjeździe stała jednak pani Ophelia, trzymając w rękach świecę. Podbiegła do nas w szybkim tempie, ściskając finalnie Lisę.
- Tak się martwiłam, moje skarby! Cieszcie się, że powiedziałam Margaret, że rozbolał cię brzuch i chciałaś pobyć sama, moja panno. Przez twoje przewinienia zjadłam całą paczkę moich karmelków. Lepiej wracaj na paluszkach do pokoju. W ogóle, cóż to za nowa kreacja? Fakt, dobrana z gustem, jednak powinnaś odsłaniać mniej ciała. A teraz już zmykaj, kochanie.- blondynka nawet się ze mną nie pożegnała, tylko pobiegła do drzwi domu, otwierając je powoli. Zobaczyłem tylko skrawek jej spódnicy, a potem zniknęła na dobre. Spojrzałem na panią Ophelię, uśmiechając się niezręcznie. Przybliżyła świecę do mojej twarzy, by móc mi się lepiej przyjrzeć. Płomień miło okalał swoją łuną mój lewy policzek. Uśmiechnęła się delikatnie, cofając krok do tyłu.
- Przepraszam, że zabrałem Lisę na tak długi czas do miasta, jednak ona sama chciała to zrobić.- usprawiedliwiłem się szybko, czując poczucie winy. Gdyby pani Margaret wiedziała! Czułem ogromną wdzięczność do jej siostry za niewinne kłamstewko. Gdyby nie ona, dawno mógłbym już stracić moją pracę.
- Och, Jamie, Jamie. Moja droga siostrzenica nie jest już małą dziewczynką, to nie dziw, że chce wyrwać się z gniazda. Też taka byłam, oj tak. Dlatego rozumiem młodych bardzo dobrze, uwierz.- zaśmiała się melodyjnie, po czym pomachała mi dłonią, odchodząc do drzwi. Uchyliłem jeszcze głowę, odchodząc w stronę mojego samochodu. Zamknąłem bramę, otarłem figurę anioła z kurzu, strzepnąłem niepotrzebny listek z podjazdu i w końcu pojechałem do domu.
Agnes, Lisa. Lisa, Agnes. 
Poczułem dreszcz, podnosząc się gwałtownie z łóżka. Późna już była godzina, a ja byłem zajęty snem o tych dwóch kobietach. A właściwie to w tym śnie tylko powtarzały się te dwa imiona, jakby były jakimiś nocnymi zmorami. Mruknąłem niczym jakiś niedźwiedź, drapiąc się po moich włosach. Przetarłem oczy, ziewając przeciągle. Postanowiłem skorzystać z luksusu śniadania w posiadłości, bowiem nie miałem na nie czasu. Założyłem garnitur, włożyłem do kieszeni kluczyki do samochodu, a następnie wyszedłem na ulicę.
Słońce pięknie świeciło, wrzesień coraz bardziej chciał przypomnieć o swoim poprzedniku, jakim był urokliwy sierpień. Ptaki śpiewały jeszcze porannym zewem, ludzie maszerowali po ulicach, widziałem kilka samochodów na podjeździe. Jakaś dziewczynka upuściła swoją bułkę z serem na ziemię, więc wygłodniały gołąb natychmiast się nią zajął. Starszy mężczyzna z pokaźnymi bokobrodami czytał na ławce gazetę, podśpiewując sobie pod nosem. Dwa psy goniły rowerzystę, który uciekał im w zabawie. Ethrid było ranem takie piękne i spokojne. Rzuciłem gromkie "Dzień dobry!" ludziom w parku, na co odpowiedziała mi większość z nich. Wszędzie znajome twarze, wielu znałem także z imienia i nazwiska. Moja sąsiadka, pani Marie właśnie zbierała kwiaty w swoim ogrodzie, gdy ruszyłem do pracy. Pozdrowiłem ją gestem dłoni, na co odpowiedziała mi uśmiechem. Ludzie tutaj byli jakby zaczarowani sympatycznością. 
