Dawno już nie poznałem takiej kobiety jaką byłą Ophelia Clainar. Mimo swojego wieku zadziwiała gibkością i wigorem, wyglądała jakby mogła bez trudu wbiec po schodach posiadłości kilka razy i nie dostać przy tym zadyszki. Zadziwiła mnie miło, kwitując moje przedstawienie gromkim śmiechem. W jej oczach cały czas tańczyły wesołe iskierki, jakie to towarzyszą tylko osobom niezwykle szczęśliwym bądź podekscytowanym. Kiedy chodziła po korytarzach posiadłości, jej obcasy stukały głośno, jakby była dopiero młodą dziewczyną poznającą tajniki chodzenia w szpilkach. Mimo wszelkich nalegań z mojej strony nie odłożyła swego parasola na półkę, nie pozwalając mi go choć tknąć. Poza tym odkryłem jeszcze u niej kilka dziwactw, które zaczęły mnie coraz to bardziej intrygować. Mianowicie pani nosiła przy sobie cały czas pudełko z małymi karmelkami i częstowała nimi każdego na swej drodze. Nie sposób było pani odmówić, bo kiedy ktoś próbował się od słodyczy wymigać robiła minę godną zbitego szczeniaka. Następną taką ciekawostką był nietuzinkowy sposób intonacji, jakby mówiła z jakimś zagranicznym, nie znanym mi akcentem. Najprawdopodobniej musiała spędzać w jakimś kraju bardzo dużą część swojego życia, by zapomnieć już o właściwym języku ojczystym.
Stanęliśmy w końcu przed drzwiami pokoju pani Margaret. Chciałem już kulturalnie zapukać, jednak uprzedziła mnie moja rozmówczyni, która z impetem siedmiolatki wparowała do pomieszczenia. Słyszałem jak pani Margaret wyrwał się okrzyk zdumienia na widok siostry, który przywołał uśmiech na moją twarz. Kobieta bowiem bardzo rzadko zachowywała się naturalnie, obstając raczej przy twardej etykiecie. Uznałem, że nie będę więcej potrzebny i udałem się ze spokojem do łazienki, by zmyć towarzyszącą mi już przez dłuższy czas plamę, która mogła już stać się widoczna, a tego wolałbym jednak uniknąć. Zszedłem w dół po schodach, słysząc jeszcze ożywioną rozmowę dwóch starszych pań.
Łazienka była przestronna i jasna, przez co wydawała się bardzo świeża i czysta. Poczułem zapach cytryny, który był spowodowany pudełeczkiem z sokiem z tegoż właśnie owocu, który to kazała stosować pani Margaret w łazienkach, co zresztą było bardzo ciekawie przemyślane. Odkręciłem kurek, dzięki czemu z kranu zaczęła lecieć woda cienkim strumieniem. Na drugą rękę nałożyłem trochę mydła i, modląc się by to poskutkowało, zacząłem pienić je o tą ubrudzoną dłoń. Kiedy już uznałem, że białych bąbelków jest w wystarczającej ilości, włożyłem rękę pod bieżącą wodę, obserwując jak piana powoli ustępuje, odsłaniając czystą skórę. Westchnąłem z ulgą, wycierając się o chusteczkę z kieszeni. Miałem szczęście i tym razem.
Mógłbym właściwie iść na werandę i odpocząć, bo moje obowiązki zakończyłem dziś niezwykle szybko, jednak postanowiłem zająć mój czas inaczej, pomagając Jamesowi w jadalni nakrywać stół do obiadu. Młodzieniec był na służbie od czterech miesięcy, więc nie miał już problemu z żadną rzeczą, jednak mimo to traktowałem go jak niedoświadczonego młodzika, tak z przyzwyczajenia. Był ode mnie nieco młodszy, ale jego iście młodzieńcza mentalność wskazywała raczej na wiek nastoletni. Niezwykle żywiołowy i wesoły, czasem nawet przez te cechy zapominał o potrzebnym w pracy skupieniu i oddaniu.
Znalazłem go przecierającego białą serwetką widelce. W rogu pokoju krzątała się Caroline, podlewająca z lubością kwiaty. Była to najstarsza pokojówka i zarazem najlepsza przyjaciółka pani Margaret. Mimo tego, że prawnie była odpowiedzialna tylko za sprawy finansowe posiadłości to jej wieloletnie przywiązanie do tego miejsca nie pozwalało na skończeniu pracy fizycznej. Była dość wątła i niska, jednak podobnie jak poznana przeze mnie przed chwilą Ophelia miała w sobie bardzo dużo wigoru i bezsprzecznie była w stanie wykonywać takie czynności jak polerowanie poręczy schodowych czy mycie niskich okien. Podszedłem do Jamesa, uśmiechając się spod nosa.
