środa, 29 kwietnia 2015

Rozdział VI "Motyl Rozdarty"

Odruchowo zbliżyłem się do człowieka, zasłaniając Lisę swoim ciałem. Co prawda ów mężczyzna chyba nie miał broni, ale wolałem zachować ostrożność. Spojrzałem na niego w końcu szczegółowo. Był ode mnie niewiele niższy, ale o wiele grubszy. Był ubrany w szary garnitur, a na jego nadgarstku błyszczał wielki złoty zegarek. Na szyi miał zawieszony jakiś dziwny rzemyk, ale przywieszkę miał pod kołnierzem białej koszuli. Miał krótko przycięte ciemnobrązowe włosy i szare oczy, które od zmarszczek złości były teraz wręcz niewidoczne. 
- Wiem, że zrobiliśmy źle, jednak proszę zrozumieć, że musieliśmy się czegoś dowiedzieć...- zacząłem monolog obronny, jednak ten przerwał mi, unosząc swoją wielką dłoń ostrzegawczo. Widząc, że umilkłem na ten ruch uśmiechnął się tryumfalnie, jednak zaraz wrócił do swojej miny przywodzącej na myśl dorosłego buldoga. To skojarzenie normalnie wywołałoby u mnie śmiech, ale nie miałem jakoś do tego nastroju. 
- Słuchaj mnie, ty ludzka wywłoko. Włamujesz się na moją posesję, wchodzisz sobie bez pozwolenia do mojego składziku i jeszcze przeszukujesz mój dobytek?! Nauczysz się jeszcze dobrego wychowania!- w tym momencie złapał mnie za materiał mojego kołnierza i przyciągnął do siebie, dając mi z pięści w twarz. Poczułem, jak piecze mnie policzek, ale wolałem nie sprawdzać swojego stanu. Nigdy nie lubiłem stosować przemocy, tym bardziej, że ów człowiek miał rację, bądź co bądź. Przecież byłem teraz zwykłym włamywaczem, czego wcześniej nawet nie zauważyłem. Odwróciłem się na chwilę, by spojrzeć na Lisę, która tylko patrzyła na scenę z przestrachem na twarzy. Nie mogłem pozwolić sobie na takie traktowanie. Chciałem przecież wszystko udowodnić i załatwić tę sprawę po dobroci, ale najwidoczniej właściciel budynku nie miał takich zamiarów, więc bezceremonialnie zamachnąłem się z całą mocą i również go uderzyłem. 
Zachwiał się lekko na nogach, jednak nie upadł na ziemię. Nie chciałem pobić go do nieprzytomności, tylko pokazać, że nie mam zamiaru stać grzecznie jak tresowany pudel. Wyjąłem białą chustkę z kieszeni i przetarłem sobie policzek, a następnie dłoń, którą to zadałem cios. Taki ruch najwidoczniej zadziałał na niego jak czerwona płachta torreadora na byka, bo rzucił się na mnie szybko, zaczynając kopać i bić praktycznie na ślepo. Nie miałem ochoty mu oddawać, ale sytuacja mnie do tego zmusiła. Po raz pierwszy od kilku lat wdałem się w prawdziwą bójkę. Ostatecznie jednak nikt nie wygrał, bo Lisa podbiegła do mojego przeciwnika i uderzyła go z całej siły obcasem w głowę, co spowodowało o wiele większy ból niż ten zadawany przeze mnie. Spojrzałem na nią zdziwiony, wydostając się spod cielska mężczyzny.
- Błagam, przestańcie! Przepraszam pana za to zachowanie, jednak spróbuję to panu jakoś wynagrodzić, w końcu trochę pieniędzy to nie problem. Wiem, że złamaliśmy prawo, ale musi pan uwierzyć, że nie mieliśmy złych intencji. Chodzi tu o mojego ojca, Edwarda Clainar, który zostawił ów adres...- w tym momencie człowiek wstał z ziemi, otrzepując swoje ubranie. Podszedł do kobiety, więc chciałem szybko zareagować, ale ten mnie uprzedził. Uchylił się i pocałował ją w dłoń. Krew się we mnie zagotowała, gdy zobaczyłem taki obrazek. Jak on tymi plugawymi ustami śmiał muskać jej delikatne ręce, do których powinni mieć prawo tylko najlepsi dżentelmeni?! Chętnie teraz uderzyłbym go ponownie, jednak musiałem się od tego powstrzymać.
- Nie wiedziałem, że jest pani córką Edwarda, naprawdę. Panienka Lisa, nieprawdaż? Przepraszam za moje zachowanie, może pani wstąpi do mnie na chwilę? Oczywiście ten karaluch też może z nami podążyć, jeśli sobie panienka tego życzy.- skłonił się nisko, chwytając ją pod rękę. Ja karaluchem, ot co. Jego przemiana z szarżującego nosorożca w potulnego baranka wcale mi się nie podobała, coś tu było nie tak. Postanowiłem jednak na razie nie zwracać na to uwagi, tylko podążyłem cicho za nimi do jego domu. 
Siedziałem przy okrągłym stole w jadalni, pijąc zrobioną przed chwilą bawarkę. Smakowała obrzydliwie, ale może to tylko przez człowieka, który ją przygotował. Na paterze leżały różnego rodzaje ciastka, jednak nie spróbowałem ni jednego. Mogły być przecież zatrute, a ja nie miałem ochoty na takie incydenty. Obok słodyczy stała mała cukierniczka z porcelany, jednak słodkich kryształków nie dało się tam dojrzeć.
- Mówi pani, że Edward zostawił mój adres w swoim pamiętniku? Niemożliwe, że też nie zapomniał o naszym starym biznesie. Widzi pani, prowadziliśmy kiedyś wspólny interes, jednak to stare dzieje. Szkoda, że biedak umarł tak młodo, to musiał być dla pani wielki cios.- powiedział, niby to przypadkiem muskając jej dłoń. Rzuciłem mu spojrzenie ostrzegawcze, jednak ten nie zwracał na mnie uwagi, flirtując z obiektem (o ile tę cudną istotę można było nazwać rzeczą) moich westchnień. Nie ufałem mu i wcale nie miałem zamiaru tego zrobić, nawet za tysiąc lat.
Rozmawiali sobie dość długo, praktycznie nie dopuszczając mnie do słowa. Czas bardzo mi się więc dłużył, jednak znosiłem cicho te tortury. John (bo tak miał na imię) cały czas stosował swoje zaloty, nie zwracając w ogóle uwagi na opór ze strony Lisy. W końcu jednak wybiła godzina czternasta, ogłaszając swe nadejście biciem dzwonów kościelnych. Panienka zerwała się z miejsca, wyrywając z rytmu swego zalotnika.