- Jamie! Herbata już dawno wystygła, a ty się lenisz. Ruszaj do pani Margaret, natychmiast!- od progu skrzyczała mnie Bridget, wciskając w ręce tacę ze śniadaniem pani. Zaśmiałem się na ten pokaz unoszenia się honorem. Pocałowałem ją w dłoń elegancko, stukając butami. Zasalutowałem zadziornie, jakbym był młodym chłopcem. Następnie odwróciłem się w stronę schodów, nie tracąc dobrego nastroju.
- Również życzę ci miłego dnia, Bridget!- rzuciłem jeszcze na odchodne, ciesząc się nadal jak głupi. Ten poranek był doprawdy idealny, bardzo się z niego cieszyłem. Powinienem być wprawdzie zamyślony, w końcu wczorajszego dnia tyle się wydarzyło. Jednak czułem, że dziś mogę dokonać wszystkiego, nawet jeśli miałoby to oznaczać zmierzenie się z kolejną zagadką. Musiałem również opowiedzieć Lisie o tym, czego dowiedziałem się od Agnes, a potem sprawdzić wymienione osoby. Najbardziej interesował mnie Bill, który to skrzywdził moją przyjaciółkę. Byłem gotowy potraktować go jeszcze gorzej niż on ją, nawet gdybym miał wtedy na głowie całą społeczność rockersów. 
Zapukałem w drzwi pani, wchodząc po chwili. Była ubrana w jedwabną, zwiewną sukienkę, a włosy jej zostały upięte w elegancki kok. Siedziała w fotelu, czytając książkę w okularach z ciemnobrązowymi oprawkami. Na mój widok uśmiechnęła się, pokazując gestem dłoni, bym postawił tacę na jej toaletce. Wyjęła z kieszeni przenośny zegarek, patrząc na jego tarczę.
- Cztery minuty spóźnienia. Tego bym się po tobie nie spodziewała, Jamie.- powiedziała surowo, zamykając czasomierz i chowając go na powrót. Spojrzała na mnie pytająco, a mi urosła gula w gardle. Nie spodziewałem się konsekwencji kilku minut spóźnienia, a teraz absolutnie nie miałem nic na swoje usprawiedliwienie. Puls mi przyspieszył, cofnąłem się o krok do drzwi, jednak nie mogłem uciec od winy. Faktycznie, zaspałem całe dwieście czterdzieści sekund, które już nigdy nie wrócą.
- Przepraszam, pani. To już się nie powtórzy i...- usłyszałem nagle śmiech pani Margaret, który całkowicie mnie uspokoił. Mogłem się domyślić, że był to jej kolejny niewinny żart, należący do tych, które to tak uwielbiała płatać pracownikom. Również się zaśmiałem, jednak o wiele krócej niż ona. Nie wypadało mi bowiem okazywać prawdziwych uczuć przy niej, jednak ten wielokrotny wybuch sylaby "ha" był dla mnie wręcz niepohamowany.
- Świetnie dałeś się nabrać, Jamie. A teraz biegnij już do Lisy, dziękuję za śniadanie.- podziękowałem za pozwolenie wyjścia, a następnie pobiegłem do pokoju pani mojego serca. Jednak nagle w mojej głowie zakotłowała się bardzo niepokojąca myśl:
Skąd Margaret wiedziała, że mam zamiar iść do jej córki?

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Za tydzień wakacje, proszę państwa, więc na (mam nadzieję) osłodę tych ostatnich, ciężkich dni przesyłam Wam nową, świeżutką, wychuchaną notkę. Jestem bardzo ciekawa, co będziecie myśleć o pocałunku z Agnes i ujawnienia tożsamości E i B. Oczywiście, piszcie o każdej Waszej refleksji w komentarzach. Wiem z doświadczenia, że ludzie posty czytają, jednak napisać komentarza nie chcą, bo nie mają na to czasu. A ja mówię - nie pędźmy tak, usiądźmy, podzielmy się myślami. Ponieważ mówię zawsze, jak Wasze odpowiedzi mnie radują, nie będę się powtarzać. Po prostu to zróbcie, dla mnie, dla siebie, dla Motyla.

