Każda myśl była dla mnie wyzwaniem. Musiałem pamiętać o oddychaniu i mruganiu, przywoływać się do pionu co chwilę. A na dodatek odwracać się z bólem na stołku barowym, słuchając jednej i drugiej kobiety. Myliłem się w wątkach, mieszały mi się twarze. Miałem tego dość. Jak mogłem być tak głupi, by doprowadzić do ich spotkania? Teraz widziałem swoje błędy dokładnie.
- Wybierasz się może na dni miasta? Mamy tam wpaść z ekipą i zrobić kilka sztuczek na naszych motorach.- uśmiechnęła się do mnie czarnowłosa, biorąc łyk piwa z wysokiej szklanki, którą opróżniła już do połowy. Zmusiłem mój mózg do działania na pełnych obrotach i skojarzyłem w końcu czym są owe dni miasta, o których to mówiła z takim entuzjazmem w oczach. Zawsze tam byłem, proszony o prezentację jakiegoś zabytku w mieście. Tak, byłem zasłużonym i szanowanym obywatelem, choć na tę opinię musiałem bardzo długo pracować. Dlatego byłem z niej tak dumny. Chwyciłem w dłoń moje ciastko zbożowe, przegryzając je powoli, słysząc nerwowy śmiech Lisy z tyłu, który był reakcją na kolejny błyskotliwy dowcip Williama, który nieprzerwanie próbował ją oczarować. Cała sytuacja była z pozoru zabawna, jednak to ja męczyłem się nią najbardziej. Spojrzałem w drżące oczy Agnes, uśmiechając się powoli.
- Przecież wiesz, że zawsze tam jestem. Tym razem też mam taki zamiar.- odparłem w końcu, zadowalając ją tymi słowami. Nie odpowiedziała mi jednak, tylko wyszła na zewnątrz pod pretekstem ciężkiego zapachu tytoniu w środku. Skorzystałem więc na tym, kontynuując rozmowę z Lisą, której najwidoczniej wizyta tutaj wcale dobrze nie robiła. Nie miałem jej do przekazania wiele, zbliżyłem się tylko do jej ucha.
- Kurs na ulicę Worth 45, panienko.- właściwie w tłoku panującym w lokalu mógłbym to wykrzyczeć, a i tak nikt by nie usłyszał. Jednak wolałem zachować tę moją ukochaną intymność, pobudzając jej zmysły do pracy na większych obrotach. Udało się. Jej skóra zadrżała, spojrzała na mnie zaskoczona, przyspieszył jej się oddech. Jednak wiedziałem, że jest szczęśliwa. Nie czekałem długo, aż pożegnała się z moim przyjacielem i wyszła przede mną z lokalu. Pozdrowiłem jeszcze barmana po raz ostatni, rzucając wartość rachunku na blat. William uśmiechnął się i wręcz rzucił się na pieniądze z błyskiem w oczach. Zawsze tak samo, od lat.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, słońce już powoli kierowało się ku pożegnaniu swojej zmiany na niebie, jednak nadal dawało piękne, delikatne światło. Rozejrzałem się dookoła, chcąc jeszcze pożegnać się z Agnes. jednak zawiodłem się. Jej motocyklu nigdzie nie było. Najwidoczniej odjechała zaraz po wyjściu. Zabolało mnie to w środku. Przecież nie chciałem jej jakkolwiek zranić. A może pognała a jakieś nowe spotkanie? W każdym razie mogła się pożegnać. Nagle zauważyłem jakiś błysk na dróżce, więc podszedłem do tego dziwnego obiektu. Rozpoznałem w nim jeden z jej pierścionków. Był wykonany ze srebra, przedstawiał dwa skrzyżowane ze sobą miecze. Włożyłem go do kieszeni, obiecując sobie oddać go jej następnym razem. W końcu to normalne, że go zgubiła przy uruchamianiu swojego pogromcy dróg, prawda? Taką miałem przynajmniej nadzieję.
Usiadłem za kierownicą, widząc Lisę koło siebie. Po raz pierwszy wsiadła sama do wozu, jednak nie miałem zamiaru tego głośno komentować. Widziałem zmianę na jej twarzy. Była zdeterminowana, gotowa do działania. Taka, jakiej jej nigdy nie znałem. Miałem wrażenie, że ta zagadka zmieni naszą dwójkę. Nie mogłem się mylić, w końcu takie rzeczy wymagają zmian od ludzi.
