Książka była wielkości ponadprzeciętnej, mógłbym nawet rzec, że była największym dziełem pisanym jakie widziałem na oczy. Dziwiłem się nawet przez moment dlaczego ów lektura nie zmiażdżyła jeszcze szczupłych ud panienki Lisy. Uśmiechałem się jak to miałem w zwyczaju przez większość czasu, ale czytając tytuł księgi na moją twarz wstąpiła mina wyrażająca zdziwienie i jakby dziwny niedosyt. "Akty własności rodziny Clainar".
To wszystko? Ta cała tajemnica to tylko głupia księga rachunkowa? Zmarszczyłem brwi, mrugając oczami. Może przekręciłem jakiś wyraz z emocji? Nie, przeczytałem dobrze. Czemu więc Lisa okrasiła tę księgę tak wielkim przedstawieniem emocjonalnym? Westchnąłem, opierając się na powrót ze spokojem na ściance altany, która niebezpiecznie zaskrzypiała pod naciskiem ciężaru siedemdziesięciu kilogramów mojego ciała. Jednak widząc urażenie na twarzy damy natychmiast wróciłem do pionu, patrząc jej w oczy. Czy zobaczyłem w nich zawód? Nie, to chyba było jednak coś innego, zupełnie odmiennego. Mógłbym to nazwać inną formą tego uczucia, jakby nie zawiodła się na mnie, lecz na sobie. Pewnie teraz myślała, że dokonała złego wyboru odkrywając przede mną tą tak ważną dla niej tajemnicę domu. Tylko że mimo moich wielkich starań nie mogłem się właśnie tego całego sekretu dopatrzeć w tym tak wybiórczym tytule. Opuściła głowę po kilku sekundach mojego natarczywego spojrzenia, jakby nie była przyzwyczajona do oczu na nią zwróconych. Chciałbym jakoś ją teraz pocieszyć, jednak wyczuwałem już momenty kiedy to chciała ciszy i czasu do namysłu. Tak, znałem ją świetnie, lepiej nawet niż panią Margaret. Z jej wyrazu twarzy można było czytać jak z otwartej książki, zachowała w sobie szczerość dziecka. Wielu przez to nazywało ją naiwną i właściwie to całkiem trafne określenie jej zmiennych nastrojów i emocji.
- Wiedziałam, że nie zrozumiesz od razu. Myślałam, że jednak będzie inaczej, Jamie.- odezwała się w końcu cicho, prawie płaczliwym tonem. Gdy wymawiała moje imię załamał jej się głos, co znaczyło, że chciała powiedzieć znacznie więcej. Szukałem w głowie jakiegoś incydentu który zmusiłby mnie do rozwiązania zagadki, ale myśli tylko kłębiły mi się w głowie nieprzyjemnie. Siedziałem więc tak z opuszczonymi rękoma na znak całkowitego upadku, pogrążając się w paskudnej ciszy. Miałem skąpą nadzieję, że to tylko dość nieudany żart Lisy, ale jej smutek trwał za długo by mogło to być prawdą. Była smutna i to z powodu mojego braku domyślania się spraw dla niej oczywistych. Nigdy nie potrafiłem nadążyć za myślami kobiecymi, były naprawdę zmienne i nieodgadnione, szczególnie w przypadku tej damy.
- Przepraszam, że uraziłem panią moim brakiem domysłu, jednak naprawdę nie rozumiem o co może chodzić w książce z takimi przyziemnymi rzeczami. Może mnie pani oświeci?- podjąłem próbę ironicznego żartu, by trochę rozładować atmosferę, jednak nie wyszła mi za bardzo, gdyż kobieta tylko westchnęła, opuszczając ramiona jeszcze niżej. Potem jednak poruszyła się, zmieniając zdanie i otworzyła księgę na jednej z ostatnich stron. Dokument z roku 1919 przedstawiał akt własności dużej posiadłości w Ethrid. Nagle zacząłem kojarzyć fakty. To właśnie w tym roku wprowadziła się tu rodzina Clainar. Pan Edward, ojciec Lisy umarł siedem lat temu, więc nawet nie miałem okazji go poznać. Słyszałem o nim tylko same dobre pogłoski, więc dziwiłem się czemu pani Margaret nie załamała się po przedwczesnej śmierci męża. Przecież Lisę musiałem osobiście pocieszać jeszcze na początku mojej służby, nosiła żałobę po rodzicielu przez całe cztery lata. Zacząłem czytać akt zważając na każde słowo. Kończąc stronę spojrzałem na Lisę, a ta szybko przewróciła ją. Tak też przebrnąłem przez cztery wielkie karty nudnego druczku o wyglądzie formalnym i już miałem to skwitować kolejnym niezrozumieniem, kiedy zobaczyłem podpis na dole strony. Niejaki pan Travis Brown, były notariusz miasteczka zostawił niezwykle koślawy podpis na wybranym miejscu. Rozumiałbym gdyby miała to być parawka, albo ów mężczyzna był lekarzem, jednak tu kursywą było napisane "podpis czytelny". Nie to jednak zaintrygowało mnie najbardziej. Po całym dolnym marginesie i podpisie z dużym kleksem był porozmieszczany dawno zaschnięty czerwonobrązowy płyn. Poczułem mimo upływu lat ten dziwny metaliczny zapach krwi i poczułem pot na czole. Spojrzałem mimowolnie na Lisę, która już przebiegała wzrokiem po mnie. W oczach miała strach, ale i dziwną satysfakcję (zapewne spowodowaną moim zrozumieniem, które łaskawie na mnie spłynęło).