- Przepraszam, jednak jestem umówiona za piętnaście minut, więc muszę już odejść. Jeszcze raz przepraszam za nasze zachowanie.- powiedziała, uśmiechając się do człowieka, który odpowiedział jej skinięciem głowy. Żegnał ją chyba w nieskończoność, jednak wreszcie wyszliśmy z tego okropnego miejsca, a ja postanowiłem, że już nigdy tam nie wrócę. Poczułem wolność wsiadając do mojego samochodu. Oparłem się jeszcze pokusie splunięcia w stronę posiadłości mężczyzny, jednak maniery mi na to nie pozwoliły. Ruszyłem powoli, słysząc głośny skowyt silnika. 
- Dokąd jedziesz? Nic mi nie wiadomo o żadnym spotkaniu.- powiedziałem w końcu, zatrzymując się w jakiejś wąskiej uliczce. Lisa przekrzywiła filuternie swój kapelusz i uśmiechnęła się do mnie, co niezbyt zrozumiałem. W końcu nie tak reaguje się na oczywiste pytanie, prawda? A może uderzył ją podczas mojego wyjścia do łazienki i przez to straciła rozum?
- To było kłamstwo, Jamie. Nie miałam ochoty dłużej siedzieć w obecności tego okropnego mężczyzny. Serce waliło mi jak oszalałe gdy zaczęliście się bić, myślałam że cię zabije! Chociaż wykorzystałam to całkiem dobrze, zobacz.- powiedziała, otwierając swoją czarną torebkę ze skóry. Wyjęła z niej pamiętnik ojca i zaczęła szukać między kartkami, wyciągając wreszcie jakiś pomarszczony papier. Rozwinęła go szybko, a ja zobaczyłem napis: "Do zapamiętania, nie ufać Johnowi. E i B przeniesiono na ul. Worth 45. Boję się o matkę, zaczyna coś podejrzewać. Muszę szybko umrzeć, albo jeszcze szybciej kogoś zabić." 
Mimo poważności tej wiadomości, miałem mieszane uczucia. Po pierwsze, odczuwałem szczęście z dwóch powodów: po pierwsze, miałem nosa do Johna, a po drugie Lisa wcale nie była chętna do miłosnych przygód z ów mężczyzną, dzięki Bogu. Następnym uczuciem było coś między strachem a adrenaliną, w każdym razie to coś pobudzało mnie do działania i czułem się jak prawdziwy stróż prawa czy inny detektyw. Chciałem odkryć tajemnicę jak najszybciej, ale widocznie czekało mnie jeszcze wiele etapów i historii do przeżycia. W dodatku był to dopiero początek, a ja już zostałem poturbowany jak nigdy. Nie chciałem wplątywać się w żadne kryminalne historie, ale z drugiej strony coś mnie do nich ciągnęło.
- Pojedziemy tam kiedy indziej, dobrze? Ja mam na dziś dosyć wrażeń...- powiedziałem, przyglądając się w lusterku mojemu iście opłakanemu stanowi. Miałem czerwone ślady na twarzy i strasznie potargane włosy, a na dodatek przetarł mi się rękaw od marynarki. Same problemy, ale teraz nic nie mogłem na to zaradzić. Dziewczyna skinęła w końcu głową, niechętnie zamykając torbę. Najwidoczniej wolała załatwić tę sprawę jak najszybciej, jednak ja nie miałem ochoty na kolejne guzy. Korzystając z okazji wyjęła z kosmetyczki pomadkę o intensywnie różowym kolorze, przywodzącym na myśl gumę balonową z najlepszej cukierni w miasteczku. Odnalazła małe lusterko w głębi swojego "skarbca" i zaczęła powoli malować swoje pełne usta, przybierając rożne miny. Kiedy zauważyła mój wzrok w odbiciu zarumieniła się i zaśmiała uroczo. Najwidoczniej było jej wstyd, że przyłapałem ją na tak zabawnej scenie. Przedstawicielki płci pięknej zawsze fascynowały mnie swymi reakcjami na różne bodźce. Fascynowała mnie ich wrażliwość, bliskość i zaradność, których to nigdy nie potrafiłem osiągnąć. Kobiety trzeba odkrywać powoli, po warstwie. Czasem trzeba na to lat, czasem jest to kwestia zaledwie kilku tygodni. Kiedy już się jednak którąś pozna, nadal nie można być niczego pewnym. Jedyne, co wiemy to to, że nigdy nie można się zawieść.
Po wymienieniu jeszcze kilku zdań stwierdziliśmy, że pojedziemy do baru Williama by przywrócić sobie jako taki stan bycia. Oczywiście, że to miejsce nie było godne panienki, powinienem ją nosić na rękach zresztą i w kryształowym pałacu, ale tym razem nie miałem wyjścia. Tylko w tym miejscu nikt nie będzie mnie o nic podejrzewał, przynajmniej nie jawnie. Uśmiechnąłem się na tę myśl i ruszyłem powoli.
Na skrzyżowaniu dostrzegłem czarny motocykl, który poznałbym wszędzie. Raczej nie ze względu na jego szczególne wdzięki czy coś ekstrawaganckiego, skądże. Znałem jednak jego właścicielkę bardzo dobrze. Nie miałem wątpliwości że Agnes również zmierza do tego samego lokalu. Na początek ucieszyłem się na tę myśl, ale potem poczułem gulę w gardle. Przecież te dwie panie kompletnie się nie znały! Co sobie pomyśli o mnie Lisa, jeśli zobaczy że zadaję się z członkinią rockersów? Z drugiej strony jakie zdanie będzie miała o mnie Agnes, jeśli zobaczy mnie z istotą z dobrego domu? Na dodatek osobie, której to co dzień służyłem? Dwóch rzeczy mogłem być pewny. Po pierwsze, w kuchni zabrakło dziś rano groszku. A po drugie i moja przyjaciółka, i moja miłość nie będą zadowolone z tego spotkania.
Obie były zupełnie inne. Nie dość, że różniły się charakterem, to jeszcze wyglądem. Agnes, odziana w różne skóry i ciemne jeansy, z pierścieniami i bandanami na rękach budziła zazwyczaj negatywne odczucia. Często nonszalancko żuła gumę, robiąc wokół siebie otoczkę typowej niegrzecznej dziewczyny. Miała duże, czarne oczy, które często kryła pod okularami przeciwsłonecznymi. Jej włosy również były tego najsmutniejszego koloru świata, na dodatek miały wręcz fioletowy połysk. Tak, zdecydowanie nadawała się na rockerkę.
