Odruchowo zbliżyłem się do człowieka, zasłaniając Lisę swoim ciałem. Co prawda ów mężczyzna chyba nie miał broni, ale wolałem zachować ostrożność. Spojrzałem na niego w końcu szczegółowo. Był ode mnie niewiele niższy, ale o wiele grubszy. Był ubrany w szary garnitur, a na jego nadgarstku błyszczał wielki złoty zegarek. Na szyi miał zawieszony jakiś dziwny rzemyk, ale przywieszkę miał pod kołnierzem białej koszuli. Miał krótko przycięte ciemnobrązowe włosy i szare oczy, które od zmarszczek złości były teraz wręcz niewidoczne.
- Wiem, że zrobiliśmy źle, jednak proszę zrozumieć, że musieliśmy się czegoś dowiedzieć...- zacząłem monolog obronny, jednak ten przerwał mi, unosząc swoją wielką dłoń ostrzegawczo. Widząc, że umilkłem na ten ruch uśmiechnął się tryumfalnie, jednak zaraz wrócił do swojej miny przywodzącej na myśl dorosłego buldoga. To skojarzenie normalnie wywołałoby u mnie śmiech, ale nie miałem jakoś do tego nastroju.
- Słuchaj mnie, ty ludzka wywłoko. Włamujesz się na moją posesję, wchodzisz sobie bez pozwolenia do mojego składziku i jeszcze przeszukujesz mój dobytek?! Nauczysz się jeszcze dobrego wychowania!- w tym momencie złapał mnie za materiał mojego kołnierza i przyciągnął do siebie, dając mi z pięści w twarz. Poczułem, jak piecze mnie policzek, ale wolałem nie sprawdzać swojego stanu. Nigdy nie lubiłem stosować przemocy, tym bardziej, że ów człowiek miał rację, bądź co bądź. Przecież byłem teraz zwykłym włamywaczem, czego wcześniej nawet nie zauważyłem. Odwróciłem się na chwilę, by spojrzeć na Lisę, która tylko patrzyła na scenę z przestrachem na twarzy. Nie mogłem pozwolić sobie na takie traktowanie. Chciałem przecież wszystko udowodnić i załatwić tę sprawę po dobroci, ale najwidoczniej właściciel budynku nie miał takich zamiarów, więc bezceremonialnie zamachnąłem się z całą mocą i również go uderzyłem.
Zachwiał się lekko na nogach, jednak nie upadł na ziemię. Nie chciałem pobić go do nieprzytomności, tylko pokazać, że nie mam zamiaru stać grzecznie jak tresowany pudel. Wyjąłem białą chustkę z kieszeni i przetarłem sobie policzek, a następnie dłoń, którą to zadałem cios. Taki ruch najwidoczniej zadziałał na niego jak czerwona płachta torreadora na byka, bo rzucił się na mnie szybko, zaczynając kopać i bić praktycznie na ślepo. Nie miałem ochoty mu oddawać, ale sytuacja mnie do tego zmusiła. Po raz pierwszy od kilku lat wdałem się w prawdziwą bójkę. Ostatecznie jednak nikt nie wygrał, bo Lisa podbiegła do mojego przeciwnika i uderzyła go z całej siły obcasem w głowę, co spowodowało o wiele większy ból niż ten zadawany przeze mnie. Spojrzałem na nią zdziwiony, wydostając się spod cielska mężczyzny.
- Błagam, przestańcie! Przepraszam pana za to zachowanie, jednak spróbuję to panu jakoś wynagrodzić, w końcu trochę pieniędzy to nie problem. Wiem, że złamaliśmy prawo, ale musi pan uwierzyć, że nie mieliśmy złych intencji. Chodzi tu o mojego ojca, Edwarda Clainar, który zostawił ów adres...- w tym momencie człowiek wstał z ziemi, otrzepując swoje ubranie. Podszedł do kobiety, więc chciałem szybko zareagować, ale ten mnie uprzedził. Uchylił się i pocałował ją w dłoń. Krew się we mnie zagotowała, gdy zobaczyłem taki obrazek. Jak on tymi plugawymi ustami śmiał muskać jej delikatne ręce, do których powinni mieć prawo tylko najlepsi dżentelmeni?! Chętnie teraz uderzyłbym go ponownie, jednak musiałem się od tego powstrzymać.