Ruszyłem powoli, jednak już na drugim zakręcie rozpędziłem samochód do pełni jego możliwości, aż jego silnik zaskowyczał nieprzyjemnie. Jechaliśmy jednak na spotkanie z losem. Na szczęście wiedziałem, jakiż to budynek mieści się pod tym adresem. Był to popularny klub w mieście, którego właścicielem był niejaki pan Philip West, zwany szerzej jako Poszukiwacz. Pseudonim ten wziął się od jego przenikliwego wzroku, szukającego wszędzie ideałów. Najczęściej szukał idealnych kobiet. Czemu? To wiedział każdy rodowity mieszkaniec Ethrid. Co było tak oczywiste? Jego drugi, znacznie bardziej dochodowy biznes. Był właścicielem domu uciech, mieszczącego się pod lokalem. Oczywiście nigdy nie zniżyłbym się do sprawdzenia tego miejsca, jednak na górnym piętrze bywałem okazyjnie. Po godzinach natomiast zaczynały się tam występy promujące rozległe piwnice budynku, przy których najczęściej wychodziłem ze środka. Nie dlatego, że mi się nie podobały (w końcu byłem mężczyzną, prawda?), jednak odczuwałem niesmak dla profesji tych pań. Taki kobiety nigdy nie doświadczą prawdziwej miłości, a to niezwykle smutne.
- Czemu nic nie mówisz, Jamie? Martwisz się?- z zamyślenia wyrwał mnie zatroskany głos mojej towarzyszki, która zdążyła już zmienić swój makijaż na bardziej wieczorowy, jednak została w tych samych ubraniach. Nie zdążyłem nawet zauważyć, jak się malowała, co mnie zawiodło. Musiałem się bardziej skupiać, inaczej mógłbym spowodować jakiś niechciany wypadek. Uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco. Chciałem rozwiać jej wątpliwości jak wiatr.
- Nie, po prostu myślę. Wiesz, co jest pod tym adresem, prawda?- zapytałem, chowając na chwilę wzrok pod przykrywką z okularów przeciwsłonecznych. Zdjąłem powoli marynarkę, rzucając ją na tylne siedzenie. Odpiąłem górny guzik w koszuli, zdjąłem moją muszkę. Zmierzwiłem lekko włosy, patrząc na efekt w lusterku. Powinienem jednak zmienić spodnie przed wejściem, by nie rzucać żadnych podejrzeń. W końcu mieliśmy wtopić się w tłum, a nie wyglądać jak wyrwani z innej bajki.
- Niestety wiem. Cóż, zatrzymaj się tutaj. Pójdziemy na małe zakupy.- odparła, puszczając do mnie oko. Zszokowała mnie tą telepatią, jednak nie miałem zamiaru protestować. Usłużnie zaparkowałem na podjeździe, szybko wysiadając z wozu, by otworzyć jej drzwi. Wysiadła jednak sama, znów mnie zadziwiała. Jako kobieta niezależna była tak odmienna, że aż nie mogłem uwierzyć w tak krótką przemianę.
Wybrałem dla siebie nowe jeansy, nie zmieniając jednak koszuli. W końcu mogłem ją zachować, nie była to taka speluna jak w innych klubach. Lisa natomiast wybrała coś zupełnie odmiennego niż zawsze, przyprawiając mnie o bardzo przyjemne zdziwienie.
Jej stopy były opatrzone w wysokie, intensywnie czerwone szpilki. Prawa kostka została dopełniona zaczepną srebrną bransoletką, na której wisiała zawieszka w kształcie klucza wiolinowego. Nogi przykryte czarnymi, koronkowymi rajstopami wyglądały niezwykle zmysłowo i smukło. Potem rozkloszowana, również czerwona spódnica do połowy ud, która świetnie trzymała fason podczas spaceru. Swój tors ukryła pod czarnym sweterkiem z odkrytymi ramionami, dzięki czemu widać było czerwone ramiączka jej stanika. Oczy przykryła nowymi okularami przeciwsłonecznymi z czarnymi oprawkami. Włosy spięła w idealny wręcz kok, usta doprawiła jeszcze bardziej czerwoną szminką. A ja mogłem tylko pochłaniać ją wzrokiem.
- Tak chyba będzie lepiej, nie uważasz?- zapytała, obracając się w kółko jak mała dziewczynka. Od tego ruchu jej spódnica podniosła się do poziomu miniówki (co nie ukrywając mi się spodobało). Podszedłem do niej, chwytając jej okulary. Przeniosłem jej na jej włosy, by tam zostały. jej oczy musiały zostać widoczne, ten widok powinien radować całe tłumy. Obawiałem się tylko, że teraz właśnie będziemy rzucać się w oczy jeszcze bardziej, ale analizując dokładnie ilość plusów tej sytuacji wolałem się tym nie przejmować.
- O wiele lepiej. Ba, jest pięknie. A teraz chodźmy już, to całkiem niedaleko.- chwyciłem ją jako dżentelmen pod ramię, kierując się w następną ulicę. Przeszliśmy tak dwie, spotykając wzrok przechodniów. Musieliśmy wyglądać dość nietuzinkowo, szczególnie ona. Zaśmiałem się z tej sytuacji w duchu, bowiem ta sytuacja była dla mnie tak odmienna i niespodziewana jak nigdy. W końcu ukazał nam się nowoczesny budynek, opatrzony światłami na balkonach. Już na ulicy słychać było muzykę, co oznaczało duży bankiet, który z pewnością był nam na rękę. Weszliśmy do środka, wpuszczeni bez problemu przez ochroniarza.