Lisa, lubująca się w bawełnianych bluzeczkach i rozkloszowanych spódniczkach z kaszmiru wyglądała jak obrazek do hasła "ułożona dama" w słowniku. Zawsze nienaganny strój, pięknie upięte włosy. Nieziemski uśmiech na alabastrowej cerze i te cudne cynamonowe oczy, tak typowe dla rodziny Clainar. Jej włosy do połowy odcinka piersiowego kręgosłupa odznaczały się cudnym kolorem wyrazistego blondu. Świetna postawa, ruch zawsze z przypisaną sobie wręcz gracją.
Moja przyjaciółka miała wybuchowy charakter, była nieustraszona. Często patrzyłem na nią z nieudawanym podziwem. Widziałem jak z łatwością wypowiada swoje prawdziwe zdanie, jak nie boi się ludzi pozornie silniejszych i ważniejszych od niej. Liczyła się właściwie tylko ze sobą, czasem nawet była egoistyczna. W swoim życiu nigdy nie znalazła miejsca na kłamstwa i zwykłe błahostki życia. Zmieniała się często, lubiła nowości. Zawsze jednak była sobą. Zawsze potrafiła odnaleźć właściwe rozwiązanie dzięki swej determinacji i ambicji. Miała cięty język, ale potrafiła wypowiadać się naprawdę pięknie i poetycko. Nienawidziła ludzi kłamliwych i na siłę spełniających wolę innych. Dziewczyna jak lew. Odważna i szczera.
Lisa natomiast była od dziecka uczona potrzebnych wzorców, wiedziała jak ma się zachowywać przy każdej osobie ze swojego otoczenia. Nie zawsze było tak, jak podpowiadał jej rozum, ale dla dobra jej rodziny musiała sprzeciwiać się swoim myślom i słuchać innych. Była zawsze aż nazbyt miła i potulna, a przy tym tak radosna i beztroska jak dziecko, że aż nie chciało się w to wierzyć. Jednak ja znałem ją o wiele lepiej niż większość ludzi i wiedziałem, że pod tą maską radości skrywa się wielki ból rozdzierający jej serce. Pewnego dnia ujrzałem jak płakała. Łzy spływające jej po policzkach zmywały tę imitację szczęśliwej i grzecznej dziewczynki. Stawała się bezsilna, potrzebująca. A ja czułem się w obowiązku jej pomóc. Kobieta jak królik. Urocza, ale i krucha.
- A ty co Jamie, robisz za szofera?- zaśmiała się kobieta, widząc jak otwieram drzwi od samochodu Lisie. Uśmiechnąłem się do niej serdecznie na powitanie, chwilę później zostając pochłonięty w uścisku. Poczułem twardą skórę jej kurtki, jednak nie było mi dane długo się nim raczyć, bo zaraz się ode mnie odsunęła. W końcu był to tylko przyjacielski uścisk, jak zawsze. Postanowiłem wymazać tę sytuację z pamięci Lisy i przedstawić sobie panie.
- Liso, to Agnes Tenye, moja przyjaciółka. Agnes, to Lisa Clainar, moja...- zająknąłem się. To wbrew pozorom nie było takie proste pytanie. Nie wiedziałem kim dla mnie była. Ukochaną, fakt. Ale czy mogłem nazwać ją przyjaciółką? Była moją pracodawczynią, co teraz bolało najbardziej. Na szczęście kobiety po prostu podały sobie dłonie, nie zwracając uwagi na moją niedokończoną kwestię. Tak jak myślałem, w ich oczach widziałem niezadowolenie względem drugiej. Zaproponowałem więc wejście do lokalu, by rozluźnić trochę tę atmosferę. Zresztą, czego mogłem się po tym spotkaniu spodziewać?
- O, Jamie! Widzę, że przyprowadziłeś ze sobą panie, co? Coś niezbyt wyglądasz, biłeś się? Ty, taki grzeczny i ułożony chłopczyk, no nie wierzę!- powitał mnie swoim barytonem William, czyszcząc kufel do piwa błękitną chustą. Wskazał mi łazienkę, choć sam doskonale wiedziałem gdzie mam jej szukać. Mój przyjaciel najwidoczniej chciał wykazać się kulturą przed Lisą, której jeszcze nie poznał w swoim życiu. Owszem, wiedział że jest moją miłością, ale jakoś nie przeszkadzało mu to w próbie walki o jej względy. Niestety, musiał obejść się smakiem. Tej kobiety nie da się "zdobyć" w jeden wieczór.
- Masz bardzo, fm, interesujących przyjaciół.- powiedziała Lisa, skraplając twarz wodą. Uśmiechnąłem się do niej niezręcznie, czując że było to raczej zażalenie niż pochwała. Podałem jej torebkę i zapiąłem starannie dwa guziki od mojego mankietu. Podziękowała mi, wyjmując z niej pamiętnik ojca. Spojrzała na kartkę ze znalezionym przez nas adresem i westchnęła. Podszedłem do niej i oparłem się o umywalkę.
- Chciałabyś tam jechać, prawda? Zabiorę cię tam, obiecuję.- powiedziałem głuchym głosem, czując nacisk tych słów na moje życie. Prawda była taka, że dla niej zrobił bym wszystko. Dla Agnes zresztą też, w końcu nie raz ryzykowaliśmy dla siebie życie. Darzyłem te dwie kobiety niespotykanymi uczuciami, choć tak odmiennymi. A jednak te dwie więzi były dla mnie najważniejsze w całym życiu.
- Dziękuję, Jamie. Powiedz mi jeszcze... Czy ta Agnes to naprawdę tylko przyjaciółka?- powiedziała, patrząc na mnie tym swoim spojrzeniem pełnym bólu, któremu nie potrafiłem się oprzeć. Magnetyzowało mnie, kazało zbliżać się niebezpiecznie, działało jak lep na muchy albo światło na ćmy. Wspominałem nie raz, że miała piękne oczy. A kiedy tak krzyżowała ze mną spojrzenie, wtedy... Wtedy były najpiękniejsze.
- Chodźcie, nie mamy całego dnia. Chyba już starczy wam tego strojenia się, prawda?- do łazienki nagle wpadła Agnes, jakby słyszała że o niej mówiliśmy. Przytaknąłem tylko cicho, wychodząc z pomieszczenia. Usiadłem na stołku przy barze, biorąc się za moją lemoniadę, którą zamówiłem wcześniej. Nadal w uszach brzmiało mi pytanie Lisy. Dlaczego chciała mieć pewność do stosunków między mną a Agnes?