- Nie wiedziałem, że jest pani córką Edwarda, naprawdę. Panienka Lisa, nieprawdaż? Przepraszam za moje zachowanie, może pani wstąpi do mnie na chwilę? Oczywiście ten karaluch też może z nami podążyć, jeśli sobie panienka tego życzy.- skłonił się nisko, chwytając ją pod rękę. Ja karaluchem, ot co. Jego przemiana z szarżującego nosorożca w potulnego baranka wcale mi się nie podobała, coś tu było nie tak. Postanowiłem jednak na razie nie zwracać na to uwagi, tylko podążyłem cicho za nimi do jego domu.
Siedziałem przy okrągłym stole w jadalni, pijąc zrobioną przed chwilą bawarkę. Smakowała obrzydliwie, ale może to tylko przez człowieka, który ją przygotował. Na paterze leżały różnego rodzaje ciastka, jednak nie spróbowałem ni jednego. Mogły być przecież zatrute, a ja nie miałem ochoty na takie incydenty. Obok słodyczy stała mała cukierniczka z porcelany, jednak słodkich kryształków nie dało się tam dojrzeć.
- Mówi pani, że Edward zostawił mój adres w swoim pamiętniku? Niemożliwe, że też nie zapomniał o naszym starym biznesie. Widzi pani, prowadziliśmy kiedyś wspólny interes, jednak to stare dzieje. Szkoda, że biedak umarł tak młodo, to musiał być dla pani wielki cios.- powiedział, niby to przypadkiem muskając jej dłoń. Rzuciłem mu spojrzenie ostrzegawcze, jednak ten nie zwracał na mnie uwagi, flirtując z obiektem (o ile tę cudną istotę można było nazwać rzeczą) moich westchnień. Nie ufałem mu i wcale nie miałem zamiaru tego zrobić, nawet za tysiąc lat.
Rozmawiali sobie dość długo, praktycznie nie dopuszczając mnie do słowa. Czas bardzo mi się więc dłużył, jednak znosiłem cicho te tortury. John (bo tak miał na imię) cały czas stosował swoje zaloty, nie zwracając w ogóle uwagi na opór ze strony Lisy. W końcu jednak wybiła godzina czternasta, ogłaszając swe nadejście biciem dzwonów kościelnych. Panienka zerwała się z miejsca, wyrywając z rytmu swego zalotnika.
- Przepraszam, jednak jestem umówiona za piętnaście minut, więc muszę już odejść. Jeszcze raz przepraszam za nasze zachowanie.- powiedziała, uśmiechając się do człowieka, który odpowiedział jej skinięciem głowy. Żegnał ją chyba w nieskończoność, jednak wreszcie wyszliśmy z tego okropnego miejsca, a ja postanowiłem, że już nigdy tam nie wrócę. Poczułem wolność wsiadając do mojego samochodu. Oparłem się jeszcze pokusie splunięcia w stronę posiadłości mężczyzny, jednak maniery mi na to nie pozwoliły. Ruszyłem powoli, słysząc głośny skowyt silnika.
- Dokąd jedziesz? Nic mi nie wiadomo o żadnym spotkaniu.- powiedziałem w końcu, zatrzymując się w jakiejś wąskiej uliczce. Lisa przekrzywiła filuternie swój kapelusz i uśmiechnęła się do mnie, co niezbyt zrozumiałem. W końcu nie tak reaguje się na oczywiste pytanie, prawda? A może uderzył ją podczas mojego wyjścia do łazienki i przez to straciła rozum?