Autorka 

P.S. Zagłosujcie w ankiecie w rogu, będę je zmieniała regularnie co tydzień.

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział VII "Motyl Oburzony"

Każda myśl była dla mnie wyzwaniem. Musiałem pamiętać o oddychaniu i mruganiu, przywoływać się do pionu co chwilę. A na dodatek odwracać się z bólem na stołku barowym, słuchając jednej i drugiej kobiety. Myliłem się w wątkach, mieszały mi się twarze. Miałem tego dość. Jak mogłem być tak głupi, by doprowadzić do ich spotkania? Teraz widziałem swoje błędy dokładnie. 
- Wybierasz się może na dni miasta? Mamy tam wpaść z ekipą i zrobić kilka sztuczek na naszych motorach.- uśmiechnęła się do mnie czarnowłosa, biorąc łyk piwa z wysokiej szklanki, którą opróżniła już do połowy. Zmusiłem mój mózg do działania na pełnych obrotach i skojarzyłem w końcu czym są owe dni miasta, o których to mówiła z takim entuzjazmem w oczach. Zawsze tam byłem, proszony o prezentację jakiegoś zabytku w mieście. Tak, byłem zasłużonym i szanowanym obywatelem, choć na tę opinię musiałem bardzo długo pracować. Dlatego byłem z niej tak dumny. Chwyciłem w dłoń moje ciastko zbożowe, przegryzając je powoli, słysząc nerwowy śmiech Lisy z tyłu, który był reakcją na kolejny błyskotliwy dowcip Williama, który nieprzerwanie próbował ją oczarować. Cała sytuacja była z pozoru zabawna, jednak to ja męczyłem się nią najbardziej. Spojrzałem w drżące oczy Agnes, uśmiechając się powoli.
- Przecież wiesz, że zawsze tam jestem. Tym razem też mam taki zamiar.- odparłem w końcu, zadowalając ją tymi słowami. Nie odpowiedziała mi jednak, tylko wyszła na zewnątrz pod pretekstem ciężkiego zapachu tytoniu w środku. Skorzystałem więc na tym, kontynuując rozmowę z Lisą, której najwidoczniej wizyta tutaj wcale dobrze nie robiła. Nie miałem jej do przekazania wiele, zbliżyłem się tylko do jej ucha.
- Kurs na ulicę Worth 45, panienko.- właściwie w tłoku panującym w lokalu mógłbym to wykrzyczeć, a i tak nikt by nie usłyszał. Jednak wolałem zachować tę moją ukochaną intymność, pobudzając jej zmysły do pracy na większych obrotach. Udało się. Jej skóra zadrżała, spojrzała na mnie zaskoczona, przyspieszył jej się oddech. Jednak wiedziałem, że jest szczęśliwa. Nie czekałem długo, aż pożegnała się z moim przyjacielem i wyszła przede mną z lokalu. Pozdrowiłem jeszcze barmana po raz ostatni, rzucając wartość rachunku na blat. William uśmiechnął się i wręcz rzucił się na pieniądze z błyskiem w oczach. Zawsze tak samo, od lat.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, słońce już powoli kierowało się ku pożegnaniu swojej zmiany na niebie, jednak nadal dawało piękne, delikatne światło. Rozejrzałem się dookoła, chcąc jeszcze pożegnać się z Agnes. jednak zawiodłem się. Jej motocyklu nigdzie nie było. Najwidoczniej odjechała zaraz po wyjściu. Zabolało mnie to w środku. Przecież nie chciałem jej jakkolwiek zranić. A może pognała a jakieś nowe spotkanie? W każdym razie mogła się pożegnać. Nagle zauważyłem jakiś błysk na dróżce, więc podszedłem do tego dziwnego obiektu. Rozpoznałem w nim jeden z jej pierścionków. Był wykonany ze srebra, przedstawiał dwa skrzyżowane ze sobą miecze. Włożyłem go do kieszeni, obiecując sobie oddać go jej następnym razem. W końcu to normalne, że go zgubiła przy uruchamianiu swojego pogromcy dróg, prawda? Taką miałem przynajmniej nadzieję.