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Bardzo przepraszam za tak długi czas oczekiwania na ten rozdział, ale starałam się by był dobrym wynagrodzeniem tego czasu oczekiwania na niego. Czy coś z tego wyszło? Dowiem się od Was, w komentarzach. Tym samym proszę o głosowanie w ankiecie na pewien (mam nadzieję) ciekawy temat. Tak, jako dodatkowe wynagrodzenie za ten czas. Dziękuję za przeczytanie,

Autorka

czwartek, 9 kwietnia 2015

Rozdział V "Motyl Tropiący"

Obudziłem się około trzeciej w nocy, czując mrowienie w lewej ręce. Uniosłem się z głośnym ziewnięciem z mojego łóżka, przecierając leniwie oczy. Zapaliłem małą lampkę na stoliku nocnym i rozejrzałem się po mojej sypialni. Słabe światło sprawiało, że chciałem znów zasnąć, ale nie miałem na to czasu. W końcu spałem tak od godziny osiemnastej, co było właściwie niedopuszczalne. 
Ostatni raz żegnając się z odmętami mojej bladoniebieskiej pościeli zsunąłem się na podłogę z głośnym trzaskiem. Powłócząc nogami dotarłem do łazienki by przemyć sobie twarz zimną wodą na rozbudzenie. Krople spływały po mojej skórze, kilka z nich wleciało mi za lekko przetartą koszulkę, wywołując drobne dreszcze. Spojrzałem w lustro, widząc w nim tego samego człowieka co zazwyczaj. Westchnąłem cicho, wymierzając sobie siarczysty policzek. Nie chciałem się okaleczyć, lecz przywołać do pionu. Wczoraj nie umyłem się ani nic szczególnego nie zjadłem, więc teraz musiałem wyrównać ten rachunek.
Po długiej kąpieli postanowiłem ugotować coś na śniadanie, mimo że była dopiero czwarta rano. Zdecydowałem się na standardową jajecznicę z dodatkiem szczypiorku i ostatnio zakupionym bekonem. Roztapiając masło na patelni pokroiłem zielone źdźbła rośliny na malutkie kawałki, tak samo postępując z mięsem. Szybko przysmażyłem składniki na tłuszczu i wbiłem do dania dwa jajka. Pogwizdywałem sobie wesoło, ściągając patelnię z ognia. 
- Dzień dobry, Jamie!- usłyszałem nagle głos tuż przy moim uchu, więc zadrżałem, upuszczając naczynie na podłogę, w wyniku czego moje pyszne śniadanie skończyło marnie na kuchennych kafelkach. Nie powiem, że wywołało to u mnie radość. Odwróciłem się do osoby, która wkroczyła do mojego mieszkania i przeszkodziła mi w porannym rytuale, by przemówić jej trochę do rozsądku, jednak zaraz się rozpogodziłem. Jednak nie pomyliłem się co do normalnego głosu Agnes. Tym razem nie była pod wpływem swoich niezbyt miłych kolegów, więc zachowywała się jak ta dobrze znana mi dziewczyna sprzed lat.
- Witaj, Agnes. Dziękuję za usunięcie zbędnych kalorii z mojego życia.- powiedziałem z sarkazmem, zabierając się za sprzątanie. Kobieta ukucnęła przy mnie, jednak nieśpieszno było jej do pomocy. Usiadła pod moją szafką, prostując swoje niezwykle długie nogi. Spojrzałem na jej dłonie, widząc czarne paznokcie i pierścionki na prawie każdym palcu. Zmieniła swój strój nawet w nocy, co było dla mnie dość dziwnym zjawiskiem. Wyrzuciłem resztki mojego śniadania i wstałem, by przygotować kolejną porcję, tym razem podwójną. Nie robiłem jednak teraz tego z taką pasją, tylko od niechcenia.
- A już miałam ci życzyć smacznego. Chciałam tylko powiedzieć, że twój wóz nadal grzecznie stoi sobie na podjeździe lokalu Williama. Możesz zjeść sam, dziękuję. Do kiedyś.- westchnęła, machając mi dłonią na pożegnanie. Potem sprawnie wybiegła z kuchni, zostawiając mnie z talerzem gorącej jajecznicy w dłoniach. Położyłem danie na stół, uważając tym razem na wszelkie niespodzianki i podszedłem do okna. Zobaczyłem jeszcze Agnes, która właśnie ruszała na swoim motocyklu BMW R 50, jej największej chlubie. Czy przyszła do mojego domu tylko po to by powiedzieć mi taką zwykłą rzecz, właściwie to całkiem spodziewaną? Jej wizyta nie miała według mnie zbytniego sensu, ale mogłem tylko sobie o tym myśleć i wzruszyć ramionami. Gdy znikała za rogiem uśmiechnąłem się tylko bezsensownie i zabrałem się w końcu do mojego śniadania.
Nadeszła godzina siódma trzydzieści, więc wyszedłem z domu, zamykając go na klucz. Było dziś nieco cieplej niż wczoraj, ale nie to było najważniejsze. Biegłem do mojego samochodu, modląc się by nocne zimno nie wpłynęło na uruchomienie machiny. Gdy zobaczyłem go w takim samym stanie jak wczoraj westchnąłem z ulgą. Agnes mówiła prawdę. Ciekawe gdzie się podziewała? Zapewne znów spędzała czas z swoimi znajomymi albo walczyła z kwestiami edukacji lub kariery.
Gdy dojechałem do posiadłości od razu przypomniałem sobie o tym, że nawet nie miałem czasu na porządne zastanowienie się nad sprawą ojca Lisy. Pokręciłem głową z dezaprobatą dla mojej osoby. Miałem tyle czasu, a zupełnie nie przygotowałem się do służby, niczym największy głupiec tego świata. Mogłem sobie tylko wyobrażać co Lisa sobie pomyśli o mojej niekompetencji.
Kiedy wszedłem do posiadłości od razu przygotowałem się do pracy najlepiej jak mogłem, by chociaż pozornie wyjść na człowieka obytego z manierami. Musiałem iść do pokoju pani Margaret, by ją przywitać i spełnić poranne życzenie, jakim zazwyczaj była herbata. Szedłem szybko po schodach z dzisiejszą gazetą zakupioną przez Bridget, która to była dzisiaj odpowiedzialna za naszego gościa w postaci pani Ophelii. Stanąłem przed drzwiami pokoju, pukając trzykrotnie (który to już raz w moim życiu?) i wszedłem po usłyszeniu tego magicznego słowa z ust mojej pracodawczyni.