- To było kłamstwo, Jamie. Nie miałam ochoty dłużej siedzieć w obecności tego okropnego mężczyzny. Serce waliło mi jak oszalałe gdy zaczęliście się bić, myślałam że cię zabije! Chociaż wykorzystałam to całkiem dobrze, zobacz.- powiedziała, otwierając swoją czarną torebkę ze skóry. Wyjęła z niej pamiętnik ojca i zaczęła szukać między kartkami, wyciągając wreszcie jakiś pomarszczony papier. Rozwinęła go szybko, a ja zobaczyłem napis: "Do zapamiętania, nie ufać Johnowi. E i B przeniesiono na ul. Worth 45. Boję się o matkę, zaczyna coś podejrzewać. Muszę szybko umrzeć, albo jeszcze szybciej kogoś zabić."
Mimo poważności tej wiadomości, miałem mieszane uczucia. Po pierwsze, odczuwałem szczęście z dwóch powodów: po pierwsze, miałem nosa do Johna, a po drugie Lisa wcale nie była chętna do miłosnych przygód z ów mężczyzną, dzięki Bogu. Następnym uczuciem było coś między strachem a adrenaliną, w każdym razie to coś pobudzało mnie do działania i czułem się jak prawdziwy stróż prawa czy inny detektyw. Chciałem odkryć tajemnicę jak najszybciej, ale widocznie czekało mnie jeszcze wiele etapów i historii do przeżycia. W dodatku był to dopiero początek, a ja już zostałem poturbowany jak nigdy. Nie chciałem wplątywać się w żadne kryminalne historie, ale z drugiej strony coś mnie do nich ciągnęło.
- Pojedziemy tam kiedy indziej, dobrze? Ja mam na dziś dosyć wrażeń...- powiedziałem, przyglądając się w lusterku mojemu iście opłakanemu stanowi. Miałem czerwone ślady na twarzy i strasznie potargane włosy, a na dodatek przetarł mi się rękaw od marynarki. Same problemy, ale teraz nic nie mogłem na to zaradzić. Dziewczyna skinęła w końcu głową, niechętnie zamykając torbę. Najwidoczniej wolała załatwić tę sprawę jak najszybciej, jednak ja nie miałem ochoty na kolejne guzy. Korzystając z okazji wyjęła z kosmetyczki pomadkę o intensywnie różowym kolorze, przywodzącym na myśl gumę balonową z najlepszej cukierni w miasteczku. Odnalazła małe lusterko w głębi swojego "skarbca" i zaczęła powoli malować swoje pełne usta, przybierając rożne miny. Kiedy zauważyła mój wzrok w odbiciu zarumieniła się i zaśmiała uroczo. Najwidoczniej było jej wstyd, że przyłapałem ją na tak zabawnej scenie. Przedstawicielki płci pięknej zawsze fascynowały mnie swymi reakcjami na różne bodźce. Fascynowała mnie ich wrażliwość, bliskość i zaradność, których to nigdy nie potrafiłem osiągnąć. Kobiety trzeba odkrywać powoli, po warstwie. Czasem trzeba na to lat, czasem jest to kwestia zaledwie kilku tygodni. Kiedy już się jednak którąś pozna, nadal nie można być niczego pewnym. Jedyne, co wiemy to to, że nigdy nie można się zawieść.
Po wymienieniu jeszcze kilku zdań stwierdziliśmy, że pojedziemy do baru Williama by przywrócić sobie jako taki stan bycia. Oczywiście, że to miejsce nie było godne panienki, powinienem ją nosić na rękach zresztą i w kryształowym pałacu, ale tym razem nie miałem wyjścia. Tylko w tym miejscu nikt nie będzie mnie o nic podejrzewał, przynajmniej nie jawnie. Uśmiechnąłem się na tę myśl i ruszyłem powoli.