- Wyświadczyć ci przysługę?- zapytałem, biorąc do rąk drugą serwetkę w dłonie. Tamten tylko skinął głową w odpowiedzi, nie okazując mi wdzięczności. Cóż, może go coś martwiło? Nie miałem zamiaru w to wnikać, tylko skoncentrowałem się na tej lekkiej czynności. Chwyciłem do rąk łyżkę od zupy, pieczołowicie przecierając ją, z szczególnym uwzględnieniem części wklęsłej. Wkrótce wszystkie naczynia, łącznie z talerzami i filiżankami lśniły nienagannie, więc ustawiliśmy trzy komplety przy krzesłach, dla Margaret, Lisy i Ophelii, resztę natomiast chowając na powrót do kufra. Przez myśl przemknęło mi, że i tak w tym pokrowcu się zakurzą, ale nie zwracałem już na to uwagi. Nie żegnając się z żadnym z nich wyszedłem z pokoju by zwołać rodzinę Clainar na obiad. Od wielu pokoleń panowała w tu tradycja, jakoby do obiady przywoływać domowników siedmioma metalicznymi uderzeniami w piękny instrument, jakim był trójkąt.
Zwiesiłem ów metalowy przedmiot z wieszaka, w drugą rękę biorąc specjalną pałeczkę do uderzania w jego brzegi. Wszedłem powoli na schody, starając się robić to z jak największą gracją. W końcu skoro to mnie dostępował zaszczyt wykonywania tradycji, to musiałem się należycie zachować. Stanąłem na szerokim półpiętrze, gdzie była najlepsza akustyka w całym domu i uderzyłem po raz pierwszy, czekając aż dźwięk rozniesie się po domu. Przymknąłem oczy za drugim razem, a z trzecim kompletnie straciłem głowę dla tej pięknej, acz monotonnej muzyki. Siedem uderzeń minęło jak pstryknięcie palcami, więc chciałem zabić i ósmy, ale opamiętałem się w ostatniej chwili i odsunąłem rękę z pałeczką od trójkąta. Uśmiechnąłem się szczerze, rozpamiętując jeszcze te błogie dźwięki. Potem jednak ktoś mnie od nich oderwał. Któż by inny mógł tego dokonać jak nie Lisa, prawda?
Wyglądała cudownie. Miała na sobie bluzkę o kolorze kawy z mlekiem na której odcinał się wzór z drobnych, szmaragdowych kwiatków. Kształtne uda skryła pod lekko rozkloszowaną spódnicą midi kolorem przywodzącym na myśl polewę waniliową z jej porannych babeczek. Swoje zgrabne, długie nogi przyodziała w cieliste rajstopy, a na uwieńczeniu ich dobrała dość wysokie (powiedziałbym nawet, że aż nadto) szpilki o kolorze ciemnozielonym, bardzo podobnym do wzoru na bluzce. Złociste włosy miała na pierwszy rzut oka rozpuszczone, jednak gdy przeszła koło mnie zauważyłem z tyłu głowy mały, filuterny koczek. Zamrugałem aż ze zdumienia, ale opanowałem się w ostatnim momencie, gdy spojrzała na mnie z oszałamiającym wręcz uśmiechem.
- Będę miała do ciebie potem sprawę, Jamie. Widzimy się po obiedzie.- moje serce zadygotało mi w środku, poczułem pulsującą krew w żyłach. Bałem się nawet, że kobieta usłyszy to bicie, ale były to tylko głupie fantazje. Zanim zdążyłem jej odpowiedzieć, odeszła szybko, zostawiając mnie w mgiełce zapachu wanilii jaki to za sobą zostawiała. Sam byłem w mieście po te perfumy, pamiętam dobrze. Prosiłem wtedy ekspedientki o najlepsze w całej drogerii i takie to dostałem. Jakiż to ja głupkiem byłem, że zakochałem się tak szczeniacko w tej damie jaką była Lisa Clainar. A jednak życzyła sobie czegoś ode mnie. Nie od żadnej innej osoby w posiadłości, tylko ode mnie. Oczywiście pewnie będzie to zwykła przysługa na zasadzie pracownik i jego przełożony, bo nasza relacja raczej (słowo "raczej" ratowało to zdanie, dlatego używałem go bardzo często) ograniczała się właśnie do takich stosunków, jednak miło było mi pofantazjować o tym, że zdradzi mi jakąś tajemnicę, uraczy swoim perlistym śmiechem.