- Dzień dobry, Jamie. Dzień jest dziś wyjątkowo piękny, nieprawdaż? Aż ma się ochotę na filiżankę herbaty z hibiskusa.- uśmiechnęła się do mnie ciepło, nakładając okulary na nos. Podałem jej gazetę i wyszedłem na korytarz, by tam polecić Jamesowi dokończenie mojej pracy. Sam natomiast z duszą na ramieniu popędziłem jak młoda łania do pokoju Lisy.
Jak zwykle wyglądała pięknie, niemożliwym byłoby temu zaprzeczyć. Swoje blond kosmyki związała w kok, który obwiązała różową wstążką w czarne kropki. Miała dzisiaj sukienkę wyglądającą wzorem i kolorami bardzo podobnie jak ozdoba na włosach. Na to nałożyła obcisłą kamizelkę z ciemnego jeansu, która uwydatniała jej kształty. Panienka była szczupła, nawet bardzo, ale i tak zachowywała piękną talię osy, której to nie mogło się nadziwić bardzo wiele osób. Makijaż miała dzisiaj dość delikatny, chociaż usta naznaczone zostały szminką o barwie dojrzałej wiśni. Założyła czarne, skórkowe baletki na swoje dość małe stopy z filuternymi kokardkami w miejscu okrycia palców. Nie miała wiele biżuterii, tylko dwa karmazynowe kolczyki w uszach, zresztą bardzo małe.
Na mój widok wstała szybko z miejsca i podbiegła, prawie wpadając na mnie w popędzie. Uśmiechnąłem się do niej, jednak ta miała poważną minę, która niezbyt mi się spodobała. Jej oczy jednak aż świeciły od podekscytowania. Czyżby ta kryminalna zagadka sprawiała jej przyjemność? Nie, trudno było mi w taki zarzut uwierzyć, doprawdy niemożliwe.
- Przeszukałam w nocy mnóstwo książek z biblioteki i zgadnij co znalazłam...- tu zrobiła specjalnie bardzo dramatyczną przerwę, podczas której musiałem walczyć z wybuchem śmiechu- Pamiętnik mojego ojca! Był ukryty za jedną warstwą książek, miałam szczęście. Czekałam aż przyjdziesz, byśmy otworzyli go razem.- powiedziała, kładąc mi na dłonie pamiętnik w oprawie z czarnej skóry. Na górze był dość krzywo wypalony napis "Własność Edwarda Clainar, nie dotykać!", który musiał powstać gdy pan domu był jeszcze dość młodym chłopcem. Dziennik miał zakładkę z ciemnozielonej wstążki i wiele powyginanych w cztery strony świata kartek.
Usiedliśmy z Lisą na jej łóżku (na którym to w życiu nie wolno mi było spocząć, więc potraktowałem to jako wyjątkowy przywilej) i położyliśmy sobie księgę na kolanach. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie jeśli to ona otworzy te drzwi do tajemnicy, w końcu dotyczyły jej ojca. Panienka przymknęła oczy, a ja odruchowo pomyślałem o Agnes. Moja przyjaciółka bowiem zawsze zamykała powieki gdy słyszała strzał lub wybuch, przed tym nie potrafiła uciec. Paraliżował ją strach i wiele razy musiałem ją odciągać od niebezpieczeństwa. Uratowałem jej życie tak wiele razy... Pokręciłem głową odganiając te złe wspomnienia i spojrzałem na ręce Lisy, które były już przy okładce. Otwierała książkę jakby z czcią i strachem jednocześnie, palce lekko jej się trzęsły. Otworzyła pamiętnik na zaznaczonej wstążką stronie, a wtedy ukazał nam się tylko jeden krótki napis o treści: "B. Larry, ul. Growback 28".
- Najwidoczniej było to jakieś ważne spotkanie, skoro zostawił je na pustej stronie.- stwierdziłem, patrząc na napis. Czułem nierówny oddech Lisy, więc odruchowo zwróciłem ku niej głowę, by odpowiednio zareagować, przykładowo łapiąc ją gdyby miała bezwładnie upaść na pościel. Tak się jednak nie stało, jej mina była zupełnie inna. Fakt, była bardzo przestraszona, widziałem jej gęsią skórkę na przedramionach, ale jej mina wyrażała wielkie emocje najprawdopodobniej spokrewnione z podekscytowaniem, jeszcze większym niż przed chwilą. Nie potrafiłem zrozumieć jak mogła tak łatwo utrzymać taki nastrój odkrywając kolejne zagadki, ale najwidoczniej nie było mi dane tego pojąć, przynajmniej w tym czasie.
- A może tu znów jest jakaś ukryta wiadomość? Sprawdźmy, proszę... Muszę wiedzieć więcej o moim ojcu.- ostatnie słowo wymówiła o wiele chłodniej niż zazwyczaj. Dodatkowo zazwyczaj nazywała tego człowieka "tatusiem". Biedna kobieta, że też musiało to na nią spaść. Chętnie przejąłbym teraz jej cierpienia, choć sam przeżyłem ich całkiem niemało. Wstałem z jej posłania i poszedłem po świeczkę z jej stolika. Wyciągnąłem zabłąkane pudełko zapałek z kieszeni i wywołałem płomień na knocie. Następnie wróciłem do Lisy i przejąłem od niej pamiętnik. Zbliżyłem źródło ognia, szukając ukrytych informacji na kartce, jednak nie ukazywało się zupełnie nic. Kiedy już miałem odkładać przedmiot i ogłosić brak rezultatów, w samym rogu zaczęły pojawiać się wyskrobane bardzo niedbałym pismem cyfry. Była to data wskazująca 16 listopada 1951 roku.
- Jamie, to może być klucz naszej zagadki. Dwa dni później mój ojciec umarł.- powiedziała moja rozmówczyni, nadal trzymając się dzielnie i nie roniąc choćby łzy. Nie mogłem jej pocieszyć, bo sam potrzebowałem wsparcia. Czyżby wszystko o śmierci pana Clainar nie było wyjawione? A może cała rodzina nie znała prawdziwego powodu jego śmierci? Podobnież umarł na skutek zawału serca, ale teraz zaczynałem w to szczerze powątpiewać. Coś w tej historii się nie zgadzało.
- Musimy jechać pod ten adres, nie ma czasu do stracenia. Pojedziemy moim samochodem żeby nie rzucać się w oczy. Weź pamiętnik i ruszamy, znam drogę.- po raz pierwszy byłem w rozmowie z nią taki stanowczy, jakbym to ja był jej pracodawcą. Przez chwilę nawet bałem się, że byłem aż nazbyt gruboskórny, szczególnie w takiej chwili, ale kobieta przytaknęła mi szybko i podniosła się z miejsca, nakładając na siebie beżowy płaszcz i kremowy kapelusz z szerokim rondem.