Usiadłem za kierownicą, widząc Lisę koło siebie. Po raz pierwszy wsiadła sama do wozu, jednak nie miałem zamiaru tego głośno komentować. Widziałem zmianę na jej twarzy. Była zdeterminowana, gotowa do działania. Taka, jakiej jej nigdy nie znałem. Miałem wrażenie, że ta zagadka zmieni naszą dwójkę. Nie mogłem się mylić, w końcu takie rzeczy wymagają zmian od ludzi.
Ruszyłem powoli, jednak już na drugim zakręcie rozpędziłem samochód do pełni jego możliwości, aż jego silnik zaskowyczał nieprzyjemnie. Jechaliśmy jednak na spotkanie z losem. Na szczęście wiedziałem, jakiż to budynek mieści się pod tym adresem. Był to popularny klub w mieście, którego właścicielem był niejaki pan Philip West, zwany szerzej jako Poszukiwacz. Pseudonim ten wziął się od jego przenikliwego wzroku, szukającego wszędzie ideałów. Najczęściej szukał idealnych kobiet. Czemu? To wiedział każdy rodowity mieszkaniec Ethrid. Co było tak oczywiste? Jego drugi, znacznie bardziej dochodowy biznes. Był właścicielem domu uciech, mieszczącego się pod lokalem. Oczywiście nigdy nie zniżyłbym się do sprawdzenia tego miejsca, jednak na górnym piętrze bywałem okazyjnie. Po godzinach natomiast zaczynały się tam występy promujące rozległe piwnice budynku, przy których najczęściej wychodziłem ze środka. Nie dlatego, że mi się nie podobały (w końcu byłem mężczyzną, prawda?), jednak odczuwałem niesmak dla profesji tych pań. Taki kobiety nigdy nie doświadczą prawdziwej miłości, a to niezwykle smutne.
- Czemu nic nie mówisz, Jamie? Martwisz się?- z zamyślenia wyrwał mnie zatroskany głos mojej towarzyszki, która zdążyła już zmienić swój makijaż na bardziej wieczorowy, jednak została w tych samych ubraniach. Nie zdążyłem nawet zauważyć, jak się malowała, co mnie zawiodło. Musiałem się bardziej skupiać, inaczej mógłbym spowodować jakiś niechciany wypadek. Uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco. Chciałem rozwiać jej wątpliwości jak wiatr.
- Nie, po prostu myślę. Wiesz, co jest pod tym adresem, prawda?- zapytałem, chowając na chwilę wzrok pod przykrywką z okularów przeciwsłonecznych. Zdjąłem powoli marynarkę, rzucając ją na tylne siedzenie. Odpiąłem górny guzik w koszuli, zdjąłem moją muszkę. Zmierzwiłem lekko włosy, patrząc na efekt w lusterku. Powinienem jednak zmienić spodnie przed wejściem, by nie rzucać żadnych podejrzeń. W końcu mieliśmy wtopić się w tłum, a nie wyglądać jak wyrwani z innej bajki.
- Niestety wiem. Cóż, zatrzymaj się tutaj. Pójdziemy na małe zakupy.- odparła, puszczając do mnie oko. Zszokowała mnie tą telepatią, jednak nie miałem zamiaru protestować. Usłużnie zaparkowałem na podjeździe, szybko wysiadając z wozu, by otworzyć jej drzwi. Wysiadła jednak sama, znów mnie zadziwiała. Jako kobieta niezależna była tak odmienna, że aż nie mogłem uwierzyć w tak krótką przemianę.
Wybrałem dla siebie nowe jeansy, nie zmieniając jednak koszuli. W końcu mogłem ją zachować, nie była to taka speluna jak w innych klubach. Lisa natomiast wybrała coś zupełnie odmiennego niż zawsze, przyprawiając mnie o bardzo przyjemne zdziwienie.