Potem zobaczyłem panią Margaret idącą tuż przy pani Ophelii, więc skłoniłem lekko głowę w dowód wdzięczności. Dama uśmiechnęła się nieznacznie spod okularów z złotą ramówką, natomiast jej siostra podeszła do mnie, ściskając mi dłoń. Nie wiedziałem właściwie jak na taki incydent zareagować, więc po prostu uśmiechnąłem się niezręcznie. Pani zrobiła minę świadczącą o lekkim zagubieniu, jednak zaraz po tym przywołała swój uśmiech na twarz, dołączając do Margaret. Dwie starsze panie poszły do jadalni bezgłośnie (jeżeli ignorując stukanie obcasów Ophelii, oczywiście), więc postanowiłem udać się do łazienki by przygotować się choć trochę na spotkanie z Lisą. Oczywiście, mogłem z nią przebywać tylko na korytarzu, ale i tak jako kamerdyner powinienem był wyglądać perfekcyjnie zawsze, niezależnie od okazji.
Patrząc w lustro nie zauważyłem nikogo innego, a czasem chciałbym by ten sen się spełnił. Niestety, mogłem tylko ufać mojej osobistej "urodzie". Spojrzałem na moje bursztynowe włosy, mierzwiąc je lekko. Wyczułem jeszcze na nich warstwę brylantyny nałożonej rano, więc w rezultacie zaczesałem je ręką do tyłu, tworząc pozory do elegancji. Dawno już miałem ściąć krócej moją czuprynę, ale nigdy nie miałem czasu udać się do fryzjera. Zauważyłem jakiś pyłek koło moich oczu, więc strzepnąłem go prędko, przy okazji mając pretekst do obejrzenia moich ciemnozielonych oczu. Miałem bardzo długie rzęsy, co według pań było moim atutem, ja jednak nie podzielałem tego zdania. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Raz mnie panienka Lisa prosi do siebie i już szykuję się jak jakaś dama, doprawdy niedorzeczność. Mimo to zapiąłem jeszcze guzik od fraka i dopiero wtedy wyszedłem z łazienki.
Wychodząc prawie zderzyłem się z obiektem moich westchnień, co wywołało u nas krótką salwę śmiechu - jej prawdopodobnie szczerą, moją bardzo poddenerwowaną. Spojrzałem w oczy panienki, widząc w nich szczęście. Taki widok był mi potrzebny na dowód, że się na mnie nie gniewa. Wyciągnąłem chusteczkę z mojej górnej kieszeni by wytrzeć jeszcze ręce po wizycie w toalecie.
- Tak jak panienka tego chciała, jestem na posterunku.- zażartowałem, salutując. Skwitowała to tylko uśmiechem, ale i tak było to dla mnie wynagrodzenie wyższe niż Nagroda Nobla. Poinformowała mnie tylko cicho, że musimy udać się na werandę do zrealizowania jej planów. Skinąłem głową, choć nie rozumiałem o co chodzi panience. Oczywiście, z mojej strony wcale nie chciałem stać na środku korytarza, ale jej to wcale nie musiało przeszkadzać. Poszliśmy do altany w ciszy, wsłuchując się tylko w wydychane przez nas powietrze. Na dworze było dość chłodnawo, jednak jak na wrześniowe pogody i tak nie było na co narzekać. Usiedliśmy na ławeczce wskazanego przez Lisę miejsca, a ta wyjęła zza niej grubą księgę. Oczy mi zabłyszczały ze zdumienia, bowiem znałem każdą książkę w tym domu, jednak tej jeszcze nie widziałem. Czyżbym miał zaszczyt doświadczyć jakiejś nowej tajemnicy? Ekscytacja rosła we mnie z każdą sekundą, jednak czekałem cierpliwie aż to ona zadecyduje o chwili, z którą będzie gotowa na zaznajomienie mnie z zawartością przedmiotu. Westchnęła głęboko, rozglądając się na boki (co zresztą zrobiła chyba dla podbudowania akcji, bo o tej porze nikt po ogrodzie nie chodził), następnie otworzyła książkę na pierwszej stronie. Chciałem przeczytać tytuł, jednak zasłoniła go dłonią. Spojrzałem na kobietę pytająco, jednak tym razem nie miała uśmiechu na twarzy.
