niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział IV "Motyl Refleksyjny"

Biblioteka była miejscem bardzo jasnym i pogodnym, ale i dodającym aurę dziwnej tajemniczości. Uśmiechnąłem się półgębkiem na tą myśl, bo nigdy mi się taką nie zdawała. Przez wydarzenia ostatnich chwil wszystko mi się takim wydawało; nawet papiery leżące w nienagannym stosie wzbudziły we mnie podejrzenia. Serce biło mi ciężko, czułem się z każdym krokiem słabszy. Cierpiałem ostatnim czasem na przewlekłe migreny i kłucia serca, co niezbyt mi się uśmiechało w czasie pracy. 
Usiadłem z westchnieniem na jednym z krzeseł, zapalając małą lampkę na stoliku. Krzyżując jednak wzrok z wymownym spojrzeniem Lisy od razu zrezygnowałem z odpoczynku i szybko podniosłem się z miejsca jak tresowany piesek. Uśmiechnęła się nieznacznie, jednak nie wniosła choćby jednej sylaby do naszego dialogu, co zmusiło mnie do pozostania w tej dłużącej się ciszy. Było to dla mnie prawdziwą katorgą, ponieważ z natury już byłem wielkim gadułą, wiedzieli o tym zresztą wszyscy. Od dziecka lubiłem zawadiacko zaczepiać ludzi na mojej drodze, rozmawiając choćby o deszczu padającym w ubiegłym miesiącu. Wiedziałem z doświadczenia, że mrukliwi ludzie byli z góry nielubiani, więc uciekałem od opinii gbura. Może to dlatego tyle ludzi pomagało mi w czasie wojny? Tak, wiele osób wspominało, że świetnie potrafię budzić sympatię.
Podążyłem za kobietą w stronę jednej z półek na książki. Chwyciłem w ręce drabinę średniej długości i rozłożyłem ją przy pierwszym rzędzie lektur. Upewniając się, że przedmiot stoi stabilnie wszedłem na pierwszy stopień, czekając na dalsze instrukcje ze strony Lisy. Wskazywała mi po kolei różne księgi, które niezwłocznie brałem na ręce, próbując również utrzymać równowagę.
- Na razie starczy, Jamie. Mam nadzieję, że znajdziemy cokolwiek na ten temat między tymi zakurzonymi stronami.- przysiadła na pobliskim stołku, znów opuszczając ramiona. Przez chwilę myślałem, że znów zacznie łkać jak w ogrodzie, jednak tym razem tylko siedziała tak spokojnie. Postawiłem spory stos interesujących nas tytułów na ostatnim stopniu drabiny i podszedłem powoli do panienki. Ukucnąłem przed nią, starając się w myślach dobrać jakieś słowa pocieszenia.
- Wszystko będzie dobrze... Liso. - gdy po raz pierwszy wypowiedziałem w dialogu jej imię po moich plecach przebiegł dziwny dreszcz - Wiem, że takie gadanie nie da zbyt wiele, ale załamywanie się również pogorszy tę sytuację. Lepiej po prostu przejrzyjmy te wszystkie strony.- zaproponowałem patrząc jej w oczy o kolorze cudownej przyprawy jaką był cynamon. Uśmiechem mnie nie uraczyła, jednak zsunęła się cicho ze stołka, podchodząc do dużego biurka. Przeniosłem książki na blat mebla i zająłem miejsce tuż koło damy. Zazwyczaj do czytania potrzebne były mi okulary, jednak nie nałożyłem ich tym razem. Dlaczego? To chyba oczywiste. Może i zachowałem się szczenięco, ale nie chciałem by szkiełka mnie postarzały w jej towarzystwie. Adonisem nie byłem i bez nich, a patrząc na mój staroświecki model byłoby ze mną jeszcze gorzej. Uśmiechnąłem się pod nosem z pogardą dla swojej osoby. Jej obecność działała na mnie tak odmiennie, że aż sam się dziwiłem. Najpierw to poprawianie wyglądu teraz wstyd przed wadą wzroku... Miłość naprawdę bywała czasem ślepa.