Ogłuszył mnie dźwięk muzyki, tak skocznej i wulgarnej. Mimo niej, ludzie wyglądali na zadowolonych. Szeroki bar w rogu, wielka sala do tańca, kanapy na uboczu. Schody na dół i na górę, wiele gości. A wśród tego zgiełku ja i Lisa, nieobeznani w tym świecie wiecznej zabawy. Usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików, natychmiast obsłużeni przez uroczą (aż nazbyt) kelnerkę, która szczerze się zdziwiła, że nie zamówiliśmy żadnego alkoholu. Mimo to po paru minutach moja herbata z cytryną i delikatna kawa Lisy stały przed nami, razem z dwoma kawałkami ciasta z kruszonką. Zamiast zabrać się do konsumpcji, dziewczyna postanowiła zacząć dialog.
- Czego właściwie tutaj będziemy szukać? Nie wiem od czego zacząć.- zapytała, przybliżając się do mnie, bym słyszał każde jej słowo. Rozejrzałem się w tłumie, nagle widząc kanapę z białej skóry, odmienną niż wszystkie inne, które były czerwone. Siedział na niej Poszukiwacz, otoczony czterema kobietami. Pod jego stopami natomiast ułożyły się dwa dobermany z obrożami ze skóry. Patrzył w tłumie na ludzi, wypatrując jak zwykle. Nigdy nie tańczył, wszyscy to wiedzieli. Wskazałem na niego dyskretnie.
- Tylko on może nam coś powiedzieć, nikt inny nie może wiedzieć czegokolwiek o twoim ojcu.- spojrzałem na dwóch ochroniarzy przy jego siedzisku, co przyprawiło mnie o mdłości. Pieniądze wszędzie. Nagle zaczęła grać muzyka wolniejsza, która przywróciła moim bębenkom pozorny spokój. Pary tańczyły więc spokojnie, a reszta zeszła na bok. Miałem nadzieję, że tak pozostanie do końca tej "uroczystości".
- Niby jak mamy z nim porozmawiać? Przecież tam są tylko te jego dziewczyny...- Lisa wzdrygnęła się z obrzydzeniem, jednak zaraz jej twarz przykrył lęk. Wiedziała już, do czego będzie musiała się posunąć, by wyciągnąć z niego jakieś informacje. Spojrzała na mnie błagalnie, jednak nic nie mogłem na to poradzić. Musiałem tylko powierzyć nasze szczęście jej wdziękom. Wstała cicho, ruszając na parkiet. Natychmiast zgłosił się do niej jakiś pozorny adorator, którego miałem ochotę rozszarpać. Nikt nie zasługiwał na taniec z taką kobietą. To miał być bez wątpienia mój najgorszy wieczór. Zaczęli wolny taniec, jednak w tym momencie muzyka się zmieniła. Nie znałem tego utworu, jednak słyszałem w niej piękny dźwięk saksofonu, delikatny, ale i pobudzający zmysły. Mężczyzna odszedł więc od Lisy, a ta wzięła sprawy w swoje ręce, a raczej całe ciało. Stanęła w przerzedzonym miejscu na parkiecie, zaczynając swój taniec. Był świetnie dobrany do muzyki, pokazywała każdy swój atut. Mimo jej pozornie śmiałej miny widziałem w jej oczach wielki wstyd i zażenowanie, przez co jej współczułem. Jednak udało się. Niedługo podszedł do niej ochroniarz Philipa, pokazując jej docelowe miejsce. Uśmiechnęła się wymuszenie, podchodząc do mężczyzny. Usiadła koło niego, zostając natychmiast przytulona, przez co ledwo powstrzymałem chęć wstania z mojego miejsca i uderzenia go prosto w jego orli nos. Rozmawiali niedługo bez żadnych gestów, jednak najwidoczniej znudziło mu się to po chwili. Przybliżył jej głowę do swojej piersi, kładąc ją tak bezwładnie. Następne objęcie w talii, zabawa kosmykami jej blond włosów. Stary zboczeniec bawił się nią w najlepsze, rozmawiając dalej. W końcu sięgnął po kieliszek, wypuszczając ją na chwilę. Po przełknięciu alkoholu ośmielił się do powolnej zabawy jej ramiączkiem, opuszczając je w końcu z ramienia, przez co Lisa natychmiast wstała jak oparzona, unosząc ku niemu środkowy palec. Uderzyła go szybko w twarz, wybiegając z budynku. Natychmiast ruszyłem za nią, doganiając dopiero na zakręcie.