- Czy na pewno mogę ci zaufać?- zapytała, a ja aż zadrżałem w środku. Może i większość byłaby zasmucona, że kobieta ma do tego jeszcze wątpliwości, jednak ja byłem zadowolony z tego, co się właśnie działo. Położyłem dłoń na sercu na znak ślubowania, a ta w końcu złagodziła surowy wyraz swej twarzy. Stopniowo zaczęła odsłaniać napis na pierwszej stronie, a moje oczy pochłaniały tytuł księgi.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak mogłabym nie być tak okrutną i nie przerwać w tym miejscu, prawda? Co to za księga wiadome będzie w następnym rozdziale, który pojawi się niechybnie, obiecuję. Dziękuje za miłe komentarze pod ostatnimi notkami i prosiłabym o wyrażanie swojej opinii również i pod tym rozdziałem.
Autorka
Mógłbym właściwie iść na werandę i odpocząć, bo moje obowiązki zakończyłem dziś niezwykle szybko, jednak postanowiłem zająć mój czas inaczej, pomagając Jamesowi w jadalni nakrywać stół do obiadu. Młodzieniec był na służbie od czterech miesięcy, więc nie miał już problemu z żadną rzeczą, jednak mimo to traktowałem go jak niedoświadczonego młodzika, tak z przyzwyczajenia. Był ode mnie nieco młodszy, ale jego iście młodzieńcza mentalność wskazywała raczej na wiek nastoletni. Niezwykle żywiołowy i wesoły, czasem nawet przez te cechy zapominał o potrzebnym w pracy skupieniu i oddaniu.
Znalazłem go przecierającego białą serwetką widelce. W rogu pokoju krzątała się Caroline, podlewająca z lubością kwiaty. Była to najstarsza pokojówka i zarazem najlepsza przyjaciółka pani Margaret. Mimo tego, że prawnie była odpowiedzialna tylko za sprawy finansowe posiadłości to jej wieloletnie przywiązanie do tego miejsca nie pozwalało na skończeniu pracy fizycznej. Była dość wątła i niska, jednak podobnie jak poznana przeze mnie przed chwilą Ophelia miała w sobie bardzo dużo wigoru i bezsprzecznie była w stanie wykonywać takie czynności jak polerowanie poręczy schodowych czy mycie niskich okien. Podszedłem do Jamesa, uśmiechając się spod nosa.
- Wyświadczyć ci przysługę?- zapytałem, biorąc do rąk drugą serwetkę w dłonie. Tamten tylko skinął głową w odpowiedzi, nie okazując mi wdzięczności. Cóż, może go coś martwiło? Nie miałem zamiaru w to wnikać, tylko skoncentrowałem się na tej lekkiej czynności. Chwyciłem do rąk łyżkę od zupy, pieczołowicie przecierając ją, z szczególnym uwzględnieniem części wklęsłej. Wkrótce wszystkie naczynia, łącznie z talerzami i filiżankami lśniły nienagannie, więc ustawiliśmy trzy komplety przy krzesłach, dla Margaret, Lisy i Ophelii, resztę natomiast chowając na powrót do kufra. Przez myśl przemknęło mi, że i tak w tym pokrowcu się zakurzą, ale nie zwracałem już na to uwagi. Nie żegnając się z żadnym z nich wyszedłem z pokoju by zwołać rodzinę Clainar na obiad. Od wielu pokoleń panowała w tu tradycja, jakoby do obiady przywoływać domowników siedmioma metalicznymi uderzeniami w piękny instrument, jakim był trójkąt.
Zwiesiłem ów metalowy przedmiot z wieszaka, w drugą rękę biorąc specjalną pałeczkę do uderzania w jego brzegi. Wszedłem powoli na schody, starając się robić to z jak największą gracją. W końcu skoro to mnie dostępował zaszczyt wykonywania tradycji, to musiałem się należycie zachować. Stanąłem na szerokim półpiętrze, gdzie była najlepsza akustyka w całym domu i uderzyłem po raz pierwszy, czekając aż dźwięk rozniesie się po domu. Przymknąłem oczy za drugim razem, a z trzecim kompletnie straciłem głowę dla tej pięknej, acz monotonnej muzyki. Siedem uderzeń minęło jak pstryknięcie palcami, więc chciałem zabić i ósmy, ale opamiętałem się w ostatniej chwili i odsunąłem rękę z pałeczką od trójkąta. Uśmiechnąłem się szczerze, rozpamiętując jeszcze te błogie dźwięki. Potem jednak ktoś mnie od nich oderwał. Któż by inny mógł tego dokonać jak nie Lisa, prawda?
