sobota, 14 marca 2015

Rozdział I "Motyl Odkrywczy"

Dni mijały powoli, tocząc się jak kule od krykieta. Jak to już jesienią bywa, mogłem obserwować całymi dniami siąpiący deszcz, który powoli doprowadzał mnie do szału swoim nieprzerwaniem. Promienie słońca były chwalebną rzadkością w ostatnim tygodniu, dlatego zobaczenie ich od razu wprowadzało szeroki uśmiech na moją twarz. Pracowałem solidnie przez ten cały czas, zresztą jak zawsze. Odpłacałem bez oszustw daną mi szansę przez te pięć lat z każdym dniem. W końcu tylko taka osoba jak pani Margaret Clainar mogła przyjąć takiego nieudacznika pod swoje skrzydła. Po wojnie wszystko się zmieniło, świat zaczął powoli odżywać. Pamiętałem dobrze jej okrucieństwa, widziałem ich aż nadto. 
Wrzesień 1939, miałem 8 lat. Wyglądałem przez okno na dzieci zmierzające do szkoły. Chciałem by moja choroba minęła prędko i bym mógł ruszyć szybko do drugiej klasy. Przecież rodzice kupili mi nowy tornister i kałamarz z prawdziwego zdarzenia, którymi tak bardzo chciałem się pochwalić przed moimi kolegami. A potem usłyszałem przeraźliwy huk, aż odrzuciło mnie od okiennicy której tak kurczowo się trzymałem. Nie rozumiałem co się działo, ale kiedy znów wychyliłem głowę za parapet, moi koledzy leżeli na ziemi, nie wzruszeni na żadne bodźce. Mama odciągnęła mnie siłą od tego widoku, zasłaniając mi brutalnie oczy. Tak, tego dnia miałem wielkie szczęście. Właściwie to miałem je przez całe życie, w końcu inaczej bym nie przeżył. 
Na wojnie straciłem rodziców i czwórkę rodzeństwa, czyli wszystkich moich bliskich. Zginęli jako numery, porozrzucani po różnych obozach koncentracyjnych. Oczywiście nie licząc tu taty, który popełnił samobójstwo tuż przed końcem tego terroru. Zostałem sam na świecie, a miałem tylko głupie czternaście lat. Pomocy nie otrzymałem od nikogo, zarabiałem czyszcząc buty przechodniom i grywając po ulicach. Zawsze miałem pod górkę, ale jakoś sobie radziłem.
Jednak nadszedł czas i na mnie. Rok 1953, osiągam wiek lat dwudziestu dwóch. Znalazłem broszurkę błąkającą się po ulicy, więc chwyciłem ją od niechcenia w dłonie. Tak oto dowiedziałem się o zapotrzebowaniu na kamerdynera w posiadłości pani Clainar. Płaca była wysoka, tak wysoka, że aż myślałem nad tym, czy czasem ktoś tu się ze mnie nie naigrywa. Jednak nie, to była cudna prawda. Co więc innego mógł zrobić taki nieudacznik jak ja niż nie pobiec co tchu pod wskazany adres? 
Od tego dnia wiele się zmieniło. Mamy rok 1958, a ja już wyrosłem z mojej idiotycznej głupoty i złego losu. Teraz zwracają się do mnie na "Pan Scraf", co jest dla mnie największą nagrodą za te wszystkie lata życia w cieniu i poniżeniu. Ludzie potrzebują bycia docenianymi, taka potrzeba siedzi w nich od zawsze. We mnie też ona istnieje, czuję ją z każdym krokiem, kłuje mnie niemiłosiernie prosto w moje porozrywane na kawałki serce. Może i pewnego dnia się uaktywni, nie da mi spokoju i każe się buntować. Tylko niby po co miałbym się buntować, skoro nie mam po co, komu, ani jak. Przecież byłem szczęśliwy w moim małym kącie świata, prawda? Tak, wielu uważało, że sobie taki stan rzeczy wmawiałem z uporem, ale tak rzeczywiście było.
- Jamie, czemu jeszcze nie zaniosłeś świeżej gazety dla panienki Lisy?- z zamyślenia brutalnie wyrwał mnie głos Bridget, jednej z pokojówek. Kobieta była tylko kilka lat starsza ode mnie, ale i tak zachowywała się jakby to ona była służyła w posiadłości od co najmniej kilku stuleci. Mimo to jej humor i cięty język potrafiły wprowadzić w dobry nastrój takiego szaleńca jakim byłem. Uśmiechnąłem się przepraszająco, przeczesując powoli włosy. Podniosłem się z westchnięciem z fotela, łapiąc za stosik gazet, zastanawiając się nad najodpowiedniejszą lekturą dla młodej damy. W końcu wybrałem najzwyklejszy dziennik, który zawierał wyłącznie suche