- Teraz rozumiesz? Mój ojciec kupił ten dom poprzez zastraszanie urzędnika. Na dodatek na innych dokumentach mojego ojca też są te okropne ślady.- szybko pokazała mi kilka podobnych koślawych podpisów pod aktami notarialnymi, tak samo skąpanych w kroplach czerwonego płynu.- To znaczy że ojciec miał dwa życia. Jedno wśród otoczki rodziny i przyjaciół, a drugie...- znów załamał się jej głos, jednak tym razem dała upust emocjom, wypuszczając łzy na policzki. Zdjąłem z jej nóg ostrożnie księgę skrywającą całą prawdę o panu Clainar, nie wiedząc co poczynić. Nie powinienem był jej pocieszać, bo były to druzgoczące karty przeszłości, których nie dało się przewrócić do tyłu wracając do początku pięknej historii. Wtedy jednak panienka wykonała ruch który rozwiązał problem mojej bezradności, jednak zaraz przywołał ją na nowo. Jak normalna kobieta pomiędzy jednym cichym szlochem a drugim wyciągnęła do mnie swoje ramiona, chwilę później jakby wczepiając się nimi we mnie. Poczułem jak moje serce zaczęło fikać koziołki ze szczęścia, jednak opanowałem swoje emocjonalne zapędy bardzo szybko. Teraz musiałem wykazać się roztropnością, a nie snuć fantazje na temat mojego silnego uczucia. Wyjąłem z kieszeni chustę o kolorze podobnym do błękitu nieba i delikatnie otarłem łzy spływające jej po policzkach. Musiałem skończyć gest aż na jej podbródku. Dało mi to niepowtarzalną okazję do czegoś co kusiło mnie od samego początku. Niby chowając już wilgotny materiał otarłem delikatnie kciukiem o jej delikatną skórę, czując przyjemny dreszcz przechodzący mi po kręgosłupie. W końcu byłem tylko głupim człowiekiem, więc nie mogłem powstrzymać się do samego końca od takich igraszek.
- Na co te wszystkie łzy, pani? One nie poprawią sytuacji, nawet tej najgorszej. Możemy tylko dowiedzieć się czegoś więcej w bibliotece domu, lub ostatecznie spytać pani matkę.- poczułem jak pod naciskiem ostatnich słów kobieta gwałtownie odsuwa się ode mnie, zostawiając po sobie tylko ciepło na moim ciele. Właściwie nie wiedziałem czy było ono spowodowane moimi wielkimi emocjami czy jej naturalną temperaturą, ale i tak czułem się spełniony jak nigdy. Nie miała uśmiechu na twarzy, jednak rozpogodziła się z lekka, co poznałem patrząc na te małe iskierki w jej oczach. Miałem ochotę śmiać się z tego "powrotu do świata żywych", jednak powstrzymałem się, zostawiając sobie tylko satysfakcję spowodowaną umiejętnością poprawiania humoru. Lisa zsunęła się powoli z siedzenia, chowając upiorną książkę na jej poprzednie miejsce, na dodatek jeszcze maskując ją drewnem na opał. Również podniosłem się z miejsca, równając się (a właściwie to przewyższając) z damą.
- Skoro tak ma wyglądać sytuacja, to nie ma co zwlekać, masz rację. Chodźmy najpierw do biblioteki, muszę się upewnić o tych domysłach zanim zapytam się matki.- skinąłem tylko głową, uznając to za rozsądną decyzję z jej strony. Skoro nie miałem już obowiązków na dzień dzisiejszy mogłem właściwie wrócić do mojego mieszkania na przedmieściach, jednak jakim idiotą bym był nie przyjmując propozycji ze strony mojej miłości? Szliśmy po chodniku w tym samym tempie, bowiem dostosowałem swój chód do jej drobnych, lekkich kroczków. Zabawnie musiało to wyglądać, ale raczej nikt nas nie obserwował.