Wyglądała cudownie. Miała na sobie bluzkę o kolorze kawy z mlekiem na której odcinał się wzór z drobnych, szmaragdowych kwiatków. Kształtne uda skryła pod lekko rozkloszowaną spódnicą midi kolorem przywodzącym na myśl polewę waniliową z jej porannych babeczek. Swoje zgrabne, długie nogi przyodziała w cieliste rajstopy, a na uwieńczeniu ich dobrała dość wysokie (powiedziałbym nawet, że aż nadto) szpilki o kolorze ciemnozielonym, bardzo podobnym do wzoru na bluzce. Złociste włosy miała na pierwszy rzut oka rozpuszczone, jednak gdy przeszła koło mnie zauważyłem z tyłu głowy mały, filuterny koczek. Zamrugałem aż ze zdumienia, ale opanowałem się w ostatnim momencie, gdy spojrzała na mnie z oszałamiającym wręcz uśmiechem.
- Będę miała do ciebie potem sprawę, Jamie. Widzimy się po obiedzie.- moje serce zadygotało mi w środku, poczułem pulsującą krew w żyłach. Bałem się nawet, że kobieta usłyszy to bicie, ale były to tylko głupie fantazje. Zanim zdążyłem jej odpowiedzieć, odeszła szybko, zostawiając mnie w mgiełce zapachu wanilii jaki to za sobą zostawiała. Sam byłem w mieście po te perfumy, pamiętam dobrze. Prosiłem wtedy ekspedientki o najlepsze w całej drogerii i takie to dostałem. Jakiż to ja głupkiem byłem, że zakochałem się tak szczeniacko w tej damie jaką była Lisa Clainar. A jednak życzyła sobie czegoś ode mnie. Nie od żadnej innej osoby w posiadłości, tylko ode mnie. Oczywiście pewnie będzie to zwykła przysługa na zasadzie pracownik i jego przełożony, bo nasza relacja raczej (słowo "raczej" ratowało to zdanie, dlatego używałem go bardzo często) ograniczała się właśnie do takich stosunków, jednak miło było mi pofantazjować o tym, że zdradzi mi jakąś tajemnicę, uraczy swoim perlistym śmiechem.
Potem zobaczyłem panią Margaret idącą tuż przy pani Ophelii, więc skłoniłem lekko głowę w dowód wdzięczności. Dama uśmiechnęła się nieznacznie spod okularów z złotą ramówką, natomiast jej siostra podeszła do mnie, ściskając mi dłoń. Nie wiedziałem właściwie jak na taki incydent zareagować, więc po prostu uśmiechnąłem się niezręcznie. Pani zrobiła minę świadczącą o lekkim zagubieniu, jednak zaraz po tym przywołała swój uśmiech na twarz, dołączając do Margaret. Dwie starsze panie poszły do jadalni bezgłośnie (jeżeli ignorując stukanie obcasów Ophelii, oczywiście), więc postanowiłem udać się do łazienki by przygotować się choć trochę na spotkanie z Lisą. Oczywiście, mogłem z nią przebywać tylko na korytarzu, ale i tak jako kamerdyner powinienem był wyglądać perfekcyjnie zawsze, niezależnie od okazji.
Patrząc w lustro nie zauważyłem nikogo innego, a czasem chciałbym by ten sen się spełnił. Niestety, mogłem tylko ufać mojej osobistej "urodzie". Spojrzałem na moje bursztynowe włosy, mierzwiąc je lekko. Wyczułem jeszcze na nich warstwę brylantyny nałożonej rano, więc w rezultacie zaczesałem je ręką do tyłu, tworząc pozory do elegancji. Dawno już miałem ściąć krócej moją czuprynę, ale nigdy nie miałem czasu udać się do fryzjera. Zauważyłem jakiś pyłek koło moich oczu, więc strzepnąłem go prędko, przy okazji mając pretekst do obejrzenia moich ciemnozielonych oczu. Miałem bardzo długie rzęsy, co według pań było moim atutem, ja jednak nie podzielałem tego zdania. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Raz mnie panienka Lisa prosi do siebie i już szykuję się jak jakaś dama, doprawdy niedorzeczność. Mimo to zapiąłem jeszcze guzik od fraka i dopiero wtedy wyszedłem z łazienki.