- Zacznijmy od "Kronik Annette", czyli mojej babci. Może opisała coś ciekawego w swoim pamiętniku?- w mojej głowie zabłysła lampka ostrzeżenia; przecież ja nie mogłem oglądać ksiąg z tego działu, wszystkie prywatne dzieła rodziny były mi niedostępne. Uspokoiłem się jednak na myśl, że Lisa z pewnością by mnie obroniła na wypadek zauważenia tego incydentu. Otworzyłem książkę powoli, strzepując cienką warstwę kurzu z pierwszej stronicy.
Nasze oczy pochłaniały cały tekst pisany pięknym, kaligrafowanym pismem matki pana Edwarda. Pisała o wielu problemach zdrowotnych swojej rodziny (była to bowiem powszechnie uznana hipochondryczka) i swoich przemyśleniach, jak to w pamiętniku. Gdy czytało się te słowa aż pałało się sympatią do tej kobiety. Uśmiechałem się delikatnie, czytając wszystkie pragnienia i przeżycia babki Lisy.
Potem przewróciliśmy stronę, widząc ostatni już wpis. Był niezwykle krótki, zawierał tylko dwa, bardzo brutalne zdania: "Nie poznaję już oczu mojego syna. W nim nie ma już szczęścia.". Spojrzałem na Lisę, która już mierzyła mnie wzrokiem. Jej oczy znów lśniły od łez, więc działając pod impulsem chwyciłem ją delikatnie za rękę, starając się wnieść w jej duszę odrobinę otuchy. Starała się uśmiechnąć, jednak uniesienie kącików ust tylko wyprowadziło krople słonawego płynu z oczu na policzki. Puściłem jej dłoń, rumieniąc się zapewne. Spojrzałem jeszcze raz na stronę, starając się rozpaczliwie doszukać czegoś dodatkowego. Przejechałem palcami po stronie, nagle wyczuwając malutkie wgięcia w fakturze strony. Oczy mi rozbłysły pod nadmiarem adrenaliny, a ja sięgnąłem po palącą się świeczkę niedaleko. Prosząc o cud uniosłem stronę, zbliżając od drugiej strony płomień. Tak, to był atrament sympatyczny. Brązowawe litery o tym samym charakterze pisma zaczęły się ukazywać na właściwiej stronie. Lisa zbliżyła się do książki, zapominając szybko o swoich wszystkich łzach. Czułem się niczym prawdziwy detektyw na tropie mrocznej tajemnicy i poniekąd właśnie to się działo w tym momencie. Kiedy cały tekst ukazał się na kartce od razu nachyliliśmy się do niego w pośpiechu, by móc dowiedzieć się więcej o byłym panu domu. Tekst brzmiał tak:
"Ostatnio Edward staje się zupełnie innym człowiekiem. Jest impulsywny i dumny niczym paw, chodzi nienaturalnie prosto po domu. Cały czas miewa dziwne migreny, ale nie to jest najgorsze. Wczoraj mój jedyny syn mnie uderzył. Bez żadnych skrupułów i to jeszcze w czasie kolacji. Potem wyszedł szybko, zostawiając mnie nie tylko z raną na policzku, ale i w sercu. Będę kłamała, że upadłam i się zadrasnęłam, w końcu jemu nie może nic grozić. Trudno jest bać się własnego syna, ale tak właśnie jest. Krzyczy teraz znacznie więcej i głośniej, słyszę z jego pokoju podejrzane rozmowy z jego rzekomymi przyjaciółmi. Słyszałam nawet jak mówili o jakiejś planowanej bójce. Mam nadzieję, że uda mu się wygrać z jego problemami. Kocham go i będę go wspierać, choćby bił mnie do nieprzytomności. Wolę nie myśleć skąd w jego pokoju wziął się pistolet, ale nie będę się w to mieszać. Nie dziś."