- Przepraszam, Liso. Jak mogłem się na to zgodzić? Już nigdy nie pozwolę, by cię tak traktowali.- powiedziałem, czując jak rzuca mi się w ramiona. Usiedliśmy na schodach jakiegoś domu, a ona drżała w płaczu. Tak bardzo było mi za siebie wstyd. Wycierałem regularnie jej łzy swoją chustą, jednak to nie pomagało. To było stanowczo za dużo zarówno dla niej, jak i dla mnie. Otworzyła swoją torebkę drżącą ręką, wyciągając z niej niebieski kalendarzyk z roku 1951. Rzuciła mi go na kolana, znów wybuchając płaczem. Mogłem tylko gładzić ją po plecach, czekając aż nastąpi w niej spokój na tyle duży, że będzie mogła coś powiedzieć.
- To nie twoja wina, Jamie... To był mój pomysł... Tylko... To mnie uraziło... A ten dziennik wydobyłam z kieszeni jego spodni.- powiedziała odsuwając się w końcu ode mnie. Wyglądała tak mizernie jakby zaraz miała się rozpaść. Poprzysiągłem sobie, że jeszcze Philip za to zapłaci, jednak to nie był ten dzień. Otworzyłem w końcu książeczkę. Każdy dzień miał swoją notatkę, więc chciałem jak najszybciej je przeczytać, by jakoś odwrócić jej uwagę od wydarzeń z przed chwili. jak mogłem się tak zachować? Trafiłem na notkę z 17 listopada, czyli dzień przed śmiercią ojca Lisy. "Odwiedził mnie dziś Edward. Myślałem, że jak zwykle chciał zejść do piwnicy, jednak okazało się na zupełnie inaczej. Chce mnie wciągnąć w jakieś spotkanie dotyczące E i B. Nigdy ich nie wypuszczę, szczególnie B. Zależy mi na nim, ma wiele informacji. Jego dziewczyna jest tylko przykrywką. Nie zgodzę się na odebranie mi ich. Przenoszę ich jutro na Owena 64, tam nikt ich nie znajdzie do śmierci." Zdziwiło mnie, że wszyscy tak łatwo zostawiali nam adresy, jednak nie miałem zamiaru na to narzekać. Zamiast komentowania tekstu przewróciłem stronę na datę śmierci ojca Lisy. "Koniec Edwarda, koniec problemów. E i B przeniesieni. Jutro spotkanie z Lilith w kryjówce. Dawno jej nie widziałem." Poczułem znaczny niedosyt informacji, jednak nie miałem zamiaru nic już dzisiaj robić. Chciałem tylko wrócić do domu i zasnąć. A jednak czułem, że to nie koniec tej nocy.
- Pojedziemy pod ten adres, nie martw się. Jednak nie dziś, za dużo nam przeżyć. Szczególnie tobie... Przepraszam.- odwróciłem wzrok, wkładając notatki Philipa ponownie do torebki kobiety. Czułem szczere wyrzuty sumienia, dlatego musiałem jakoś jej to wynagrodzić. Nagle na ziemię wyleciał mi pierścionek Agnes, odbijając się o ulicę. Poszedłem po niego, wkładając znów do kieszeni spodni. nie mogłem o nim zapomnieć, jednak musiałem przyznać, że się martwiłem. Agnes nie miała w zwyczaju gubić swojej rzeczy, a pierścionki były dla niej świętością. Zauważyłaby jego brak. Gdzieś w głębi duszy się o nią martwiłem, nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało.
Nadeszło potwierdzenie moich słów. Usłyszałem głośny krzyk "Pomocy!". Był bardzo cienki, chrypliwy, ale nadal należał do czarnowłosej. Dobiegał z prawej strony, zapewne zza zakrętu. Lisa również go poznała, wstając szybko. Pognaliśmy w następną ulicę, a moje serce biło niespokojnie. Kto śmiał skrzywdzić Agnes?
Nieważne , ważne że powinien jak najszybciej się przede mną schować.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak, tak. Wróciłam. Powinnam właściwie przeprosić, jednak w tej dziedzinie jestem znacznie gorsza niż w powitaniach. Prawda jest jednak taka, że cały czas tu byłam, tylko nie pisałam. Nie miałam weny, ochoty, czasu. Ale dzisiaj powiedziałam sobie: "Czas się ruszyć i to dokończyć moja panno" i udało się. Powstał rozdział VII tej powieści. Nie jestem w sumie pewna, czy ktokolwiek to jeszcze przeczyta, jednak mam nadzieję, że ktoś został. Bo oto złożyłam sobie obietnicę. Jeden rozdział na dwa tygodnie, w weekendy. Jeśli się nie będą pojawiać, natychmiast mnie upominajcie, wtedy poniosę jakąś karę (plus tysiąc słów w nowym rozdziale czy coś takiego). To powinno mnie zmotywować, bo przecież nie chcę stąd odchodzić tak szybko. Miłego lata (co prawda nie kalendarzowego), moi drodzy. Mam nadzieję, że jednak napiszecie te komentarze, których tak potrzebuję do szczęścia (serio, ja się wręcz nimi żywię). Także cóż, dziękuję Wam za wszystko,
Autorka
- Przecież wiesz, że zawsze tam jestem. Tym razem też mam taki zamiar.- odparłem w końcu, zadowalając ją tymi słowami. Nie odpowiedziała mi jednak, tylko wyszła na zewnątrz pod pretekstem ciężkiego zapachu tytoniu w środku. Skorzystałem więc na tym, kontynuując rozmowę z Lisą, której najwidoczniej wizyta tutaj wcale dobrze nie robiła. Nie miałem jej do przekazania wiele, zbliżyłem się tylko do jej ucha.