Wychodząc prawie zderzyłem się z obiektem moich westchnień, co wywołało u nas krótką salwę śmiechu - jej prawdopodobnie szczerą, moją bardzo poddenerwowaną. Spojrzałem w oczy panienki, widząc w nich szczęście. Taki widok był mi potrzebny na dowód, że się na mnie nie gniewa. Wyciągnąłem chusteczkę z mojej górnej kieszeni by wytrzeć jeszcze ręce po wizycie w toalecie.
- Tak jak panienka tego chciała, jestem na posterunku.- zażartowałem, salutując. Skwitowała to tylko uśmiechem, ale i tak było to dla mnie wynagrodzenie wyższe niż Nagroda Nobla. Poinformowała mnie tylko cicho, że musimy udać się na werandę do zrealizowania jej planów. Skinąłem głową, choć nie rozumiałem o co chodzi panience. Oczywiście, z mojej strony wcale nie chciałem stać na środku korytarza, ale jej to wcale nie musiało przeszkadzać. Poszliśmy do altany w ciszy, wsłuchując się tylko w wydychane przez nas powietrze. Na dworze było dość chłodnawo, jednak jak na wrześniowe pogody i tak nie było na co narzekać. Usiedliśmy na ławeczce wskazanego przez Lisę miejsca, a ta wyjęła zza niej grubą księgę. Oczy mi zabłyszczały ze zdumienia, bowiem znałem każdą książkę w tym domu, jednak tej jeszcze nie widziałem. Czyżbym miał zaszczyt doświadczyć jakiejś nowej tajemnicy? Ekscytacja rosła we mnie z każdą sekundą, jednak czekałem cierpliwie aż to ona zadecyduje o chwili, z którą będzie gotowa na zaznajomienie mnie z zawartością przedmiotu. Westchnęła głęboko, rozglądając się na boki (co zresztą zrobiła chyba dla podbudowania akcji, bo o tej porze nikt po ogrodzie nie chodził), następnie otworzyła książkę na pierwszej stronie. Chciałem przeczytać tytuł, jednak zasłoniła go dłonią. Spojrzałem na kobietę pytająco, jednak tym razem nie miała uśmiechu na twarzy.
- Czy na pewno mogę ci zaufać?- zapytała, a ja aż zadrżałem w środku. Może i większość byłaby zasmucona, że kobieta ma do tego jeszcze wątpliwości, jednak ja byłem zadowolony z tego, co się właśnie działo. Położyłem dłoń na sercu na znak ślubowania, a ta w końcu złagodziła surowy wyraz swej twarzy. Stopniowo zaczęła odsłaniać napis na pierwszej stronie, a moje oczy pochłaniały tytuł księgi.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak mogłabym nie być tak okrutną i nie przerwać w tym miejscu, prawda? Co to za księga wiadome będzie w następnym rozdziale, który pojawi się niechybnie, obiecuję. Dziękuje za miłe komentarze pod ostatnimi notkami i prosiłabym o wyrażanie swojej opinii również i pod tym rozdziałem.
Autorka
Osz Ty wredotko, przerwać w takim momencie ;-;
OdpowiedzUsuńA ciekawość rośnie i chyba niedługo mnie zgniecie, taka będzie wielka xD
Stary zabieg na podtrzymanie akcji, musiałam go choć raz zastosować :P
UsuńI zastosujesz jeszcze wiele razy, jestem tego pewna :D
UsuńNie mogę uwierzyć, że Nam to zrobiłaś. Rozbudziłaś moją ciekawość do tego stopnia, że chyba zagwarantowałaś mi bezsenną noc...
OdpowiedzUsuńHaha, życzę miłych snów w takich razie. Mam teraz tylko nadzieję, że niespodzianka Was nie zawiedzie.
UsuńSteven King byłby z ciebie dumny jak wprawnie podsyciłaś w nas ciekawość, a następnie urwałaś w najlepszym momencie. Czy to będzie zakazana książka skrywająca mroczne sekrety? Ciekawość mnie zżera jak pozostałych. Pozdrawiam ciepło i życzę weny ;)
OdpowiedzUsuńNo jak mogłaś?? Ja tu siedzę i czytam z szeroko otwartymi oczami, a ty tak przerywasz?? No umrę z ciekawości normalnie!
OdpowiedzUsuńA tak na marginesie to świetny rozdział. Jestem mega ciekawa co to za księga i o co chodzi :)
Weny twórczej i przepraszam za komentarz nie na 200 słów ;)