- T-to niemożliwe. To musi być jakiś stek bzdur. Mój tatuś...- Lisa zasłoniła dłonią usta, by nie załkać ponownie. Miałem dla niej wielki podziw. Gdybym ja dowiedział się takich rzeczy o moim ojcu na pewno nie byłbym w stanie powstrzymać goryczy i łez, a ona tak dzielnie stawiała im czoła, jakby od tego miało zależeć całe jej życie. Nie byłem w stanie już jej pocieszyć, tego było stanowczo za dużo. Dama jednak uprzedziła mnie, zamykając gwałtownie księgę i wybiegając z biblioteki.
Zamrugałem dwa razy, ale zdecydowałem się nie ruszać za nią w pogoń. Z pewnością potrzebowała teraz odpoczynku i ukojenia tych wielu emocji dzisiejszego dnia. Schowałem książki na miejsca i wyszedłem z pomieszczenia, żegnając się z współpracownikami. Chwyciłem mój płaszcz z wieszaka i nałożyłem go na ramiona. Następnie wcisnąłem kapelusz silną ręką na głowę i wyszedłem na zewnątrz.
Przekręciłem kluczyki w stacyjce słysząc znajomy ryk silnika. Jechałem jak zwykle po pracy do baru mojego przyjaciela, Williama. Mężczyzna założył własny biznes dwa lata po wojnie, ale poznałem go o wiele wcześniej, jeszcze przed piekłem. Zawsze był serdeczny i zabawny, ale czasem trochę zbyt materialistyczny. Tak, pieniądze były dla niego czasem ważniejsze niż rodzina i przyjaciele, co było dla wielu niezwykle smutnym faktem. W końcu był szczęśliwcem, posiadając żonę i dwie córki, ale i tak nie doceniał tego tak, jak był powinien to robić, mamiąc sobie oczy banknotami.
Wszedłem do dobrze znanego mi lokalu i zająłem moje stałe miejsce przy barze. Zwyczajem już wyjąłem z kieszeni pomięte menu, które zresztą znałem na pamięć. Strzepnąłem jakiś duży paproch z blatu i wyciągnąłem rękę do jednego z barmanów, gdy poczułem czyjąś dłoń na swym ramieniu.
- Jamie, jak miło cię widzieć! To co zwykle?- zapytał William, siadając ciężko na stołku obok mnie. Uśmiechnąłem się do niego, patrząc jeszcze raz na listę dań i napojów serwowanych w tym miejscu i w końcu zdecydowałem się na coś innego niż lemoniadę z dwoma kostkami lodu.
- Dziś raczej coś mocniejszego. Może whisky?- mina mojego przyjaciela zmieniła się natychmiast, a oczy prawie wyskoczyły mu z orbit. Ja, który unikałem alkoholu jak ognia, prosiłem właśnie o napój z tego gatunku. Potem machnął ręką na barmana, który machinalnie zaczął przygotowywać napój. William wyjął z kieszeni pudełko papierosów, częstując mnie jednym. Zapaliłem dla towarzystwa, próbując maskować fakt, że w gardle czułem siłę stu kocich pazurów.
- Ciężki dzień, czy tylko zwariowałeś?- zapytał mnie gdy podano mi whisky. Wahałem się jeszcze chwilę, ale w końcu wypiłem zawartość szklanki w jednym hauście, czyli iście plebejsko. Starałem się bardzo nie skrzywić, ale w końcu, jako nieprzyzwyczajony do tego smaku, wykonałem piękny gest obrzydzenia. Z pewnością nie popisałem się klasą.