- Kurs na ulicę Worth 45, panienko.- właściwie w tłoku panującym w lokalu mógłbym to wykrzyczeć, a i tak nikt by nie usłyszał. Jednak wolałem zachować tę moją ukochaną intymność, pobudzając jej zmysły do pracy na większych obrotach. Udało się. Jej skóra zadrżała, spojrzała na mnie zaskoczona, przyspieszył jej się oddech. Jednak wiedziałem, że jest szczęśliwa. Nie czekałem długo, aż pożegnała się z moim przyjacielem i wyszła przede mną z lokalu. Pozdrowiłem jeszcze barmana po raz ostatni, rzucając wartość rachunku na blat. William uśmiechnął się i wręcz rzucił się na pieniądze z błyskiem w oczach. Zawsze tak samo, od lat.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, słońce już powoli kierowało się ku pożegnaniu swojej zmiany na niebie, jednak nadal dawało piękne, delikatne światło. Rozejrzałem się dookoła, chcąc jeszcze pożegnać się z Agnes. jednak zawiodłem się. Jej motocyklu nigdzie nie było. Najwidoczniej odjechała zaraz po wyjściu. Zabolało mnie to w środku. Przecież nie chciałem jej jakkolwiek zranić. A może pognała a jakieś nowe spotkanie? W każdym razie mogła się pożegnać. Nagle zauważyłem jakiś błysk na dróżce, więc podszedłem do tego dziwnego obiektu. Rozpoznałem w nim jeden z jej pierścionków. Był wykonany ze srebra, przedstawiał dwa skrzyżowane ze sobą miecze. Włożyłem go do kieszeni, obiecując sobie oddać go jej następnym razem. W końcu to normalne, że go zgubiła przy uruchamianiu swojego pogromcy dróg, prawda? Taką miałem przynajmniej nadzieję.
Usiadłem za kierownicą, widząc Lisę koło siebie. Po raz pierwszy wsiadła sama do wozu, jednak nie miałem zamiaru tego głośno komentować. Widziałem zmianę na jej twarzy. Była zdeterminowana, gotowa do działania. Taka, jakiej jej nigdy nie znałem. Miałem wrażenie, że ta zagadka zmieni naszą dwójkę. Nie mogłem się mylić, w końcu takie rzeczy wymagają zmian od ludzi.
Ruszyłem powoli, jednak już na drugim zakręcie rozpędziłem samochód do pełni jego możliwości, aż jego silnik zaskowyczał nieprzyjemnie. Jechaliśmy jednak na spotkanie z losem. Na szczęście wiedziałem, jakiż to budynek mieści się pod tym adresem. Był to popularny klub w mieście, którego właścicielem był niejaki pan Philip West, zwany szerzej jako Poszukiwacz. Pseudonim ten wziął się od jego przenikliwego wzroku, szukającego wszędzie ideałów. Najczęściej szukał idealnych kobiet. Czemu? To wiedział każdy rodowity mieszkaniec Ethrid. Co było tak oczywiste? Jego drugi, znacznie bardziej dochodowy biznes. Był właścicielem domu uciech, mieszczącego się pod lokalem. Oczywiście nigdy nie zniżyłbym się do sprawdzenia tego miejsca, jednak na górnym piętrze bywałem okazyjnie. Po godzinach natomiast zaczynały się tam występy promujące rozległe piwnice budynku, przy których najczęściej wychodziłem ze środka. Nie dlatego, że mi się nie podobały (w końcu byłem mężczyzną, prawda?), jednak odczuwałem niesmak dla profesji tych pań. Taki kobiety nigdy nie doświadczą prawdziwej miłości, a to niezwykle smutne.
- Czemu nic nie mówisz, Jamie? Martwisz się?- z zamyślenia wyrwał mnie zatroskany głos mojej towarzyszki, która zdążyła już zmienić swój makijaż na bardziej wieczorowy, jednak została w tych samych ubraniach. Nie zdążyłem nawet zauważyć, jak się malowała, co mnie zawiodło. Musiałem się bardziej skupiać, inaczej mógłbym spowodować jakiś niechciany wypadek. Uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco. Chciałem rozwiać jej wątpliwości jak wiatr.