informacje. Gdybym wybierał dłużej może i znalazłbym coś ciekawszego, ale perspektywa szybszego spotkania się z Lisą nie pozwalała mi na dalsze wybory. Ułożyłem sobie na tacy cały arsenał, jaki to był mi potrzebny do porannego wejścia do pokoju panienki. Włożyłem delikatnie do wazonu świeżą różę herbacianą (ulubiony gatunek Lisy), złożyłem najstaranniej jak mogłem kremową serwetkę, a do półmiska wlałem ciepłej wody, by panienka mogła sobie już zwyczajowo przemyć twarz. Na porcelanowy talerzyk nałożyłem jedną z świeżych malinowych babeczek z polewą waniliową i ruszyłem korytarzami do pokoju młodej kobiety. Zapukałem trzy razy, bowiem tyle właśnie sobie zawsze życzyła, po czym słysząc dość melancholijne "proszę" zdecydowałem się na wkroczenie do pokoju. 
Od razu mój wzrok skierował się na panienkę, która czesała swoje złociste loki przy toaletce. Nie była jeszcze ubrana, a jej koszula nocna dodawała widokowi niewinności i pokory. Mimo widocznego zaspania uśmiechała się delikatnie swoimi ustami o kolorze brzoskwini. Tak, od zawsze uwielbiałem właśnie te pięknie wycięte w górnej wardze usteczka, których to pragnąłem posmakować o każdej pory dnia i nocy. Nie było bowiem człowieka, który nie wierzył w to, że byłem po uszy zakochany w Lisie. Sam nie mogłem temu długo zaprzeczać, bowiem kłamstwo nigdy się mnie nie trzymało. Widok tej damy działał na mnie kojąco, a każde jej słowo skierowane do mnie obdarzałem wręcz czcią, tak wielkie było moje uczucie. Gdy jej cynamonowe oczy odziedziczone po matce zauważyły mnie w koncie pomieszczenia, natychmiast przerwała zajęcie i odwróciła się w moją stronę, nie wstając jednak z miejsca. 
- Dzień dobry panienko, jak się spało?- zapytałem, kładąc ostrożnie tacę na ruchomy stolik, który następnie przytoczyłem pod jej łóżko, by mogła skonsumować posiłek i odprężyć się jeszcze w otchłani jedwabnej pościeli. Widziałem przecież po jej minie, że na to miała tylko ochotę. Ogniki w jej oczach zresztą symbolizowały jakąś nagłą wieść, która mogła oznaczać wiele niespodzianek jakimi to zaskakiwała mnie ta niezwykła dwudziestopięciolatka o mentalności małego dziecka. Przełożyła nogę na nogę, przy okazji pozwalając mi doświadczyć błogości obserwacji jej młodzieńczych kształtów. Wstała, śmiejąc się cicho, przy czym niespodziewanie się zarumieniła. Takie zjawiska były u niej bardzo częste, więc się nie przejmowałem jakimś nowym incydentem, będąc do tego przyzwyczajony. Przechodząc obok mnie niespodziewanie zmieniła tor swojego pozornego ruchu, stając obok mnie.
- Jaime, spało mi się dziś doprawdy cudownie. Gdybyś był tak miły i pobiegł po Bridget, by mnie uczesała i umalowała, byłabym ci bardzo wdzięczna. Dziękuję również za różę, zawsze pamiętasz.- uśmiechnąłem się, czując rumieniec na policzkach. Kobieta poszła już w stronę swojego łóżka, co miało dla mnie oznaczać czas na oddelegowanie się za drzwi, co niechybnie uczyniłem. Nadal w uszach dźwięczał mi aksamitny głos panienki, ale wyzbyłem się tego uczucia by móc się lepiej skupić na pracy. W końcu nie chciałem przez moje uczucia nie spełniać dobrze moich obowiązków, prawda? Zbiegłem szybko ze schodów, prawie wpadając na pana Letworth, mojego przełożonego. Był to już łysiejący mężczyzna, nieco niższy ode mnie i sporo grubszy. Szanował swój zawód wielce, ale nie był tyranem dla pracowników. Wręcz przeciwnie, działał raczej jako nasz mentor i dobry duch swoimi uśmiechami i dobrym słowem. Tym razem też zaśmiał się tubalnie, jak to przystało na mężczyznę obdarzonego bardzo donośnym basem.