- Tak, to był zdecydowanie ciężki dzień, ale nie gadajmy o tym.- już miałem zacząć słuchać błagań o wyjaśnienia, ale wtedy ktoś wstąpił do baru. Uśmiechnąłem się na widok trzech czarnych bandan na nadgarstku i poprzecieranych jeansów. Trochę za duże kowbojki z czarnej skóry aż błyszczały na jej nogach, a wielki pas z jeszcze większą klamrą praktycznie zwisał przy udzie kobiety. Zaraz za nią wstąpiła trójka barczystych mężczyzn o podobnym ubiorze i takim samym obojętnym spojrzeniu. Otóż Agnes Tenye należała do rockersów. Poznaliśmy się w czasie wojny, w roku 1944. Pomagaliśmy sobie nawzajem w czasie ucieczki z pewnej walijskiej miejscowości.
- Wiesz co mi podać, Will.- powiedziała, podchodząc do nas bliżej. Jej przyjaciele usiedli przy jednym z wolnych stolików, więc stała się odrobinę bardziej swobodna. Spojrzałem na jej głębokie cienie pod oczami, najpewniej spowodowane kilkoma zarwanymi nockami. Przyniesiono jej Pepsi w wysokiej szklance, czyli jeden z jej stałych napojów.
- Dawno cię nie widziałem. Znalazłaś już pracę?- zagadnąłem ją, patrząc na jej czarne, bardzo natapirowane włosy. Prychnęła na mnie, sięgając po chusteczkę z blatu, by uniknąć oplucia się ze śmiechu. Na jej ustach pojawił się niebezpieczny uśmieszek.
- Mam ci wygłosić co sądzę na temat pracy, czy oszczędzić ci tego tym razem?- westchnąłem cicho, kręcąc głową. Tamta zagaiła Willa rozmową, więc miałem chwilę na rozmyślanie. Zmieniła się bardzo odkąd przyłączyła się do tej popkultury, zaczęła żyć wzorcami należącymi do zupełnie innej osoby.
- Będę się już zbierał. Serwus.- machnąłem do nich ręką, nie czekając na odpowiedź. Minąłem jeszcze stolik przyjaciół Agnes, ale jakoś nie miałem ochoty na rozmowę z nimi. Spojrzałem jeszcze na słabe światełka przy ścianie zakupione w tamtym tygodniu i wyszedłem w końcu z lokalu.
Zakląłem pod nosem widząc mój samochód na podjeździe. Piłem, więc nie mogłem prowadzić. Na szczęście mieszkałem tylko dwa domy dalej od baru, więc zostawiłem tu mój stary rzęch, prosząc opatrzność o zastanie go rano w takim samym stanie.
Nacisnąłem klamkę od drzwi do mojego mieszkania, która odpowiedziała mi pięknym skowytem. Wszedłem do środka i powiesiłem płaszcz na wieszaku. Spojrzałem w lustro, rozwiązując muszkę przy szyi. Przebrałem się w domowy strój i to była ostatnia rzecz jaką zrobiłem przed padnięciem na łóżko z głośnym westchnieniem. Dopiero co poznawałem tę sprawę, a już zaczynała mnie przerastać.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wiem, że rozdział nie pojawiał się dość długo, ale jakoś nie miałam zbytniej weny na napisanie czegoś sensownego. W każdym razie uznajmy, że to taki prezencik na Wielkanoc. A właśnie, życzę Wam wszystkim wszystkiego najlepszego w ten dzień, żeby było Wam po prostu miło i ciepło w Waszych kątach na świecie. Jak zwykle proszę o jakieś refleksje w postaci komentarzy pod postem i tym samym obiecuję, że następny rozdział pojawi się szybciej. Jeszcze raz Wesołych Świąt życzę,

Autorka

2 komentarze:

  1. Brawo! Znowu błysnęłaś talentem ;) Brakuje mi troszkę szybszej akcji, ale jestem skłonna Ci wybaczyć.

    Wesołych Świąt i duuuuużo weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i wezmę sobie ten niedosyt do serca (właściwie to już chyba wzięłam, bo zaraz skończę następny rozdział, chyba troszkę żwawszy).

      Usuń