Na skrzyżowaniu dostrzegłem czarny motocykl, który poznałbym wszędzie. Raczej nie ze względu na jego szczególne wdzięki czy coś ekstrawaganckiego, skądże. Znałem jednak jego właścicielkę bardzo dobrze. Nie miałem wątpliwości że Agnes również zmierza do tego samego lokalu. Na początek ucieszyłem się na tę myśl, ale potem poczułem gulę w gardle. Przecież te dwie panie kompletnie się nie znały! Co sobie pomyśli o mnie Lisa, jeśli zobaczy że zadaję się z członkinią rockersów? Z drugiej strony jakie zdanie będzie miała o mnie Agnes, jeśli zobaczy mnie z istotą z dobrego domu? Na dodatek osobie, której to co dzień służyłem? Dwóch rzeczy mogłem być pewny. Po pierwsze, w kuchni zabrakło dziś rano groszku. A po drugie i moja przyjaciółka, i moja miłość nie będą zadowolone z tego spotkania.
Obie były zupełnie inne. Nie dość, że różniły się charakterem, to jeszcze wyglądem. Agnes, odziana w różne skóry i ciemne jeansy, z pierścieniami i bandanami na rękach budziła zazwyczaj negatywne odczucia. Często nonszalancko żuła gumę, robiąc wokół siebie otoczkę typowej niegrzecznej dziewczyny. Miała duże, czarne oczy, które często kryła pod okularami przeciwsłonecznymi. Jej włosy również były tego najsmutniejszego koloru świata, na dodatek miały wręcz fioletowy połysk. Tak, zdecydowanie nadawała się na rockerkę.
Lisa, lubująca się w bawełnianych bluzeczkach i rozkloszowanych spódniczkach z kaszmiru wyglądała jak obrazek do hasła "ułożona dama" w słowniku. Zawsze nienaganny strój, pięknie upięte włosy. Nieziemski uśmiech na alabastrowej cerze i te cudne cynamonowe oczy, tak typowe dla rodziny Clainar. Jej włosy do połowy odcinka piersiowego kręgosłupa odznaczały się cudnym kolorem wyrazistego blondu. Świetna postawa, ruch zawsze z przypisaną sobie wręcz gracją.
Moja przyjaciółka miała wybuchowy charakter, była nieustraszona. Często patrzyłem na nią z nieudawanym podziwem. Widziałem jak z łatwością wypowiada swoje prawdziwe zdanie, jak nie boi się ludzi pozornie silniejszych i ważniejszych od niej. Liczyła się właściwie tylko ze sobą, czasem nawet była egoistyczna. W swoim życiu nigdy nie znalazła miejsca na kłamstwa i zwykłe błahostki życia. Zmieniała się często, lubiła nowości. Zawsze jednak była sobą. Zawsze potrafiła odnaleźć właściwe rozwiązanie dzięki swej determinacji i ambicji. Miała cięty język, ale potrafiła wypowiadać się naprawdę pięknie i poetycko. Nienawidziła ludzi kłamliwych i na siłę spełniających wolę innych. Dziewczyna jak lew. Odważna i szczera.
Lisa natomiast była od dziecka uczona potrzebnych wzorców, wiedziała jak ma się zachowywać przy każdej osobie ze swojego otoczenia. Nie zawsze było tak, jak podpowiadał jej rozum, ale dla dobra jej rodziny musiała sprzeciwiać się swoim myślom i słuchać innych. Była zawsze aż nazbyt miła i potulna, a przy tym tak radosna i beztroska jak dziecko, że aż nie chciało się w to wierzyć. Jednak ja znałem ją o wiele lepiej niż większość ludzi i wiedziałem, że pod tą maską radości skrywa się wielki ból rozdzierający jej serce. Pewnego dnia ujrzałem jak płakała. Łzy spływające jej po policzkach zmywały tę imitację szczęśliwej i grzecznej dziewczynki. Stawała się bezsilna, potrzebująca. A ja czułem się w obowiązku jej pomóc. Kobieta jak królik. Urocza, ale i krucha.