Jej stopy były opatrzone w wysokie, intensywnie czerwone szpilki. Prawa kostka została dopełniona zaczepną srebrną bransoletką, na której wisiała zawieszka w kształcie klucza wiolinowego. Nogi przykryte czarnymi, koronkowymi rajstopami wyglądały niezwykle zmysłowo i smukło. Potem rozkloszowana, również czerwona spódnica do połowy ud, która świetnie trzymała fason podczas spaceru. Swój tors ukryła pod czarnym sweterkiem z odkrytymi ramionami, dzięki czemu widać było czerwone ramiączka jej stanika. Oczy przykryła nowymi okularami przeciwsłonecznymi z czarnymi oprawkami. Włosy spięła w idealny wręcz kok, usta doprawiła jeszcze bardziej czerwoną szminką. A ja mogłem tylko pochłaniać ją wzrokiem.
- Tak chyba będzie lepiej, nie uważasz?- zapytała, obracając się w kółko jak mała dziewczynka. Od tego ruchu jej spódnica podniosła się do poziomu miniówki (co nie ukrywając mi się spodobało). Podszedłem do niej, chwytając jej okulary. Przeniosłem jej na jej włosy, by tam zostały. jej oczy musiały zostać widoczne, ten widok powinien radować całe tłumy. Obawiałem się tylko, że teraz właśnie będziemy rzucać się w oczy jeszcze bardziej, ale analizując dokładnie ilość plusów tej sytuacji wolałem się tym nie przejmować.
- O wiele lepiej. Ba, jest pięknie. A teraz chodźmy już, to całkiem niedaleko.- chwyciłem ją jako dżentelmen pod ramię, kierując się w następną ulicę. Przeszliśmy tak dwie, spotykając wzrok przechodniów. Musieliśmy wyglądać dość nietuzinkowo, szczególnie ona. Zaśmiałem się z tej sytuacji w duchu, bowiem ta sytuacja była dla mnie tak odmienna i niespodziewana jak nigdy. W końcu ukazał nam się nowoczesny budynek, opatrzony światłami na balkonach. Już na ulicy słychać było muzykę, co oznaczało duży bankiet, który z pewnością był nam na rękę. Weszliśmy do środka, wpuszczeni bez problemu przez ochroniarza.
Ogłuszył mnie dźwięk muzyki, tak skocznej i wulgarnej. Mimo niej, ludzie wyglądali na zadowolonych. Szeroki bar w rogu, wielka sala do tańca, kanapy na uboczu. Schody na dół i na górę, wiele gości. A wśród tego zgiełku ja i Lisa, nieobeznani w tym świecie wiecznej zabawy. Usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików, natychmiast obsłużeni przez uroczą (aż nazbyt) kelnerkę, która szczerze się zdziwiła, że nie zamówiliśmy żadnego alkoholu. Mimo to po paru minutach moja herbata z cytryną i delikatna kawa Lisy stały przed nami, razem z dwoma kawałkami ciasta z kruszonką. Zamiast zabrać się do konsumpcji, dziewczyna postanowiła zacząć dialog.
- Czego właściwie tutaj będziemy szukać? Nie wiem od czego zacząć.- zapytała, przybliżając się do mnie, bym słyszał każde jej słowo. Rozejrzałem się w tłumie, nagle widząc kanapę z białej skóry, odmienną niż wszystkie inne, które były czerwone. Siedział na niej Poszukiwacz, otoczony czterema kobietami. Pod jego stopami natomiast ułożyły się dwa dobermany z obrożami ze skóry. Patrzył w tłumie na ludzi, wypatrując jak zwykle. Nigdy nie tańczył, wszyscy to wiedzieli. Wskazałem na niego dyskretnie.
- Tylko on może nam coś powiedzieć, nikt inny nie może wiedzieć czegokolwiek o twoim ojcu.- spojrzałem na dwóch ochroniarzy przy jego siedzisku, co przyprawiło mnie o mdłości. Pieniądze wszędzie. Nagle zaczęła grać muzyka wolniejsza, która przywróciła moim bębenkom pozorny spokój. Pary tańczyły więc spokojnie, a reszta zeszła na bok. Miałem nadzieję, że tak pozostanie do końca tej "uroczystości".