- Nie, po prostu myślę. Wiesz, co jest pod tym adresem, prawda?- zapytałem, chowając na chwilę wzrok pod przykrywką z okularów przeciwsłonecznych. Zdjąłem powoli marynarkę, rzucając ją na tylne siedzenie. Odpiąłem górny guzik w koszuli, zdjąłem moją muszkę. Zmierzwiłem lekko włosy, patrząc na efekt w lusterku. Powinienem jednak zmienić spodnie przed wejściem, by nie rzucać żadnych podejrzeń. W końcu mieliśmy wtopić się w tłum, a nie wyglądać jak wyrwani z innej bajki.
- Niestety wiem. Cóż, zatrzymaj się tutaj. Pójdziemy na małe zakupy.- odparła, puszczając do mnie oko. Zszokowała mnie tą telepatią, jednak nie miałem zamiaru protestować. Usłużnie zaparkowałem na podjeździe, szybko wysiadając z wozu, by otworzyć jej drzwi. Wysiadła jednak sama, znów mnie zadziwiała. Jako kobieta niezależna była tak odmienna, że aż nie mogłem uwierzyć w tak krótką przemianę.
Wybrałem dla siebie nowe jeansy, nie zmieniając jednak koszuli. W końcu mogłem ją zachować, nie była to taka speluna jak w innych klubach. Lisa natomiast wybrała coś zupełnie odmiennego niż zawsze, przyprawiając mnie o bardzo przyjemne zdziwienie.
Jej stopy były opatrzone w wysokie, intensywnie czerwone szpilki. Prawa kostka została dopełniona zaczepną srebrną bransoletką, na której wisiała zawieszka w kształcie klucza wiolinowego. Nogi przykryte czarnymi, koronkowymi rajstopami wyglądały niezwykle zmysłowo i smukło. Potem rozkloszowana, również czerwona spódnica do połowy ud, która świetnie trzymała fason podczas spaceru. Swój tors ukryła pod czarnym sweterkiem z odkrytymi ramionami, dzięki czemu widać było czerwone ramiączka jej stanika. Oczy przykryła nowymi okularami przeciwsłonecznymi z czarnymi oprawkami. Włosy spięła w idealny wręcz kok, usta doprawiła jeszcze bardziej czerwoną szminką. A ja mogłem tylko pochłaniać ją wzrokiem.
- Tak chyba będzie lepiej, nie uważasz?- zapytała, obracając się w kółko jak mała dziewczynka. Od tego ruchu jej spódnica podniosła się do poziomu miniówki (co nie ukrywając mi się spodobało). Podszedłem do niej, chwytając jej okulary. Przeniosłem jej na jej włosy, by tam zostały. jej oczy musiały zostać widoczne, ten widok powinien radować całe tłumy. Obawiałem się tylko, że teraz właśnie będziemy rzucać się w oczy jeszcze bardziej, ale analizując dokładnie ilość plusów tej sytuacji wolałem się tym nie przejmować.
- O wiele lepiej. Ba, jest pięknie. A teraz chodźmy już, to całkiem niedaleko.- chwyciłem ją jako dżentelmen pod ramię, kierując się w następną ulicę. Przeszliśmy tak dwie, spotykając wzrok przechodniów. Musieliśmy wyglądać dość nietuzinkowo, szczególnie ona. Zaśmiałem się z tej sytuacji w duchu, bowiem ta sytuacja była dla mnie tak odmienna i niespodziewana jak nigdy. W końcu ukazał nam się nowoczesny budynek, opatrzony światłami na balkonach. Już na ulicy słychać było muzykę, co oznaczało duży bankiet, który z pewnością był nam na rękę. Weszliśmy do środka, wpuszczeni bez problemu przez ochroniarza.
Ogłuszył mnie dźwięk muzyki, tak skocznej i wulgarnej. Mimo niej, ludzie wyglądali na zadowolonych. Szeroki bar w rogu, wielka sala do tańca, kanapy na uboczu. Schody na dół i na górę, wiele gości. A wśród tego zgiełku ja i Lisa, nieobeznani w tym świecie wiecznej zabawy. Usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików, natychmiast obsłużeni przez uroczą (aż nazbyt) kelnerkę, która szczerze się zdziwiła, że nie zamówiliśmy żadnego alkoholu. Mimo to po paru minutach moja herbata z cytryną i delikatna kawa Lisy stały przed nami, razem z dwoma kawałkami ciasta z kruszonką. Zamiast zabrać się do konsumpcji, dziewczyna postanowiła zacząć dialog.