- Musisz bardziej uważać mój drogi. Właśnie cię szukałem, więc w sumie dobrze się składa. Proszę, wypastuj buty przywiezione od szewca.- przytaknąłem mu zgodnie i, nie wdając się w dalszą rozmowę, popędziłem szukać Bridget by spełnić prośbę Lisy. Zależało m na tym, by załatwić to szybko, więc nie zważając na brak etykiety przyśpieszyłem do pełnego biegu. Wtedy też dostrzegłem pokojówkę na końcu korytarza, co od razu przywołało uśmiech na moją twarz. Poinstruowałem ją na jednym oddechu co też ma zrobić, sam pędząc do następnego zadania. 
To były piękne trzewiki z czarnej skóry, doprawdy majstersztyk. Lekkie, eleganckie i przewiewne, a na dodatek na filuternym, średniej wysokości obcasie. Ująłem w dłoń bucik, by wyczyścić go nową pastą, przy okazji testując ją. Błyszczał pięknie i bez niej, ale przecież musiałem wykonać moją pracę bez żadnych oszustw. Otworzyłem pudełko z czarnym specyfikiem, dokładnie nurzając w nim gąbkę, która po chwili przejęła kolor pasty. Do moich nozdrzy doszedł ten specyficzny zapach jaki towarzyszył pastowaniu, który tak sobie ceniłem. Zacząłem podśpiewywać jedną z zasłyszanych rano piosenek i z całą mocą począłem robić okrężne ruchy na czubku trzewika. Zapowiadał się doprawdy piękny dzień, o tak.
- Dzień dobry, czy to posiadłość pani Clainar?- usłyszałem znienacka kobiecy głos nad sobą, który wywołał we mnie strach. Dalsze wydarzenia już same się potoczyły. Wzdrygając się, zatopiłem całą dłoń w lepkiej paście, stając się w jakiejś części człowiekiem rasy czarnej, a sam spadłem ze stołka na bruk, odczuwając ból w lewym pośladku. Zabluźniłem w myślach, jednak wstałem szybko, by dowiedzieć się kto też wprowadził mnie w taki stan. Zobaczyłem kobietę w pięknej, morelowej sukni, która trzymała ku górze parasol o tym samym kolorze. Musiała być z wyższych sfer, widać to było po niej. Zresztą poczułem jedne z perfum pani Clainar, co uświadczyło mnie w tej myśli. A potem zobaczyłem te typowe dla tej jednej rodziny oczy i zrozumiałem natychmiast, że mam do czynienia z siostrą mojej pani, niejaką Ophelią o tym dumnym nazwisku rodowym. Uśmiechnąłem się niezręcznie, chowając brudną dłoń za plecy. 
- Tak, dobrze pani trafiła. Jak minęła podróż?- zapytałem ze szczerą nadzieją na to, że jednak ów kobieta ma trochę serca i poczucia humoru jak jej siostra, oraz nie będzie mi wytykać moich błędów. Najchętniej uciekłbym do łazienki, by zniwelować lepiącą masę na mojej lewej ręce, ale nie mogłem tego uczynić. W takim wypadku czekałem tylko na wybawienie ze strony któregoś z kamerdynerów bądź pokojówek, którzy przecież musieli kręcić się gdzieś po dworze.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak oto rozdział pierwszy powieści został zakończony. Kiedy pojawi się następna notka? To oczywiste - dokładnie w tym czasie, kiedy ją napiszę. Mam nadzieję, że przygody pana Szalika (bo przecież Scraf to "szalik" po angielsku) przypadły mojej publiczności do gustu. Namawiam do pisania komentarzy i polecenia strony znajomym, by historia mogła zabalować trochę na tym świecie. 

Autorka

6 komentarzy:

  1. Pewnie się powtarzam, ale jeszcze raz napiszę: to było wspaniałe. Masz świetny styl pisania, rozdział czyta się bardzo przyjemnie. Pozdrawiam ciepło i czekam na część następną przygód Pana Szalika ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pan Szalik? Uśmiech zagościł na mej twarzy, gdy przeczytałam pierwsze zdanie w tym poście. Lubię twój styl pisania, choć jest zagmatwany :) mimo tego, świetna notka a cała opowieść dobrze i ciekawie się zapowiada ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę cieszę się, że ktoś docenia moją pracę.

      Usuń
  3. *Zawsze się wciśnie z komentarzem* Szybko się czyta, a jednak żadne słowo nie umyka uwadze czytelnika. Masz bardzo fajny styl pisania, dzięki któremu z łatwością można zobaczyć oczami wyobraźni świat przedstawiony w tekście. Dużo weny życzę i ten... Powodzenia, wytrwałości.
    -Angela, bardziej znana jako Tenebris

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo i idę kończyć drugi rozdział ^^

      Usuń