Starałem się kierować normalnie, jednak moje serce aż skakało z poddenerwowania w środku. Wiedziałem, że nie jedziemy na śmierć, w końcu żyliśmy w cywilizowanych czasach, ale i tak czułem się jak detektyw z prawdziwego zdarzenia, co całkiem mi się podobało. Lisa siedziała obok mnie, przeglądając strony pamiętnika w poszukiwaniu jakiś interesujących informacji, ale nie podzieliła się ze mną choćby jednym cennym słowem, dlatego dałem jej spokój.
Gdy dojechaliśmy na miejsce naszym oczom ukazał się mały domek kryty czerwoną dachówką, wyglądający na odnowiony. Natomiast w głębi podwórza kryło się spore pomieszczenie, wyglądające na lekko zburzone i naruszone przez czas. Zawołałem kilka razy sprzed bramy, jednak nikt mi nie odpowiedział.
- Nie mamy wyjścia, wejdziemy bez pozwolenia.- powiedziała moja towarzyszka, otwierając szeroko furtkę. Wszedłem za nią, dziwiąc się jeszcze jej karygodnemu i stanowczemu zachowaniu. Zazwyczaj była delikatna niczym kropla rosy, a dziś zaskakiwała mnie nowym temperamentem.
Szliśmy po brukowanym chodniczku do pomieszczenia, nie odzywając się do siebie ani słowem. Znów odczuwałem strach, ale nie pozwalałem sobie tego okazać. Stanęliśmy przed drzwiami budynku, patrząc na siebie jeszcze. Postanowiłem wejść pierwszy, by w razie jakiś niebezpieczeństw w typie opadających desek z sufitu nic się jej nie stało. Nacisnąłem klamkę, która zaskowytała przeraźliwie i wszedłem do środka, rozglądając się po wnętrzu pomieszczenia. Było tu mnóstwo skrzyń z jasnego drewna z naklejkami różnej wielkości i napisami wykonanymi czarną farbą. Przywołałem panienkę dłonią, a ta weszła do środka, stając koło mnie.
- Szczerze mówiąc nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Nie wiem, co nas tu może czekać.- powiedziałem czując gulę w gardle. To nie było na moje nerwy, doprawdy. Musiałem jednak trzymać się dzielnie, choćby dlatego by dodawać otuchy drugiej osobie, która potrzebowała jej znacznie bardziej niż ja. Lisa spojrzała mi w oczy, a potem odeszła by odsunąć wieko pierwszej skrzyni. Szło jej to opornie, więc pobiegłem jej pomóc.
- Przeszukamy je wszystkie, przecież nic innego nam nie pozostało. Muszę poznać tę tajemnicę, rozumiesz?- zapytała jakby próbując usprawiedliwić swoje czyny. Skinąłem głową, wymuszając sobie uśmiech. Pchaliśmy wierzch dalej, aż w końcu zatrzeszczał i ustąpił. Uniosłem go, a wtedy Lisa wyciągnęła ze środka kartkę z cyfrą 37. Na początek nie zrozumieliśmy przekazu, ale nagle mnie olśniło.
- To musi być numer potrzebnej skrzyni! Szybko, szukajmy takiej!- czułem, że coraz bardziej wciąga mnie ta dziwna zagadka. Przeszukiwaliśmy w spokoju skrzynię po skrzyni, w każdej znajdując inną kartkę. W końcu doszliśmy do tej ostatniej, więc pozwoliliśmy sobie odrobinę odetchnąć. Włożyliśmy kartki do pamiętnika ojca Lisy i zabraliśmy się i do tego pakunku, czekając na rozwiązanie tajemnicy.
- Czy państwo nie mają manier, by tak po prostu wchodzić na czyjeś podwórze?- usłyszeliśmy nagle donośny baryton tuż za plecami. Włosy zjeżyły mi się na szyi, poczułem pot na dłoniach. Odskoczyłem od wieka skrzyni, odwracając się do mężczyzny w szarej marynarce.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przepraszam, ale nie mogłam się oprzeć by nie skończyć w tym miejscu. Jak obiecałam tak jest, czyli rozdział pojawia się szybciej. Kiedy będzie następny? Myślę, że w weekend, jednak niczego obiecać nie mogę. Zagadka Jamiego i Lisy zaczyna się rozwijać, co o tym sądzicie? Koniecznie napiszcie mi też w komentarzach czy nowe postaci się Wam spodobały, a będę umieszczać ich więcej. Tymczasem żegnam Was bardzo cieplutko,

Autorka

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział IV "Motyl Refleksyjny"

Biblioteka była miejscem bardzo jasnym i pogodnym, ale i dodającym aurę dziwnej tajemniczości. Uśmiechnąłem się półgębkiem na tą myśl, bo nigdy mi się taką nie zdawała. Przez wydarzenia ostatnich chwil wszystko mi się takim wydawało; nawet papiery leżące w nienagannym stosie wzbudziły we mnie podejrzenia. Serce biło mi ciężko, czułem się z każdym krokiem słabszy. Cierpiałem ostatnim czasem na przewlekłe migreny i kłucia serca, co niezbyt mi się uśmiechało w czasie pracy. 
Usiadłem z westchnieniem na jednym z krzeseł, zapalając małą lampkę na stoliku. Krzyżując jednak wzrok z wymownym spojrzeniem Lisy od razu zrezygnowałem z odpoczynku i szybko podniosłem się z miejsca jak tresowany piesek. Uśmiechnęła się nieznacznie, jednak nie wniosła choćby jednej sylaby do naszego dialogu, co zmusiło mnie do pozostania w tej dłużącej się ciszy. Było to dla mnie prawdziwą katorgą, ponieważ z natury już byłem wielkim gadułą, wiedzieli o tym zresztą wszyscy. Od dziecka lubiłem zawadiacko zaczepiać ludzi na mojej drodze, rozmawiając choćby o deszczu padającym w ubiegłym miesiącu. Wiedziałem z doświadczenia, że mrukliwi ludzie byli z góry nielubiani, więc uciekałem od opinii gbura. Może to dlatego tyle ludzi pomagało mi w czasie wojny? Tak, wiele osób wspominało, że świetnie potrafię budzić sympatię.