- A ty co Jamie, robisz za szofera?- zaśmiała się kobieta, widząc jak otwieram drzwi od samochodu Lisie. Uśmiechnąłem się do niej serdecznie na powitanie, chwilę później zostając pochłonięty w uścisku. Poczułem twardą skórę jej kurtki, jednak nie było mi dane długo się nim raczyć, bo zaraz się ode mnie odsunęła. W końcu był to tylko przyjacielski uścisk, jak zawsze. Postanowiłem wymazać tę sytuację z pamięci Lisy i przedstawić sobie panie.
- Liso, to Agnes Tenye, moja przyjaciółka. Agnes, to Lisa Clainar, moja...- zająknąłem się. To wbrew pozorom nie było takie proste pytanie. Nie wiedziałem kim dla mnie była. Ukochaną, fakt. Ale czy mogłem nazwać ją przyjaciółką? Była moją pracodawczynią, co teraz bolało najbardziej. Na szczęście kobiety po prostu podały sobie dłonie, nie zwracając uwagi na moją niedokończoną kwestię. Tak jak myślałem, w ich oczach widziałem niezadowolenie względem drugiej. Zaproponowałem więc wejście do lokalu, by rozluźnić trochę tę atmosferę. Zresztą, czego mogłem się po tym spotkaniu spodziewać?
- O, Jamie! Widzę, że przyprowadziłeś ze sobą panie, co? Coś niezbyt wyglądasz, biłeś się? Ty, taki grzeczny i ułożony chłopczyk, no nie wierzę!- powitał mnie swoim barytonem William, czyszcząc kufel do piwa błękitną chustą. Wskazał mi łazienkę, choć sam doskonale wiedziałem gdzie mam jej szukać. Mój przyjaciel najwidoczniej chciał wykazać się kulturą przed Lisą, której jeszcze nie poznał w swoim życiu. Owszem, wiedział że jest moją miłością, ale jakoś nie przeszkadzało mu to w próbie walki o jej względy. Niestety, musiał obejść się smakiem. Tej kobiety nie da się "zdobyć" w jeden wieczór.
- Masz bardzo, fm, interesujących przyjaciół.- powiedziała Lisa, skraplając twarz wodą. Uśmiechnąłem się do niej niezręcznie, czując że było to raczej zażalenie niż pochwała. Podałem jej torebkę i zapiąłem starannie dwa guziki od mojego mankietu. Podziękowała mi, wyjmując z niej pamiętnik ojca. Spojrzała na kartkę ze znalezionym przez nas adresem i westchnęła. Podszedłem do niej i oparłem się o umywalkę.
- Chciałabyś tam jechać, prawda? Zabiorę cię tam, obiecuję.- powiedziałem głuchym głosem, czując nacisk tych słów na moje życie. Prawda była taka, że dla niej zrobił bym wszystko. Dla Agnes zresztą też, w końcu nie raz ryzykowaliśmy dla siebie życie. Darzyłem te dwie kobiety niespotykanymi uczuciami, choć tak odmiennymi. A jednak te dwie więzi były dla mnie najważniejsze w całym życiu.
- Dziękuję, Jamie. Powiedz mi jeszcze... Czy ta Agnes to naprawdę tylko przyjaciółka?- powiedziała, patrząc na mnie tym swoim spojrzeniem pełnym bólu, któremu nie potrafiłem się oprzeć. Magnetyzowało mnie, kazało zbliżać się niebezpiecznie, działało jak lep na muchy albo światło na ćmy. Wspominałem nie raz, że miała piękne oczy. A kiedy tak krzyżowała ze mną spojrzenie, wtedy... Wtedy były najpiękniejsze.