- Niby jak mamy z nim porozmawiać? Przecież tam są tylko te jego dziewczyny...- Lisa wzdrygnęła się z obrzydzeniem, jednak zaraz jej twarz przykrył lęk. Wiedziała już, do czego będzie musiała się posunąć, by wyciągnąć z niego jakieś informacje. Spojrzała na mnie błagalnie, jednak nic nie mogłem na to poradzić. Musiałem tylko powierzyć nasze szczęście jej wdziękom. Wstała cicho, ruszając na parkiet. Natychmiast zgłosił się do niej jakiś pozorny adorator, którego miałem ochotę rozszarpać. Nikt nie zasługiwał na taniec z taką kobietą. To miał być bez wątpienia mój najgorszy wieczór. Zaczęli wolny taniec, jednak w tym momencie muzyka się zmieniła. Nie znałem tego utworu, jednak słyszałem w niej piękny dźwięk saksofonu, delikatny, ale i pobudzający zmysły. Mężczyzna odszedł więc od Lisy, a ta wzięła sprawy w swoje ręce, a raczej całe ciało. Stanęła w przerzedzonym miejscu na parkiecie, zaczynając swój taniec. Był świetnie dobrany do muzyki, pokazywała każdy swój atut. Mimo jej pozornie śmiałej miny widziałem w jej oczach wielki wstyd i zażenowanie, przez co jej współczułem. Jednak udało się. Niedługo podszedł do niej ochroniarz Philipa, pokazując jej docelowe miejsce. Uśmiechnęła się wymuszenie, podchodząc do mężczyzny. Usiadła koło niego, zostając natychmiast przytulona, przez co ledwo powstrzymałem chęć wstania z mojego miejsca i uderzenia go prosto w jego orli nos. Rozmawiali niedługo bez żadnych gestów, jednak najwidoczniej znudziło mu się to po chwili. Przybliżył jej głowę do swojej piersi, kładąc ją tak bezwładnie. Następne objęcie w talii, zabawa kosmykami jej blond włosów. Stary zboczeniec bawił się nią w najlepsze, rozmawiając dalej. W końcu sięgnął po kieliszek, wypuszczając ją na chwilę. Po przełknięciu alkoholu ośmielił się do powolnej zabawy jej ramiączkiem, opuszczając je w końcu z ramienia,  przez co Lisa natychmiast wstała jak oparzona, unosząc ku niemu środkowy palec. Uderzyła go szybko w twarz, wybiegając z budynku. Natychmiast ruszyłem za nią, doganiając dopiero na zakręcie.
- Przepraszam, Liso. Jak mogłem się na to zgodzić? Już nigdy nie pozwolę, by cię tak traktowali.- powiedziałem, czując jak rzuca mi się w ramiona. Usiedliśmy na schodach jakiegoś domu, a ona drżała w płaczu. Tak bardzo było mi za siebie wstyd. Wycierałem regularnie jej łzy swoją chustą, jednak to nie pomagało. To było stanowczo za dużo zarówno dla niej, jak i dla mnie. Otworzyła swoją torebkę drżącą ręką, wyciągając z niej niebieski kalendarzyk z roku 1951. Rzuciła mi go na kolana, znów wybuchając płaczem. Mogłem tylko gładzić ją po plecach, czekając aż nastąpi w niej spokój na tyle duży, że będzie mogła coś powiedzieć.