- Czego właściwie tutaj będziemy szukać? Nie wiem od czego zacząć.- zapytała, przybliżając się do mnie, bym słyszał każde jej słowo. Rozejrzałem się w tłumie, nagle widząc kanapę z białej skóry, odmienną niż wszystkie inne, które były czerwone. Siedział na niej Poszukiwacz, otoczony czterema kobietami. Pod jego stopami natomiast ułożyły się dwa dobermany z obrożami ze skóry. Patrzył w tłumie na ludzi, wypatrując jak zwykle. Nigdy nie tańczył, wszyscy to wiedzieli. Wskazałem na niego dyskretnie.
- Tylko on może nam coś powiedzieć, nikt inny nie może wiedzieć czegokolwiek o twoim ojcu.- spojrzałem na dwóch ochroniarzy przy jego siedzisku, co przyprawiło mnie o mdłości. Pieniądze wszędzie. Nagle zaczęła grać muzyka wolniejsza, która przywróciła moim bębenkom pozorny spokój. Pary tańczyły więc spokojnie, a reszta zeszła na bok. Miałem nadzieję, że tak pozostanie do końca tej "uroczystości".
- Niby jak mamy z nim porozmawiać? Przecież tam są tylko te jego dziewczyny...- Lisa wzdrygnęła się z obrzydzeniem, jednak zaraz jej twarz przykrył lęk. Wiedziała już, do czego będzie musiała się posunąć, by wyciągnąć z niego jakieś informacje. Spojrzała na mnie błagalnie, jednak nic nie mogłem na to poradzić. Musiałem tylko powierzyć nasze szczęście jej wdziękom. Wstała cicho, ruszając na parkiet. Natychmiast zgłosił się do niej jakiś pozorny adorator, którego miałem ochotę rozszarpać. Nikt nie zasługiwał na taniec z taką kobietą. To miał być bez wątpienia mój najgorszy wieczór. Zaczęli wolny taniec, jednak w tym momencie muzyka się zmieniła. Nie znałem tego utworu, jednak słyszałem w niej piękny dźwięk saksofonu, delikatny, ale i pobudzający zmysły. Mężczyzna odszedł więc od Lisy, a ta wzięła sprawy w swoje ręce, a raczej całe ciało. Stanęła w przerzedzonym miejscu na parkiecie, zaczynając swój taniec. Był świetnie dobrany do muzyki, pokazywała każdy swój atut. Mimo jej pozornie śmiałej miny widziałem w jej oczach wielki wstyd i zażenowanie, przez co jej współczułem. Jednak udało się. Niedługo podszedł do niej ochroniarz Philipa, pokazując jej docelowe miejsce. Uśmiechnęła się wymuszenie, podchodząc do mężczyzny. Usiadła koło niego, zostając natychmiast przytulona, przez co ledwo powstrzymałem chęć wstania z mojego miejsca i uderzenia go prosto w jego orli nos. Rozmawiali niedługo bez żadnych gestów, jednak najwidoczniej znudziło mu się to po chwili. Przybliżył jej głowę do swojej piersi, kładąc ją tak bezwładnie. Następne objęcie w talii, zabawa kosmykami jej blond włosów. Stary zboczeniec bawił się nią w najlepsze, rozmawiając dalej. W końcu sięgnął po kieliszek, wypuszczając ją na chwilę. Po przełknięciu alkoholu ośmielił się do powolnej zabawy jej ramiączkiem, opuszczając je w końcu z ramienia, przez co Lisa natychmiast wstała jak oparzona, unosząc ku niemu środkowy palec. Uderzyła go szybko w twarz, wybiegając z budynku. Natychmiast ruszyłem za nią, doganiając dopiero na zakręcie.
- Przepraszam, Liso. Jak mogłem się na to zgodzić? Już nigdy nie pozwolę, by cię tak traktowali.- powiedziałem, czując jak rzuca mi się w ramiona. Usiedliśmy na schodach jakiegoś domu, a ona drżała w płaczu. Tak bardzo było mi za siebie wstyd. Wycierałem regularnie jej łzy swoją chustą, jednak to nie pomagało. To było stanowczo za dużo zarówno dla niej, jak i dla mnie. Otworzyła swoją torebkę drżącą ręką, wyciągając z niej niebieski kalendarzyk z roku 1951. Rzuciła mi go na kolana, znów wybuchając płaczem. Mogłem tylko gładzić ją po plecach, czekając aż nastąpi w niej spokój na tyle duży, że będzie mogła coś powiedzieć.