- Chodźcie, nie mamy całego dnia. Chyba już starczy wam tego strojenia się, prawda?- do łazienki nagle wpadła Agnes, jakby słyszała że o niej mówiliśmy. Przytaknąłem tylko cicho, wychodząc z pomieszczenia. Usiadłem na stołku przy barze, biorąc się za moją lemoniadę, którą zamówiłem wcześniej. Nadal w uszach brzmiało mi pytanie Lisy. Dlaczego chciała mieć pewność do stosunków między mną a Agnes?
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Bardzo przepraszam za tak długi czas oczekiwania na ten rozdział, ale starałam się by był dobrym wynagrodzeniem tego czasu oczekiwania na niego. Czy coś z tego wyszło? Dowiem się od Was, w komentarzach. Tym samym proszę o głosowanie w ankiecie na pewien (mam nadzieję) ciekawy temat. Tak, jako dodatkowe wynagrodzenie za ten czas. Dziękuję za przeczytanie,
Autorka
Po wymienieniu jeszcze kilku zdań stwierdziliśmy, że pojedziemy do baru Williama by przywrócić sobie jako taki stan bycia. Oczywiście, że to miejsce nie było godne panienki, powinienem ją nosić na rękach zresztą i w kryształowym pałacu, ale tym razem nie miałem wyjścia. Tylko w tym miejscu nikt nie będzie mnie o nic podejrzewał, przynajmniej nie jawnie. Uśmiechnąłem się na tę myśl i ruszyłem powoli.
Na skrzyżowaniu dostrzegłem czarny motocykl, który poznałbym wszędzie. Raczej nie ze względu na jego szczególne wdzięki czy coś ekstrawaganckiego, skądże. Znałem jednak jego właścicielkę bardzo dobrze. Nie miałem wątpliwości że Agnes również zmierza do tego samego lokalu. Na początek ucieszyłem się na tę myśl, ale potem poczułem gulę w gardle. Przecież te dwie panie kompletnie się nie znały! Co sobie pomyśli o mnie Lisa, jeśli zobaczy że zadaję się z członkinią rockersów? Z drugiej strony jakie zdanie będzie miała o mnie Agnes, jeśli zobaczy mnie z istotą z dobrego domu? Na dodatek osobie, której to co dzień służyłem? Dwóch rzeczy mogłem być pewny. Po pierwsze, w kuchni zabrakło dziś rano groszku. A po drugie i moja przyjaciółka, i moja miłość nie będą zadowolone z tego spotkania.
Obie były zupełnie inne. Nie dość, że różniły się charakterem, to jeszcze wyglądem. Agnes, odziana w różne skóry i ciemne jeansy, z pierścieniami i bandanami na rękach budziła zazwyczaj negatywne odczucia. Często nonszalancko żuła gumę, robiąc wokół siebie otoczkę typowej niegrzecznej dziewczyny. Miała duże, czarne oczy, które często kryła pod okularami przeciwsłonecznymi. Jej włosy również były tego najsmutniejszego koloru świata, na dodatek miały wręcz fioletowy połysk. Tak, zdecydowanie nadawała się na rockerkę.
Lisa, lubująca się w bawełnianych bluzeczkach i rozkloszowanych spódniczkach z kaszmiru wyglądała jak obrazek do hasła "ułożona dama" w słowniku. Zawsze nienaganny strój, pięknie upięte włosy. Nieziemski uśmiech na alabastrowej cerze i te cudne cynamonowe oczy, tak typowe dla rodziny Clainar. Jej włosy do połowy odcinka piersiowego kręgosłupa odznaczały się cudnym kolorem wyrazistego blondu. Świetna postawa, ruch zawsze z przypisaną sobie wręcz gracją.