Podążyłem za kobietą w stronę jednej z półek na książki. Chwyciłem w ręce drabinę średniej długości i rozłożyłem ją przy pierwszym rzędzie lektur. Upewniając się, że przedmiot stoi stabilnie wszedłem na pierwszy stopień, czekając na dalsze instrukcje ze strony Lisy. Wskazywała mi po kolei różne księgi, które niezwłocznie brałem na ręce, próbując również utrzymać równowagę.
- Na razie starczy, Jamie. Mam nadzieję, że znajdziemy cokolwiek na ten temat między tymi zakurzonymi stronami.- przysiadła na pobliskim stołku, znów opuszczając ramiona. Przez chwilę myślałem, że znów zacznie łkać jak w ogrodzie, jednak tym razem tylko siedziała tak spokojnie. Postawiłem spory stos interesujących nas tytułów na ostatnim stopniu drabiny i podszedłem powoli do panienki. Ukucnąłem przed nią, starając się w myślach dobrać jakieś słowa pocieszenia.
- Wszystko będzie dobrze... Liso. - gdy po raz pierwszy wypowiedziałem w dialogu jej imię po moich plecach przebiegł dziwny dreszcz - Wiem, że takie gadanie nie da zbyt wiele, ale załamywanie się również pogorszy tę sytuację. Lepiej po prostu przejrzyjmy te wszystkie strony.- zaproponowałem patrząc jej w oczy o kolorze cudownej przyprawy jaką był cynamon. Uśmiechem mnie nie uraczyła, jednak zsunęła się cicho ze stołka, podchodząc do dużego biurka. Przeniosłem książki na blat mebla i zająłem miejsce tuż koło damy. Zazwyczaj do czytania potrzebne były mi okulary, jednak nie nałożyłem ich tym razem. Dlaczego? To chyba oczywiste. Może i zachowałem się szczenięco, ale nie chciałem by szkiełka mnie postarzały w jej towarzystwie. Adonisem nie byłem i bez nich, a patrząc na mój staroświecki model byłoby ze mną jeszcze gorzej. Uśmiechnąłem się pod nosem z pogardą dla swojej osoby. Jej obecność działała na mnie tak odmiennie, że aż sam się dziwiłem. Najpierw to poprawianie wyglądu teraz wstyd przed wadą wzroku... Miłość naprawdę bywała czasem ślepa.
- Zacznijmy od "Kronik Annette", czyli mojej babci. Może opisała coś ciekawego w swoim pamiętniku?- w mojej głowie zabłysła lampka ostrzeżenia; przecież ja nie mogłem oglądać ksiąg z tego działu, wszystkie prywatne dzieła rodziny były mi niedostępne. Uspokoiłem się jednak na myśl, że Lisa z pewnością by mnie obroniła na wypadek zauważenia tego incydentu. Otworzyłem książkę powoli, strzepując cienką warstwę kurzu z pierwszej stronicy.
Nasze oczy pochłaniały cały tekst pisany pięknym, kaligrafowanym pismem matki pana Edwarda. Pisała o wielu problemach zdrowotnych swojej rodziny (była to bowiem powszechnie uznana hipochondryczka) i swoich przemyśleniach, jak to w pamiętniku. Gdy czytało się te słowa aż pałało się sympatią do tej kobiety. Uśmiechałem się delikatnie, czytając wszystkie pragnienia i przeżycia babki Lisy.
Potem przewróciliśmy stronę, widząc ostatni już wpis. Był niezwykle krótki, zawierał tylko dwa, bardzo brutalne zdania: "Nie poznaję już oczu mojego syna. W nim nie ma już szczęścia.". Spojrzałem na Lisę, która już mierzyła mnie wzrokiem. Jej oczy znów lśniły od łez, więc działając pod impulsem chwyciłem ją delikatnie za rękę, starając się wnieść w jej duszę odrobinę otuchy. Starała się uśmiechnąć, jednak uniesienie kącików ust tylko wyprowadziło krople słonawego płynu z oczu na policzki. Puściłem jej dłoń, rumieniąc się zapewne. Spojrzałem jeszcze raz na stronę, starając się rozpaczliwie doszukać czegoś dodatkowego. Przejechałem palcami po stronie, nagle wyczuwając malutkie wgięcia w fakturze strony. Oczy mi rozbłysły pod nadmiarem adrenaliny, a ja sięgnąłem po palącą się świeczkę niedaleko. Prosząc o cud uniosłem stronę, zbliżając od drugiej strony płomień. Tak, to był atrament sympatyczny. Brązowawe litery o tym samym charakterze pisma zaczęły się ukazywać na właściwiej stronie. Lisa zbliżyła się do książki, zapominając szybko o swoich wszystkich łzach. Czułem się niczym prawdziwy detektyw na tropie mrocznej tajemnicy i poniekąd właśnie to się działo w tym momencie. Kiedy cały tekst ukazał się na kartce od razu nachyliliśmy się do niego w pośpiechu, by móc dowiedzieć się więcej o byłym panu domu. Tekst brzmiał tak:
"Ostatnio Edward staje się zupełnie innym człowiekiem. Jest impulsywny i dumny niczym paw, chodzi nienaturalnie prosto po domu. Cały czas miewa dziwne migreny, ale nie to jest najgorsze. Wczoraj mój jedyny syn mnie uderzył. Bez żadnych skrupułów i to jeszcze w czasie kolacji. Potem wyszedł szybko, zostawiając mnie nie tylko z raną na policzku, ale i w sercu. Będę kłamała, że upadłam i się zadrasnęłam, w końcu jemu nie może nic grozić. Trudno jest bać się własnego syna, ale tak właśnie jest. Krzyczy teraz znacznie więcej i głośniej, słyszę z jego pokoju podejrzane rozmowy z jego rzekomymi przyjaciółmi. Słyszałam nawet jak mówili o jakiejś planowanej bójce. Mam nadzieję, że uda mu się wygrać z jego problemami. Kocham go i będę go wspierać, choćby bił mnie do nieprzytomności. Wolę nie myśleć skąd w jego pokoju wziął się pistolet, ale nie będę się w to mieszać. Nie dziś."
- T-to niemożliwe. To musi być jakiś stek bzdur. Mój tatuś...- Lisa zasłoniła dłonią usta, by nie załkać ponownie. Miałem dla niej wielki podziw. Gdybym ja dowiedział się takich rzeczy o moim ojcu na pewno nie byłbym w stanie powstrzymać goryczy i łez, a ona tak dzielnie stawiała im czoła, jakby od tego miało zależeć całe jej życie. Nie byłem w stanie już jej pocieszyć, tego było stanowczo za dużo. Dama jednak uprzedziła mnie, zamykając gwałtownie księgę i wybiegając z biblioteki.