Kiedy dotarliśmy już na werandę zastanawiałem się chwilę co uczynić, jednak podszedłem do drzwi, otwierając je z ukłonem. Wywołało to u niej w końcu donośny śmiech, który natychmiast przeciął budującą się atmosferę smutku i powagi. Rzuciła tylko krótkie "Nie wygłupiaj się" i weszła do posiadłości, nie patrząc na mnie więcej. Wkroczyłem za nią z duszą na ramieniu. Szczerze bałem się tajemnicy czającej się w kątach księgozbiorów rodziny, ale musiałem stawić lękom czoła jeśli chciałem sprostać oczekiwaniom panienki. Do pomieszczenia szliśmy w ciszy, starając się nie zwracać na siebie uwagi reszty pracowników. Zabawne jak to w posiadłości wykształciła się relacja jak z wieku osiemnastego pomiędzy pracodawcą a służącym. Sztywność i porządek wszędzie, a przecież wkraczaliśmy już powoli w lata sześćdziesiąte. Powinno więc nie budzić żadnych podejrzeń spotkanie moje z kobietą, a jednak wszyscy zwracali ku nam spojrzenia. Jakbym był prostym chłopem naruszającym przestrzeń szlachcianki. Zresztą poniekąd tak właśnie tu się czułem. Zawsze na "pani", choć ona mogła stosować moje imię bez przeszkód, nawet ze zdrobnieniami. Wykształciła się już w tym domu taka tradycja, zresztą niejedyna. Przecież siedmiokrotne bicie w trójkąt na obiad, trzykrotne pukanie w drzwi dam czy wycieranie klamek od drzwi tylko zielonymi chusteczkami to były już wpojone w nas nawyki. Dziwne jak to człowiek dostosowuje się do otoczenia.
Przerwałem jednak moje rozmyślania z powodu dotarcia na miejsce. Lisa zapukała w drzwi trzykrotnie, co rozbawiło mnie z powodu moich wcześniejszych rozmyślań. Tak to właśnie wszystko działało idealnie i równo jak w najznakomitszym zegarku. Zawsze tak było i miało to trwać już do końca dni naszej umowy. Czym była umowa? Nie tylko tą spisaną z podaną sztywno płacą i godzinami pracy, ale i ta tworzona przez lata między dwoma osobami, ta bardziej rozciągliwa. Lubiłem bardzo odkrywać te nowe zachowania i emocje, fascynował mnie każdy dzień w tej niezwykłej posiadłości. A jednak byłem tu pięć lat i znałem tylko ogólne informacje, nie byłem nigdy wtajemniczony w kolejne tajemnice czyhające po kątach. Tego dnia miało być inaczej. Usłyszeliśmy krótkie "proszę" bibliotekarki, pani Copper, więc chciałem już nacisnąć klamkę, jednak moją rękę powstrzymała Lisa, zdecydowanie opuszczając ją w dół. Miała tajemniczy uśmiech na twarzy, który mnie na powrót zaczął intrygować.
- Skończ z tą "panią". Wystarczy Lisa.- zostawiła mnie z tymi oto słowami bębniącymi w uszach na progu biblioteki. Czyżby myślała o tym samym co ja? Zwykły przypadek, a jednak jaki niezwykły. Zaśmiałem się cicho, kręcąc głową. Następnie ostatni raz zebrałem się w sobie i wszedłem do pomieszczenia, czekając na nadejście rozwiązania sekretu pana Edwarda Aleksandra Clainar.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tak oto kolejny rozdział "Pazia Królowej" kończy się. Boję się trochę, że tajemnica książki będzie zbyt mało widowiskowa. Może niektórzy spodziewali się jakichś magicznych portali czy armii potworów, jednak to nie będzie książka fantasy. Mimo to liczę na kilka komentarzy pod postem, bo to w końcu one motywują mnie do pracy. Naprawdę miło się pracuje ze świadomością, że ktoś czeka na ciąg dalszy...
Ps. Dziękuję Wujkowi i Tacie za rozwianie moich wątpliwości co do niektórych kłopotliwych słówek.
Ps. Dziękuję Wujkowi i Tacie za rozwianie moich wątpliwości co do niektórych kłopotliwych słówek.
Autorka
*Ignoruje wątek książki* Lisa i Szalik będą razem? Onu muszą być razem, no.
OdpowiedzUsuńA rozdział genialny, zostawia lekki niedosyt. Sama nie wiem czym spowodowany, ale zostawia. ^^
Co do łączenia tych dwojga mam rożne myśli, ale to się jeszcze okaże. Oczywiście dziękuję za miłe słowa.
UsuńNiech Lisa złamie serce Szalikowi i znajdzie innego!
OdpowiedzUsuńWgl świetny rozdział. Rzeczywiście spodziewałam się czegoś typu morderstwo czy coś, ale i tak jestem zachwycona.
Czekam na więcej!
No cóż... Nie tego się spodziewałam. Zaskoczyłaś mnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oby tak dalej. A tak w ogóle to rozdział fantastyczny.
OdpowiedzUsuńWeny życzę ;)
Przed panem Szalikiem i Lisą pewnie jeszcze niejedna mroczna tajemnica do odkrycia. Intrygujący rozdział i jak zwykle świetnie napisany. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy ;). Pozdrawiam ciepło.
OdpowiedzUsuń