Moja przyjaciółka miała wybuchowy charakter, była nieustraszona. Często patrzyłem na nią z nieudawanym podziwem. Widziałem jak z łatwością wypowiada swoje prawdziwe zdanie, jak nie boi się ludzi pozornie silniejszych i ważniejszych od niej. Liczyła się właściwie tylko ze sobą, czasem nawet była egoistyczna. W swoim życiu nigdy nie znalazła miejsca na kłamstwa i zwykłe błahostki życia. Zmieniała się często, lubiła nowości. Zawsze jednak była sobą. Zawsze potrafiła odnaleźć właściwe rozwiązanie dzięki swej determinacji i ambicji. Miała cięty język, ale potrafiła wypowiadać się naprawdę pięknie i poetycko. Nienawidziła ludzi kłamliwych i na siłę spełniających wolę innych. Dziewczyna jak lew. Odważna i szczera.
Lisa natomiast była od dziecka uczona potrzebnych wzorców, wiedziała jak ma się zachowywać przy każdej osobie ze swojego otoczenia. Nie zawsze było tak, jak podpowiadał jej rozum, ale dla dobra jej rodziny musiała sprzeciwiać się swoim myślom i słuchać innych. Była zawsze aż nazbyt miła i potulna, a przy tym tak radosna i beztroska jak dziecko, że aż nie chciało się w to wierzyć. Jednak ja znałem ją o wiele lepiej niż większość ludzi i wiedziałem, że pod tą maską radości skrywa się wielki ból rozdzierający jej serce. Pewnego dnia ujrzałem jak płakała. Łzy spływające jej po policzkach zmywały tę imitację szczęśliwej i grzecznej dziewczynki. Stawała się bezsilna, potrzebująca. A ja czułem się w obowiązku jej pomóc. Kobieta jak królik. Urocza, ale i krucha.
- A ty co Jamie, robisz za szofera?- zaśmiała się kobieta, widząc jak otwieram drzwi od samochodu Lisie. Uśmiechnąłem się do niej serdecznie na powitanie, chwilę później zostając pochłonięty w uścisku. Poczułem twardą skórę jej kurtki, jednak nie było mi dane długo się nim raczyć, bo zaraz się ode mnie odsunęła. W końcu był to tylko przyjacielski uścisk, jak zawsze. Postanowiłem wymazać tę sytuację z pamięci Lisy i przedstawić sobie panie.
- Liso, to Agnes Tenye, moja przyjaciółka. Agnes, to Lisa Clainar, moja...- zająknąłem się. To wbrew pozorom nie było takie proste pytanie. Nie wiedziałem kim dla mnie była. Ukochaną, fakt. Ale czy mogłem nazwać ją przyjaciółką? Była moją pracodawczynią, co teraz bolało najbardziej. Na szczęście kobiety po prostu podały sobie dłonie, nie zwracając uwagi na moją niedokończoną kwestię. Tak jak myślałem, w ich oczach widziałem niezadowolenie względem drugiej. Zaproponowałem więc wejście do lokalu, by rozluźnić trochę tę atmosferę. Zresztą, czego mogłem się po tym spotkaniu spodziewać?
- O, Jamie! Widzę, że przyprowadziłeś ze sobą panie, co? Coś niezbyt wyglądasz, biłeś się? Ty, taki grzeczny i ułożony chłopczyk, no nie wierzę!- powitał mnie swoim barytonem William, czyszcząc kufel do piwa błękitną chustą. Wskazał mi łazienkę, choć sam doskonale wiedziałem gdzie mam jej szukać. Mój przyjaciel najwidoczniej chciał wykazać się kulturą przed Lisą, której jeszcze nie poznał w swoim życiu. Owszem, wiedział że jest moją miłością, ale jakoś nie przeszkadzało mu to w próbie walki o jej względy. Niestety, musiał obejść się smakiem. Tej kobiety nie da się "zdobyć" w jeden wieczór.