- To nie twoja wina, Jamie...  To był mój pomysł... Tylko... To mnie uraziło... A ten dziennik wydobyłam z kieszeni jego spodni.- powiedziała odsuwając się w końcu ode mnie. Wyglądała tak mizernie jakby zaraz miała się rozpaść. Poprzysiągłem sobie, że jeszcze Philip za to zapłaci, jednak to nie był ten dzień. Otworzyłem w końcu książeczkę. Każdy dzień miał swoją notatkę, więc chciałem jak najszybciej je przeczytać, by jakoś odwrócić jej uwagę od wydarzeń z przed chwili. jak mogłem się tak zachować? Trafiłem na notkę z 17 listopada, czyli dzień przed śmiercią ojca Lisy. "Odwiedził mnie dziś Edward. Myślałem, że jak zwykle chciał zejść do piwnicy, jednak okazało się na zupełnie inaczej. Chce mnie wciągnąć w jakieś spotkanie dotyczące E i B. Nigdy ich nie wypuszczę, szczególnie B. Zależy mi na nim, ma wiele informacji. Jego dziewczyna jest tylko przykrywką. Nie zgodzę się na odebranie mi ich. Przenoszę ich jutro na Owena 64, tam nikt ich nie znajdzie do śmierci." Zdziwiło mnie, że wszyscy tak łatwo zostawiali nam adresy, jednak nie miałem zamiaru na to narzekać. Zamiast komentowania tekstu przewróciłem stronę na datę śmierci ojca Lisy. "Koniec Edwarda, koniec problemów. E i B przeniesieni. Jutro spotkanie z Lilith w kryjówce. Dawno jej nie widziałem." Poczułem znaczny niedosyt informacji, jednak nie miałem zamiaru nic już dzisiaj robić. Chciałem tylko wrócić do domu i zasnąć. A jednak czułem, że to nie koniec tej nocy.
- Pojedziemy pod ten adres, nie martw się. Jednak nie dziś, za dużo nam przeżyć. Szczególnie tobie... Przepraszam.- odwróciłem wzrok, wkładając notatki Philipa ponownie do torebki kobiety. Czułem szczere wyrzuty sumienia, dlatego musiałem jakoś jej to wynagrodzić. Nagle na ziemię wyleciał mi pierścionek Agnes, odbijając się o ulicę. Poszedłem po niego, wkładając znów do kieszeni spodni. nie mogłem o nim zapomnieć, jednak musiałem przyznać, że się martwiłem. Agnes nie miała w zwyczaju gubić swojej rzeczy, a pierścionki były dla niej świętością. Zauważyłaby jego brak. Gdzieś w głębi duszy się o nią martwiłem, nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało.
Nadeszło potwierdzenie moich słów. Usłyszałem głośny krzyk "Pomocy!". Był bardzo cienki, chrypliwy, ale nadal należał do czarnowłosej. Dobiegał z prawej strony, zapewne zza zakrętu. Lisa również go poznała, wstając szybko. Pognaliśmy w następną ulicę, a moje serce biło niespokojnie. Kto śmiał skrzywdzić Agnes?
Nieważne , ważne że powinien jak najszybciej się przede mną schować. 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak, tak. Wróciłam. Powinnam właściwie przeprosić, jednak w tej dziedzinie jestem znacznie gorsza niż w powitaniach. Prawda jest jednak taka, że cały czas tu byłam, tylko nie pisałam. Nie miałam weny, ochoty, czasu. Ale dzisiaj powiedziałam sobie: "Czas się ruszyć i to dokończyć moja panno" i udało się. Powstał rozdział VII tej powieści. Nie jestem w sumie pewna, czy ktokolwiek to jeszcze przeczyta, jednak mam nadzieję, że ktoś został. Bo oto złożyłam sobie obietnicę. Jeden rozdział na dwa tygodnie, w weekendy. Jeśli się nie będą pojawiać, natychmiast mnie upominajcie, wtedy poniosę jakąś karę (plus tysiąc słów w nowym rozdziale czy coś takiego). To powinno mnie zmotywować, bo przecież nie chcę stąd odchodzić tak szybko. Miłego lata (co prawda nie kalendarzowego), moi drodzy. Mam nadzieję, że jednak napiszecie te komentarze, których tak potrzebuję do szczęścia (serio, ja się wręcz nimi żywię). Także cóż, dziękuję Wam za wszystko,

Autorka