- To nie twoja wina, Jamie... To był mój pomysł... Tylko... To mnie uraziło... A ten dziennik wydobyłam z kieszeni jego spodni.- powiedziała odsuwając się w końcu ode mnie. Wyglądała tak mizernie jakby zaraz miała się rozpaść. Poprzysiągłem sobie, że jeszcze Philip za to zapłaci, jednak to nie był ten dzień. Otworzyłem w końcu książeczkę. Każdy dzień miał swoją notatkę, więc chciałem jak najszybciej je przeczytać, by jakoś odwrócić jej uwagę od wydarzeń z przed chwili. jak mogłem się tak zachować? Trafiłem na notkę z 17 listopada, czyli dzień przed śmiercią ojca Lisy. "Odwiedził mnie dziś Edward. Myślałem, że jak zwykle chciał zejść do piwnicy, jednak okazało się na zupełnie inaczej. Chce mnie wciągnąć w jakieś spotkanie dotyczące E i B. Nigdy ich nie wypuszczę, szczególnie B. Zależy mi na nim, ma wiele informacji. Jego dziewczyna jest tylko przykrywką. Nie zgodzę się na odebranie mi ich. Przenoszę ich jutro na Owena 64, tam nikt ich nie znajdzie do śmierci." Zdziwiło mnie, że wszyscy tak łatwo zostawiali nam adresy, jednak nie miałem zamiaru na to narzekać. Zamiast komentowania tekstu przewróciłem stronę na datę śmierci ojca Lisy. "Koniec Edwarda, koniec problemów. E i B przeniesieni. Jutro spotkanie z Lilith w kryjówce. Dawno jej nie widziałem." Poczułem znaczny niedosyt informacji, jednak nie miałem zamiaru nic już dzisiaj robić. Chciałem tylko wrócić do domu i zasnąć. A jednak czułem, że to nie koniec tej nocy.
- Pojedziemy pod ten adres, nie martw się. Jednak nie dziś, za dużo nam przeżyć. Szczególnie tobie... Przepraszam.- odwróciłem wzrok, wkładając notatki Philipa ponownie do torebki kobiety. Czułem szczere wyrzuty sumienia, dlatego musiałem jakoś jej to wynagrodzić. Nagle na ziemię wyleciał mi pierścionek Agnes, odbijając się o ulicę. Poszedłem po niego, wkładając znów do kieszeni spodni. nie mogłem o nim zapomnieć, jednak musiałem przyznać, że się martwiłem. Agnes nie miała w zwyczaju gubić swojej rzeczy, a pierścionki były dla niej świętością. Zauważyłaby jego brak. Gdzieś w głębi duszy się o nią martwiłem, nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś jej się stało.
Nadeszło potwierdzenie moich słów. Usłyszałem głośny krzyk "Pomocy!". Był bardzo cienki, chrypliwy, ale nadal należał do czarnowłosej. Dobiegał z prawej strony, zapewne zza zakrętu. Lisa również go poznała, wstając szybko. Pognaliśmy w następną ulicę, a moje serce biło niespokojnie. Kto śmiał skrzywdzić Agnes?
Nieważne , ważne że powinien jak najszybciej się przede mną schować.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak, tak. Wróciłam. Powinnam właściwie przeprosić, jednak w tej dziedzinie jestem znacznie gorsza niż w powitaniach. Prawda jest jednak taka, że cały czas tu byłam, tylko nie pisałam. Nie miałam weny, ochoty, czasu. Ale dzisiaj powiedziałam sobie: "Czas się ruszyć i to dokończyć moja panno" i udało się. Powstał rozdział VII tej powieści. Nie jestem w sumie pewna, czy ktokolwiek to jeszcze przeczyta, jednak mam nadzieję, że ktoś został. Bo oto złożyłam sobie obietnicę. Jeden rozdział na dwa tygodnie, w weekendy. Jeśli się nie będą pojawiać, natychmiast mnie upominajcie, wtedy poniosę jakąś karę (plus tysiąc słów w nowym rozdziale czy coś takiego). To powinno mnie zmotywować, bo przecież nie chcę stąd odchodzić tak szybko. Miłego lata (co prawda nie kalendarzowego), moi drodzy. Mam nadzieję, że jednak napiszecie te komentarze, których tak potrzebuję do szczęścia (serio, ja się wręcz nimi żywię). Także cóż, dziękuję Wam za wszystko,
Autorka
No nie powiem... Jest coraz ciekawiej. Nie daruję ci jeśli to przerwiesz, więc jakby co będę upominać najgłośniej ze wszystkich ;)
OdpowiedzUsuńA tak ogólnie to jak zawsze fantastycznie.
Dziękuję
Ahh, jak ja się za tym blogiem stęskniłam. I upominaj, bo ja straszny leń jestem ;__;
UsuńPlus to ja dziękuję ^^
Coraz ciekawiej, coraz bardziej tajemniczo... Podoba mi się ^^ A jak zechcesz przerwać, to... to nie wiem co Ci zrobię, no ;-;
OdpowiedzUsuńNa pewno nie zechcę stąd zniknąć, zbyt dużo dla mnie to wszystko znaczy. I jeszcze Wy, którzy tak mnie ciepło wspieracie, kochani c:
UsuńCzyli nie będę musiała zamknąć Cię w pokoju, tylko z laptopem i jedzeniem? Uff, ulżyło mi xD
UsuńWidzisz, nie będziesz zmuszona do zastosowania takiej taktyki xD
Usuń