- Masz bardzo, fm, interesujących przyjaciół.- powiedziała Lisa, skraplając twarz wodą. Uśmiechnąłem się do niej niezręcznie, czując że było to raczej zażalenie niż pochwała. Podałem jej torebkę i zapiąłem starannie dwa guziki od mojego mankietu. Podziękowała mi, wyjmując z niej pamiętnik ojca. Spojrzała na kartkę ze znalezionym przez nas adresem i westchnęła. Podszedłem do niej i oparłem się o umywalkę.
- Chciałabyś tam jechać, prawda? Zabiorę cię tam, obiecuję.- powiedziałem głuchym głosem, czując nacisk tych słów na moje życie. Prawda była taka, że dla niej zrobił bym wszystko. Dla Agnes zresztą też, w końcu nie raz ryzykowaliśmy dla siebie życie. Darzyłem te dwie kobiety niespotykanymi uczuciami, choć tak odmiennymi. A jednak te dwie więzi były dla mnie najważniejsze w całym życiu.
- Dziękuję, Jamie. Powiedz mi jeszcze... Czy ta Agnes to naprawdę tylko przyjaciółka?- powiedziała, patrząc na mnie tym swoim spojrzeniem pełnym bólu, któremu nie potrafiłem się oprzeć. Magnetyzowało mnie, kazało zbliżać się niebezpiecznie, działało jak lep na muchy albo światło na ćmy. Wspominałem nie raz, że miała piękne oczy. A kiedy tak krzyżowała ze mną spojrzenie, wtedy... Wtedy były najpiękniejsze.
- Chodźcie, nie mamy całego dnia. Chyba już starczy wam tego strojenia się, prawda?- do łazienki nagle wpadła Agnes, jakby słyszała że o niej mówiliśmy. Przytaknąłem tylko cicho, wychodząc z pomieszczenia. Usiadłem na stołku przy barze, biorąc się za moją lemoniadę, którą zamówiłem wcześniej. Nadal w uszach brzmiało mi pytanie Lisy. Dlaczego chciała mieć pewność do stosunków między mną a Agnes?
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Bardzo przepraszam za tak długi czas oczekiwania na ten rozdział, ale starałam się by był dobrym wynagrodzeniem tego czasu oczekiwania na niego. Czy coś z tego wyszło? Dowiem się od Was, w komentarzach. Tym samym proszę o głosowanie w ankiecie na pewien (mam nadzieję) ciekawy temat. Tak, jako dodatkowe wynagrodzenie za ten czas. Dziękuję za przeczytanie,
Autorka
No, no! Widzę, że wena to tak średnio, chociaż rozdział jak zawsze zaje*****. Głosowałam na Agnes!
OdpowiedzUsuńWeny i miłego weekendu,
Oxa
Fakt, weny mi troszku brakło, dlatego czekaliście aż 20 dni. Dziękuję za wyrażenie opinii, jak zawsze zresztą. ;)
UsuńAh... Nie ma za co xD
UsuńJak ja uwielbiam pierwsza pisać komentarze!
Jeszcze raz weny i miłego weekendu (no i przejezdnych ulic, nie to, co w Toruniu)
Oxa
Haha, nie może być aż tak źle. Kocham Toruń, niedługo muszę go odwiedzić. Dziękuję za życzenia i odwzajemniam ;)
UsuńOdwiedzasz Toruń? Jak miło!
UsuńOxa
Ile ja się naczekałam na ten rozdział... Jak zawsze mega fajny. ^^
OdpowiedzUsuńI niech wena wraca do formy :)
Haha, trochę muszę przyznać że wróciła, bo kilka akapitów rozdziału VII już napisane. Mam nadzieję, że nie będziesz musiała już nigdy tak czekać ;P
UsuńZaczynałam powoli tracić nadzieję na ten rozdział, ale jest. Jest zresztą genialny (jak zawsze). Liczę, że nowy rozdział też będzie mega ;)
OdpowiedzUsuńTak łatwo to ja tego bloga nie opuszczę, nie martw się. A no oczywiście dziękuję za opinię i idę pisać dalej ten VII, póki weny starczy ;)
Usuń