Zamrugałem dwa razy, ale zdecydowałem się nie ruszać za nią w pogoń. Z pewnością potrzebowała teraz odpoczynku i ukojenia tych wielu emocji dzisiejszego dnia. Schowałem książki na miejsca i wyszedłem z pomieszczenia, żegnając się z współpracownikami. Chwyciłem mój płaszcz z wieszaka i nałożyłem go na ramiona. Następnie wcisnąłem kapelusz silną ręką na głowę i wyszedłem na zewnątrz.
Przekręciłem kluczyki w stacyjce słysząc znajomy ryk silnika. Jechałem jak zwykle po pracy do baru mojego przyjaciela, Williama. Mężczyzna założył własny biznes dwa lata po wojnie, ale poznałem go o wiele wcześniej, jeszcze przed piekłem. Zawsze był serdeczny i zabawny, ale czasem trochę zbyt materialistyczny. Tak, pieniądze były dla niego czasem ważniejsze niż rodzina i przyjaciele, co było dla wielu niezwykle smutnym faktem. W końcu był szczęśliwcem, posiadając żonę i dwie córki, ale i tak nie doceniał tego tak, jak był powinien to robić, mamiąc sobie oczy banknotami.
Wszedłem do dobrze znanego mi lokalu i zająłem moje stałe miejsce przy barze. Zwyczajem już wyjąłem z kieszeni pomięte menu, które zresztą znałem na pamięć. Strzepnąłem jakiś duży paproch z blatu i wyciągnąłem rękę do jednego z barmanów, gdy poczułem czyjąś dłoń na swym ramieniu.
- Jamie, jak miło cię widzieć! To co zwykle?- zapytał William, siadając ciężko na stołku obok mnie. Uśmiechnąłem się do niego, patrząc jeszcze raz na listę dań i napojów serwowanych w tym miejscu i w końcu zdecydowałem się na coś innego niż lemoniadę z dwoma kostkami lodu.
- Dziś raczej coś mocniejszego. Może whisky?- mina mojego przyjaciela zmieniła się natychmiast, a oczy prawie wyskoczyły mu z orbit. Ja, który unikałem alkoholu jak ognia, prosiłem właśnie o napój z tego gatunku. Potem machnął ręką na barmana, który machinalnie zaczął przygotowywać napój. William wyjął z kieszeni pudełko papierosów, częstując mnie jednym. Zapaliłem dla towarzystwa, próbując maskować fakt, że w gardle czułem siłę stu kocich pazurów.
- Ciężki dzień, czy tylko zwariowałeś?- zapytał mnie gdy podano mi whisky. Wahałem się jeszcze chwilę, ale w końcu wypiłem zawartość szklanki w jednym hauście, czyli iście plebejsko. Starałem się bardzo nie skrzywić, ale w końcu, jako nieprzyzwyczajony do tego smaku, wykonałem piękny gest obrzydzenia. Z pewnością nie popisałem się klasą.
- Tak, to był zdecydowanie ciężki dzień, ale nie gadajmy o tym.- już miałem zacząć słuchać błagań o wyjaśnienia, ale wtedy ktoś wstąpił do baru. Uśmiechnąłem się na widok trzech czarnych bandan na nadgarstku i poprzecieranych jeansów. Trochę za duże kowbojki z czarnej skóry aż błyszczały na jej nogach, a wielki pas z jeszcze większą klamrą praktycznie zwisał przy udzie kobiety. Zaraz za nią wstąpiła trójka barczystych mężczyzn o podobnym ubiorze i takim samym obojętnym spojrzeniu. Otóż Agnes Tenye należała do rockersów. Poznaliśmy się w czasie wojny, w roku 1944. Pomagaliśmy sobie nawzajem w czasie ucieczki z pewnej walijskiej miejscowości.
- Wiesz co mi podać, Will.- powiedziała, podchodząc do nas bliżej. Jej przyjaciele usiedli przy jednym z wolnych stolików, więc stała się odrobinę bardziej swobodna. Spojrzałem na jej głębokie cienie pod oczami, najpewniej spowodowane kilkoma zarwanymi nockami. Przyniesiono jej Pepsi w wysokiej szklance, czyli jeden z jej stałych napojów.
- Dawno cię nie widziałem. Znalazłaś już pracę?- zagadnąłem ją, patrząc na jej czarne, bardzo natapirowane włosy. Prychnęła na mnie, sięgając po chusteczkę z blatu, by uniknąć oplucia się ze śmiechu. Na jej ustach pojawił się niebezpieczny uśmieszek.
- Mam ci wygłosić co sądzę na temat pracy, czy oszczędzić ci tego tym razem?- westchnąłem cicho, kręcąc głową. Tamta zagaiła Willa rozmową, więc miałem chwilę na rozmyślanie. Zmieniła się bardzo odkąd przyłączyła się do tej popkultury, zaczęła żyć wzorcami należącymi do zupełnie innej osoby.
- Będę się już zbierał. Serwus.- machnąłem do nich ręką, nie czekając na odpowiedź. Minąłem jeszcze stolik przyjaciół Agnes, ale jakoś nie miałem ochoty na rozmowę z nimi. Spojrzałem jeszcze na słabe światełka przy ścianie zakupione w tamtym tygodniu i wyszedłem w końcu z lokalu.
Zakląłem pod nosem widząc mój samochód na podjeździe. Piłem, więc nie mogłem prowadzić. Na szczęście mieszkałem tylko dwa domy dalej od baru, więc zostawiłem tu mój stary rzęch, prosząc opatrzność o zastanie go rano w takim samym stanie.
Nacisnąłem klamkę od drzwi do mojego mieszkania, która odpowiedziała mi pięknym skowytem. Wszedłem do środka i powiesiłem płaszcz na wieszaku. Spojrzałem w lustro, rozwiązując muszkę przy szyi. Przebrałem się w domowy strój i to była ostatnia rzecz jaką zrobiłem przed padnięciem na łóżko z głośnym westchnieniem. Dopiero co poznawałem tę sprawę, a już zaczynała mnie przerastać.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wiem, że rozdział nie pojawiał się dość długo, ale jakoś nie miałam zbytniej weny na napisanie czegoś sensownego. W każdym razie uznajmy, że to taki prezencik na Wielkanoc. A właśnie, życzę Wam wszystkim wszystkiego najlepszego w ten dzień, żeby było Wam po prostu miło i ciepło w Waszych kątach na świecie. Jak zwykle proszę o jakieś refleksje w postaci komentarzy pod postem i tym samym obiecuję, że następny rozdział pojawi się szybciej. Jeszcze raz Wesołych Świąt życzę,

Autorka